Jesienny powrót na halę

http://www.facebook.com/rzutzdystansu 

http://www.instagram.com/rzutzdystansu

 Lato już za nami i dzień staje się coraz krótszy. Robi się coraz chłodniej, co skutecznie wypędza nas z boisk w parkach i wszystkich na otwartym powietrzu. Piłka nie będzie przez najbliższych kilka miesięcy wpadać do wesoło brzęczącej metalowej siatki w moim ulubionym parku i trzeba pomyśleć co robić, żeby dalej grać w nadchodzące wielkimi krokami coraz chłodniejsze dni.

Przyznaję, że tego lata grałem sporo. Mój wysłużony Spalding o którym wspominałem już nie raz i nie dwa powoli zaczyna przypominać starą szmacianą piłkę, z czego w sumie jestem trochę dumny. To przecież właśnie ja tyle grałem, przy okazji ucząc się nowych rzeczy.  Moja piłka wygląda tak jak wygląda. I bardzo dobrze.

Jeśli chodzi o pogodę, to lato było dla nas, amatorów koszykówki, łaskawe. Pogoda dopisywała i mieliśmy sporo dni na to, aby poprawiać swoją grę jeszcze bardziej i uczyć się coraz lepszych zagrań. Nauczyłem się latem tego fajnego crossovera w stylu Iversona i poprawiłem swój rzut z dystansu jeszcze bardziej. Zdarzały się dni, kiedy na 50 rzutów z półdystansu trafiałem 30. Cóż, nie jestem zawodowcem…

Przed nami jesienne chłody i nie czas na lody…Co mają zrobić wszyscy amatorzy pomarańczowej piłki w te miesiące niezbyt pięknej aury? Pisałem o tym już jakiś czas temu i temat powraca. Musimy po prostu znowu wejść do hali. Nie ma na to rady.

Dlaczego piszę to w takim mało pozytywnym tonie? Jeśli chodzi o mnie, to przyznaję, że nie znoszę jesieni i zimy. Po prostu. Ale wiem też, że choć niska temperatura, porywisty wiatr i deszcz ze śniegiem nie nastrajają mnie często pozytywnie do wyjścia z domu, to żeby nie wiem co się działo, czasem po prostu muszę spakować torbę, piłkę, buty do gry i jak najszybciej wyjść z domu. Po co? Po to, aby pojechać do hali.

Zaczyna się bowiem sezon gry w halach i trzeba go wykorzystać jak najlepiej. Nie pogramy przez jakiś czas na otwartym powietrzu, ani w fajnym parku w otoczeniu zielonych drzew, śpiewających ptaków i opalonych dziewczyn. Nie oznacza to jednak, że musimy pić herbatkę siedząc przed laptopem i gapić się na YouTube’a patrząc jak wspaniale radzą sobie na parkietach przeróżnych koszykarskich lig nasi ulubieni koszykarze i koszykarki, zazdroszcząc im przy tym że mogą sobie pograć w koszykówkę. Co to, to nie!

My, amatorzy gry w koszykówkę musimy jak najczęściej wychodzić z domu w te jesienne dni i robić sobie wypady do hal sportowych. W moim mieście jest na przykład świetna akcja „Otwarte Hale”. Okoliczne szkoły głównie w weekendy otwierają swoje hale sportowe dla wszystkich, którzy lubią sport i ruch. Także dla dorosłych. Od kilku lat jeżdżę więc do hal i gram średnio 2 a czasem nawet 3 razy w tygodniu. Czasami jeżdżę nawet samemu, żeby po prostu porzucać do kosza. Taki jesienny wypad do hali w chłodny i ponury dzień świetnie działa na ogólne samopoczucie.

W halach często spotkać można innych zapalonych koszykarzy, z którymi można zagrać mecz. A nie ma fajniejszej i przyjemniejszej rzeczy dla amatora koszykówki jak gra w meczu. I to na jesieni! Z kondycją co prawda może być trochę gorzej niż w wiosennych i letnich miesiącach, a przynajmniej u mnie właśnie tak jest. Zawsze jednak można ruch w hali dawkować sobie w odpowiednich ilościach dzieląc czas gry na kilka razy. Jeżeli jednak latem graliśmy w koszykówkę regularnie, to nie powinniśmy mieć żadnego problemu z grą jesienią i zimą. Warto jednak w te jesienne miesiące starać się grać systematycznie i  trzymać swoich postanowień. Jeżeli pogramy przynajmniej 2 razy w tygodniu to wszystko z naszą kondycją powinno być w porządku.

Lubię potrenować lub pograć czasem w hali również z tego względu, że czasami, kiedy jestem tam sam mogę się znacznie lepiej skoncentrować. Na przykład przy treningu rzutowym. Kiedy zaczynam serię rzutów z półdystansu w hali, to jest trochę inaczej niż w parku. W pustej hali nie dekoncentruje mnie absolutnie żaden bodziec. Nie przechodzą ludzie, nie słyszę szumu przejeżdżających gdzieś w oddali samochodów i jestem tylko ja i piłka. Hala jest więc znakomitym miejscem do tego, aby oprócz trenowania samej koszykówki, potrenować również koncentrację i bycie „tu i teraz”. Pisałem o treningu koncentracji zresztą jakiś czas temu tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2017/06/15/zen-jako-zrodlo-wsparcia-w-koncentracji-u-koszykarza/

Trening koncentracji to przecież jeden z najbardziej istotnych elementów gry w koszykówkę. Hala ma więc swoje pozytywne cechy i nawet ja, który nie darzę miłością jesieni i zimy, mogę powiedzieć, że przydaje się od czasu do czasu pograć właśnie na parkiecie, a nie na boisku.

Przyznam, że często właśnie podczas treningów rzutowych w hali przychodzą mi najfajniejsze pomysły, choćby na artykuły do tego bloga. Może więc i Was taki indywidualny, jesienny trening rzutowy w halach zainspiruje do czegoś fajnego? Myślę, że warto abyście to sprawdzili.

Jesień w pełni. Słońca będzie może coraz mniej i nie będzie można grać w parkach, ale pamiętajcie o grze w halach. Poza tym zaczęły się nowe sezony w przeróżnych ligach. Ja na przykład ostatnio zainteresowałem się naszą polską Basket Ligą Kobiet i cieszę się z tego, że wreszcie będę mógł obejrzeć jak radzić sobie będzie mój ulubiony klub w tej lidze. Jaki? To pozostawię już dla siebie 😉

Może więc nie warto martwić się jesienią i gorszą pogodą. Trzeba po prostu wziąć do ręki piłkę i po prostu grać dalej.

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Czego nie zjadłby Michael Jordan?

http://www.facebook.com/rzutzdystansu

http://www.instagram.com/rzutzdystansu

(Artykuł ukazał się także w 7 numerze pisma „Trener Koszykówki” publikowanym na stronie Polskiego Związku Koszykówki http://www.pzkosz.pl)

Czy Michael Jordan folgowałby sobie ze śmieciowym jedzeniem? Czy polubiłby wafle? Czy zjadłby pastę rybną z supermarketu? Tym razem parę słów na temat odżywiania, które jak wiadomo jest niezwykle istotnym elementem w życiu koszykarza, sportowca i ogólnie człowieka.

Minęły wakacje, a to jak wszyscy doskonale wiedzą czas relaksu, odpoczynku i luzu. Po wielu miesiącach pracy człowiek wreszcie ma dłuższą chwilę na to, aby się zregenerować i odprężyć. Na urlop idzie każdy. Nawet dzieci mają upragnione wakacje, podczas których mogą wreszcie robić co tylko chcą.

Ten czas jest nam bardzo potrzebny. Każdy powinien mieć możliwość odpoczynku i czasu na regenerację. Koszykarze i sportowcy tym bardziej. Jednak ten czas, jakim są wakacje , sprzyja również temu, że często lubimy sobie trochę pofolgować w kwestii odżywiania się. Jemy na urlopach czasami rzeczy, których normalnie byśmy pewnie nie spróbowali. Próbujemy wtedy czasami niekoniecznie zdrowych przekąsek, ponieważ nie myślimy wtedy o tym co zjeść, tylko „byle coś zjeść”.

Jest to spowodowane głównie tym, że po prostu chcemy odpocząć i nie mamy czasu na to, aby coś ugotować, lub pójść kawałek dalej do trochę lepszej restauracji, żeby zjeść coś porządnego. Zdarza się, że nawet nasze dzieci jedzą byle co i tylko po to, aby zaspokoić jakoś swój głód. Jest to niestety błąd.

Jak to było u Jordana?

Zastanawiałem się ostatnio nad tym, jak to było u Michaela Jordana. Czy ten niesamowity koszykarz w trakcie swojej kariery pozwalał sobie na zjedzenie byle czego? Czy kiedy miał wakacje po kolejnych sezonach spędzanych w lidze NBA jadł niezdrowe przekąski?

Cóż, niestety nie poznałem Michaela Jordana i nie miałem okazji się go o to zapytać, wobec tego chyba nigdy się tego nie dowiem. Ale może chociaż zastanowię się nad tym, czy Michael Jordan zjadłby na przykład…hamburgera z popularnej sieci restauracji, albo wafle czekoladowe? Czy zjadłby batona czekoladowego? Na co z tych mniej zdrowych rzeczy by sobie pozwolił, a czego na pewno by nie spróbował?

Odżywianie jako trening

Odżywianie się u koszykarza, czy sportowca to moim zdaniem po prostu również element treningu. Podam tu pewien przykład.  Co byłoby gdyby koszykarz z polskiej ekstraklasy nie przyszedł na kilka treningów rzutowych? A no, pewnie na następnym meczu swojej drużyny rzucałby z gorszą skutecznością. Co byłoby, gdyby nie zrobił rozgrzewki przed treningiem, lub meczem? Ryzykowałby wtedy kontuzją.

A co byłoby gdyby zamiast zjeść normalny obiad poszedł parę razy na pizzę, lub hamburgery? Z pewnością to również wpłynęłoby na jego gorszą dyspozycję kondycyjną w meczu lub na treningu.

Podobno jest tak, że jesteśmy tym co jemy. Mówił o tym nawet Kareem Abdul-Jabbar. W jednym z wywiadów mówił, że on nigdy nie zjadłby bekonu. Dlaczego? Widzieliście jak wygląda bekon następnego dnia po przyrządzeniu? Właśnie tak wyjaśniał swoją niechęć do bekonu w wywiadach.

Wszyscy świadomi ludzie i ci, którym zależy na swoim zdrowiu wiedzą, że powinniśmy jeść zdrowo, unikając przy tym jedzenia byle czego. Jako sportowcy, koszykarze, czy trenerzy powinniśmy stale dbać o to, aby jakość tego co jemy była jak najlepsza, a posiłki złożone z odpowiednich składników, które mają budować nasze organizmy. To co dostarczymy naszemu organizmowi w pożywieniu, będzie później procentować lub nie. Dotyczy to naszego ogólnego samopoczucia jak też naszej formy sportowej i, co ważne, również mentalnej. Jeżeli chcemy być nie tylko dobrymi, a coraz lepszymi koszykarzami, lub trenerami i utrzymywać się w naszym fachu w jak najlepszej formie, to musimy po prostu zdrowo się odżywiać.

Paróweczki, batoniki, chipsy i wafle

Słodycze…Któż z nas ich nie lubił jako dziecko? Szczerze mówiąc nie znam takiego dziecka. Mój 9-letni syn też lubi słodycze. I czasami po prostu je jada. Ale niestety jedzenie słodyczy to wróg dla naszego organizmu. Słodycze zawierają przecież cukry proste, które wpływają bardzo źle na pracę poszczególnych układów organizmu i jego narządów. Dotyczy to szczególnie układu trawiennego. Jedzenie słodyczy to przyczyna nadwagi i otyłości, po prostu ociężałości. A tego koszykarz, ani trener przecież nie chce. Woli być zwinny i szybki, prawda?

Węglowodany zawarte w słodyczach w nadmiernych ilościach źle wpływają na naszą gospodarkę hormonalną. Poprzez częste jedzenie słodyczy u dzieci pojawia się „syndrom niejadka”, czyli po prostu niechęć do jedzenia normalnych posiłków. Co byłoby gdyby trenujący koszykówkę 10-latek zaczął jeść coraz częściej batony i chipsy? Stawałby się coraz gorzej grającym w koszykówkę młodym chłopcem, który w końcu…w koszykówkę przestałby grać. Dlaczego?

Otóż słodycze wpływają na nas rozleniwiająco i w pewien sposób nawet relaksacyjnie. One nas po prostu rozluźniają i często wprawiają w dobre samopoczucie. Właśnie dlatego w pewnym momencie taki 10-latek zamiast treningu koszykówki po którym czuje się świetnie (między innymi dzięki dawce serotoniny, którą generuje ruch), wybrałby po prostu…słodycze. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich dzieci, ale w dużej mierze właśnie tak działają na nas różnego rodzaju słodkości.

Wiemy już jak działają na organizm słodycze. Jeżeli w porę nie postaramy się ustrzec przed niezdrowymi nawykami, one w końcu nas mentalnie opanują. Warto więc nie pozwalać sobie na zjedzenie batonika, czy chipsów. Pewnie, że kiedy najdzie nas wielka chęć na coś słodkiego i nie jedliśmy takich rzeczy już od dłuższego czasu, to nie możemy być dla siebie zbyt surowi. Wtedy nawet warto zjeść batonika, lub kawałek czekolady. Ale trzeba pamiętać, a najlepiej zapomnieć jak najszybciej o takim jedzeniu. Po to, żeby następnego dnia nie zrobić tego samego.

A co z parówkami? One przecież zawierają białko, a producenci chwalą się często swoimi „odtłuszczonymi” paróweczkami. Według mnie Michael Jordan parówek by nie zjadł. Zawierają one bowiem przeciwutleniacze, barwniki, cytryniany i często glutaminian sodu. Jeżeli najdzie nas chęć na klasycznego hot-doga, to raz na jakiś czas możemy sobie na niego pozwolić. Ale uwaga! Najlepiej, jeżeli przyrządzimy go sobie sami. Parówki kupmy możliwie najlepszej jakości, sprawdzając uprzednio dobrze skład w sklepie, a następnie wrzućmy je w domu do gotującej się wody dosłownie na kilka minut (parówek nie wolno gotować!). Dodajmy świeżą sałatę, natkę pietruszki, pomidora, świeżego ogórka i…wystarczy. Taki przyrządzony przez nas samych hot-dog będzie najlepszy. Ale przez następne 3 tygodnie już hot-doga nie jedzmy.

Czym zastępowałby Jordan niezdrowe przekąski?

Słodycze i niezdrowe przekąski można zawsze zastąpić czymś innym. Moim zdaniem Michel Jordan zamiast batona lub wafla zjadłby po prostu jabłko, lub brzoskwinię. W owocach bowiem znajduje się cukier. Podobno lepiej zjeść nawet 2 lub 3 brzoskwinie, niż jednego batona, czy wafla. Poza tym wejdzie nam to z czasem w dobry nawyk, jeżeli zamiast batonika sięgniemy po owoc.

Czego Jordan by nie zjadł?

Właśnie dlatego przygotowałem listę kilku rzeczy, których MJ z pewnością by nie zjadł. Ameryki tutaj raczej nie odkryję, ponieważ zapewne wszyscy trenujący i szkolący ze środowiska koszykarskiego doskonale wiedzą czego powinni unikać. Mimo wszystko chciałbym, aby ten artykuł podziałał na nas jeszcze bardziej motywująco i aby przed nowym sezonem nawet na moment nie przyszło nam do głowy to, żeby wymienionych w tym artykule rzeczy próbować.

Wafle i herbatniki. Wielki MJ pewnie nie spojrzałby w trakcie swojej kariery koszykarskiej na ciasteczka typu wafle i herbatniki. Te przekąski pozbawione są absolutnie wszystkich wartości odżywczych. Są kaloryczne i zawierają wiele szkodliwych dodatków typu słodziki, konserwanty, tłuszcze, barwniki, aromaty i inne obrzydliwe dodatki z grupy E. Myślę, że MJ sprawdzając skład wafli w sklepie tylko by się uśmiechnął pod nosem, po czym rzucił je z powrotem na półkę. To przekąski dla nieświadomych osób.

Chipsy. Chrupkie, smaczne i pokrojone w cieńsze lub grubsze plastry chipsy to olbrzymia dawka okropnych tłuszczów. Dla naszych organizmów chipsy to po prostu niebezpieczeństwo. Robią one bowiem same zło. Są zwykle smażone na głębokim tłuszczu, a później dodaje się do nich spore ilości soli. Są bardzo kaloryczne, przez co po zjedzeniu ich czujemy się pełni i najedzeni. Szkoda tylko, że to co zjedliśmy to…no cóż. Myślę, że Jordan nazwałby to po prostu zwykłymi śmieciami. Co gorsza te śmieci niektórzy ludzie jedzą sami z własnej woli.

Drożdżówy i słodkie buły. Cóż…czasami zdarza się, że w pędzie codzienności zjemy bułkę z budyniem, albo pączka. Ale lepiej, żeby nie zdarzało się znacznie częściej niż w Wielkanoc czy Boże Narodzenie.  Bułka czy pączek są tłuste i bardzo kaloryczne, co gorsza podobnie jak chipsy smażone na głębokim tłuszczu. Sycące i no cóż, dla niektórych pyszne nie mają żadnych wartości odżywczych. A kalorie? Ho, ho tu dopiero występują rekordy liczbowe, ale bynajmniej nie tak pozytywne jak statystyki Michaela Jordana w punktach, zbiórkach, czy asystach. Pączek zawiera około 320 kalorii, podobnie drożdżówka. Zjedzenie ich po prostu nas zapycha, zamiast odżywić.

Obiad u Chińczyka. Czasem tak już jest, że przyjeżdżamy gdzieś autokarem na mecz i jesteśmy głodni. W pobliżu nie ma restauracji, ale jest…budka z chińskim jedzeniem! OK, można spróbować. Tylko po co? Nie każdy kurczak w cieście jest przecież kurczakiem w cieście i nie każda wołowina w pięciu smakach jest wołowiną… Oczywiście, że czasami można zjeść chińszczyznę i nie ma w tym niczego złego, ale warto jadać w sprawdzonych restauracjach, a nie w zwykłych budkach, gdzie mogą zaserwować nam…no właśnie, tak naprawdę to nie wiemy często co.

Pasty rybne z tubki. Tu pojawia się pewien dylemat. Jeść czy nie jeść past rybnych z tubki? Ryby to jak wiemy samo zdrowie. Zawierają witaminę D i kwasy OMEGA. Polacy podobno wciąż jednak jedzą za mało ryb. Często zdarza się, że robiąc zakupy w supermarkecie chętnie patrzymy na gotowe pasty rybne w tubkach, lub w pojemnikach. Zawartość ryby w rybnych pastach z tubki do kanapek nie jest jednak wystarczająca, aby można było mówić o znaczącym wzbogaceniu naszego organizmu w wartościowe składniki odżywcze ryb.

Pasty rybne są bardzo kaloryczne i często nie mają w swoim składzie ryb wartościowych.  Lepiej więc kupić sobie makrelę, czy inną rybę i zrobić sobie z niej swoją pastę dodając trochę jogurtu naturalnego, minimalnej ilości majonezu typu light, czy jajek wzbogacając całość szczypiorkiem, natka pietruszki, czy koperkiem. Michael Jordan z pewnością chętnie wpadłby do nas na parę takich kanapek z pastą rybną, którą zrobiliśmy sami.

Serki topione. O nich napiszę akurat niewiele: Mike nie spojrzałby na serek topiony. Po prostu, nie i już!

Mleczne desery czekoladowe. Mike po wygranym mistrzostwie być może chętnie usiadłby przed telewizorem przy swoim ulubionym filmie i zjadł cos słodkiego. Być może byłby to deser mleczny. Ale jaki?

Desery mleczne zawierają zagęstniki i żelatynę. Ogólnie rzecz biorąc, takie desery tuczą. Powodują też wzdęcia. A po wzdęciu jak to po wzdęciu, na boisku nie bylibyśmy już tak zwinni. Przy deserach mlecznych rzecz ma się więc podobnie jak przy pastach rybnych. Najlepiej jest po prostu zrobić je samemu. Nie będzie może czekoladowy, ale będzie zdrowy i nadal smaczny. A to najważniejsze. Wystarczy, że do jogurtu naturalnego dodamy trochę ulubionego miodu, który może być spadziowy, akacjowy, czy lipowy. Pełna dowolność. Można też taki deser posypać orzeszkami czy migdałami. Michael Jordan z pewnością nie pogardziłby naszym deserem oglądając przy tym „Kosmiczny Mecz” po wygranym mistrzostwie.

Podsumowanie

„Jego powietrzność Mike” chcąc osiągnąć cokolwiek w sporcie z pewnością nie rozsmakowywałby się w jedzeniu, które wymienione jest powyżej. Oprócz tego, pewnie nie wpadał by na hamburgery, nie jadł pizzy (no dobra, raz na miesiąc w porządku, ale tylko w sprawdzonej pizzerii), nie jadłby pewnie Popcornu, a na chrupki wszelkiego rodzaju nawet nie spojrzał.

Wydaje mi się też, że nie spróbowałby filetów z kurczaka lub z indyka z paczki. Te bowiem zawierają często substancje, które zachowują ich świeżość na dłużej, ale w rzeczywistości nie mają wiele wspólnego ze zdrowym odżywianiem. Chętnie za to kupiłby filety, które leżą na ladach w sklepach mięsnych luzem.

Zaczyna się nowy sezon. Zarówno zawodnicy jak i trenerzy, wszyscy mamy przed sobą nowe cele, chęci i marzenia, które chcielibyśmy spełnić na koszykarskich parkietach. Warto zatem, abyśmy pamiętali o tym, że jeżeli chcemy zbliżyć się do osiągnięć Michaela Jordana, to najważniejsze jest to, aby dbać o siebie nie tylko poprzez systematyczny trening, ale także przez zdrowe odżywianie.

 

 

 

 

 

 

 

Projekt „Trener Dla Wszystkich”

 https://www.facebook.com/rzutzdystansu

https://www.instagram.com/rzutzdystansu/ 

Wziąłem niedawno udział w pewnym projekcie koszykarskim, który odbywał się w letnich miesiącach. W projekcie tym wzięło udział kilkanaście osób z mojej dzielnicy. Zajęcia odbywały się w hali sportowej, w której trenowaliśmy poszczególne elementy gry i oprócz tego, że można było doskonalić swoją grę przy licencjonowanym trenerze, to mieliśmy też okazję dowiedzieć się o tym nad jakimi elementami gry każdy z nas musi jeszcze popracować, żeby grać w koszykówkę jeszcze lepiej.

Celem projektu „Trener Dla Wszystkich” było podniesienie sprawności fizycznej i umiejętności technicznych biorącej w nim udział młodzieży i dorosłych, którzy zgłosili chęć uczestnictwa. Wszyscy amatorzy gry w koszykówkę, którzy chcieli doskonalić swoje umiejętności mieli świetną szansę właśnie na to, aby przy licencjonowanym instruktorze koszykówki, którym jest nasz kolega Michał Ciećwierz nauczyć się wielu nowych rzeczy i doskonalić poszczególne elementy swojej gry.

Projekt finansowany był ze środków Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. Zajęcia w ramach projektu „Trener Dla Wszystkich” rozpoczęły się 18 lipca 2017 i odbywały się co tydzień aż do 28 sierpnia. Przez większą część wakacji mieliśmy okazję pod kierunkiem Michała poznawać kolejne elementy gry w koszykówkę i doskonalić to, czego jeszcze nie umiemy wystarczająco dobrze. Na treningach uczyliśmy się na przykład prowadzenia piłki lewą ręką, lub ta którą jest „słabsza”.

Najważniejsze to wiedza

Zapewne większość z Was często gra lub grała w koszykówkę. Gramy na boiskach i kochamy koszykówkę, ale jako amatorzy często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że ćwiczymy na naszych boiskach często niewłaściwe zachowania podczas gry, które nie rozwijają naszych umiejętności w uporządkowany sposób. Może to doprowadzić do urazów wynikających z niewłaściwego doboru ćwiczeń do naszych umiejętności i możliwości.

Młodzież gra, a dorośli…też chcą grać!

Często kiedy odbieram swojego syna ze szkoły widzę, że na szkolnym boisku młodzież gra w koszykówkę. Wiele razy byłem świadkiem zaciętych meczów, które rozgrywali uczniowie starszych klas. Kilka razy zauważyłem też niestety, że grają nieprzepisowo i popełniają błędy, zarówno techniczne jak taktyczne w czasie gry. Ale nie będę przesadzał, jeśli powiem, że najlepszy na naszym osiedlu w dostrzeganiu nieprawidłowości i popełniania błędów podczas gry w koszykówkę jest nasz kolega Michał Ciećwierz.

To właśnie jego projekt „Trener Dla Wszystkich” miał na celu nauczenie nas podstawowych rzeczy w treningu, takich choćby jak odpowiednio wykonana rozgrzewka, która jest niezbędnym elementem każdego treningu. Michał twierdzi, że podstawowym elementem właściwego trenowania koszykówki jest odpowiednia wiedza:

Młodzież szkolna w ramach edukacji formalnej ma dostęp do profesjonalnej wiedzy trenerów i nauczycieli W-F w szkole, natomiast dorośli zainteresowani koszykówką ofertę fachowej opieki i prawidłowego treningu muszą sobie organizować odpłatnie. Czasem obserwuję również zjawisko rodzica uczącego dziecko nieprawidłowych nawyków, co utrudnia późniejszy rozwój jego umiejętności technicznych. Właśnie dlatego pomyślałem o stworzeniu projektu, który mógłby we właściwy sposób doskonalić umiejętności gry w koszykówkę także u dorosłych zainteresowanych tą dyscypliną sportową i aktywnie ją  uprawiających.”

Projekt naszego kolegi Michała Ciećwierza zakładał przeprowadzenie cyklu 10 treningów, które miały na celu wprowadzać nowe umiejętności koszykarskie. Uczestnicy treningów pod kierunkiem Michała mieli więc możliwość doskonalenia swojej gry, począwszy od prostych ćwiczeń rzutowych, po zagrania schematami angażującymi całą drużynę.

Naszą grupę, w której uczestnikiem byłem również ja, stanowili głównie mieszkańcy warszawskiej Woli, którzy w wiosennych i letnich miesiącach roku spotykają się nieregularnie na szkolnym boisku przy ulicy Elekcyjnej nieopodal Parku Szymańskiego.

W hali sportowej przy ulicy Redutowej odbyło się 6 z 10 zaplanowanych treningów. Spotykaliśmy się w hali we wtorki o godzinie 17.00 i zajęcia prowadzone przez Michała trwały 2 godziny.

Główne tematy treningów

Na swoich treningach Michał podjął się między innymi takich tematów jak:

-Test wstępny predyspozycji i umiejętności poszczególnych osób biorących udział w projekcie

-Rzuty

-Kozłowanie (ja z treningu z kozłowania dowiedziałem się między innymi tego, że nad swoją lewą ręką muszę zdecydowanie popracować 😉 )

-Podania i zasłony (z zasłonami też mam jeszcze sporo do poprawienia)

-gra schematami

-Na ostatnim treningu odbył się konkurs rzutów, który wyłonił trzech najlepszych zawodników biorących udział w projekcie

W zajęciach łącznie brało udział 19 zawodników, a każdy trening rozpoczynał się od rozgrzewki i zabawy ożywiającej. Główną częścią treningu był temat merytoryczny, którym były między innymi:

-trening właściwego kozłowania piłki

-trening rzutowy

Na koniec każdego treningu odbywała się gra treningowa, która utrwalała nabyte przez uczestników wcześniej umiejętności. Co ważne, to z pewnością to, że gry treningowe odbywały się zgodnie z oficjalnymi regułami koszykówki, a to dzięki obecności na zajęciach Krzysztofa Mrozowskiego, który jest licencjonowanym sędzią koszykówki. Obecność Krzysztofa okazała się więc dużą wartością podczas treningów i umożliwiła korygowanie typowych błędów w trakcie gry, takich na przykład jak:

-kroki

-błędy trzech sekund

-faule

Projekt „Trener Dla Wszystkich” zakładał również stworzenie zgranego zespołu koszykówki, który mógłby być wystawiany w turniejach lub innych rozgrywkach sportowych.

Warto podkreślić, że mieliśmy też do dyspozycji akcesoria trenerskie, takie jak pachołki i piłki. Zostały one zakupione przez Panią Ewę Bogusz z funduszy miejskich. Przydały się też jaskrawe koszulki, które umożliwiały bezproblemowy podział uczestników na drużyny.

Na ostatnim treningu otrzymaliśmy też wszyscy upominki promujące ideę wolontariatu pracowniczego. Jest spora szansa, że projekt będzie miał swoją drugą edycję już na jesieni i jeżeli ktoś z Was byłby zainteresowany wzięciem w nim udziału i doskonaleniem swoich koszykarskich umiejętności przy licencjonowanym trenerze, to zapraszamy.

 

 

 

 

Jak to jest być fanem Brooklyn Nets (część 2)

 www.facebook.com/rzutzdystansu 

http://www.instagram.com/rzutzdystansu 

Ostatnio znowu pogadałem sobie z moim psem, który od urodzenia nosi barwy klubu z Brooklynu. Porozmawialiśmy głównie o tym jak może wyglądać przyszłość naszej ulubionej drużyny w nadchodzącym sezonie. Edmund jest bardziej kanapowym fanem koszykówki i nie gra w kosza choćby z racji swojego…wzrostu, ale jeśli chodzi o oglądanie meczów i przeglądanie statystyk, to w tym akurat jest niezły.

Lubimy z Edmundem rozmawiać o naszej ulubionej drużynie i doszliśmy do paru interesujących wniosków. Na początku przypomnę, że pierwszy artykuł o tym co dzieje się w Nets pojawił się tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2017/06/15/jak-to-jest-byc-fanem-brooklyn-nets/  W tym artykule opisałem głównie to co działo się w poprzednim sezonie w Nets i o tym jakich zawodników mogą pozyskać w letniej przerwie.

Tym razem chciałbym napisać  parę swoich spostrzeżeń na temat tego co Nets w letniej przerwie zrobili. A zrobili sporo jak na drużynę, która zajęła ostatnie miejsce w tabeli w poprzednim sezonie.

Zaczynamy. Przede wszystkim pozyskali w drafcie Jarretta Allena. Zawodnik ten grał na uczelni w Teksasie i jest obiecującym centrem, ale potrafi też nieźle rzucać z dystansu. Na uniwersytecie sprawdzał się czasami też w roli skrzydłowego, ma więc wszelkie możliwości, aby w dalszej przyszłości stać się bardzo wszechstronnym zawodnikiem.

Allen na pewno w swoim pierwszym sezonie w NBA nie będzie otrzymywał na parkiecie dużej ilości minut, ale kto wie, jeżeli jego rozwój będzie dalej szedł do przodu, to może już niebawem być wartościową częścią drużyny z Brooklynu.

Poza tym Nets pozyskali latem De’Marre Carrola z Toronto Raptors. Ten niski skrzydłowy zdobywał w poprzednim sezonie średnio 8.9 pkt, 3.8 zbiórki, 1 asystę i 1 przechwyt na mecz i zagrał w ponad 70 meczach. Wydaje się, że nadal ma sporo siły i ambicji, aby odmienić na lepsze grę na skrzydle w Brooklińskiej drużynie. Carroll jest nieustępliwy i ma charyzmę, a to jego spory atut.

Zanim jednak na Brooklynie pojawili się kolejni zawodnicy, wcześniej przywędrował do Netsów D’Angelo Russell z Lakersów w zamian za Brooka Lopeza, Justina Hamiltona i Randy’ego Foya. Nie wiem jak mam się odnieść do tej wymiany, ponieważ szczerze mówiąc nie jestem fanem Russella, którego ego jest większe niż jego dojrzałość. Pamiętacie akcję z telefonem Nicka Younga? Jeżeli nie, to poszukajcie w Internecie informacji o tej nietypowej przygodzie obydwu tych koszykarzy.

Russell jest dobrym rozgrywającym, jeszcze młodym i ogarniającym się w lidze zawodnikiem, który ma wielkie ambicje i chęci. Być może przez transfer do Nets nabierze trochę dojrzałości i w przyszłym sezonie pokaże na co go stać. Swoje minuty będzie pewnie dzielił z Jeremy’m Linem, który powróci do drużyny po przerwie spowodowanej kontuzją. Na szczęście jednak wraca i zobaczymy, czy szał „Linsanity” jeszcze zagości na Brooklynie, jak kiedyś w Madison Square Garden, kiedy grał w Knicks. Lin może więc stworzyć z Russelem mocny duet, który będzie mógł postraszyć swoich przeciwników rzutem, porządnymi asystami i boiskowym sprytem.

Poza tym Jeremy zapowiedział, że w nowym sezonie Netsi wejdą do Play-Off i będą chcieli udowodnić wszystkim niedowiarkom, że stać ich na coś więcej. Czy jednak tak będzie, zobaczymy.

Jestem natomiast zadowolony z pozyskania Allena Crabbe’a z Portland. Ten rzucający obrońca ma interesującą fryzurę, ale nie to jest najważniejsze. Lepiej skoncentrować się na tym, że już w zeszłym roku miał trafić na Brooklyn, ale wtedy ten transfer nie doszedł do skutku. Tym razem się udało i Crabbe’a może być bardzo przydatnym zawodnikiem na obwodzie. W zeszłym sezonie zdobywał średnio 10.7 pkt, 3 zbiórki i 1.2 asysty na mecz, rzucając ze skutecznością 44% zza łuku. To zdecydowanie pozytywna rzecz, bo na Brooklynie kogoś kto zająłby się grą za linią „trójek” właśnie brakowało. Jest co prawda Spencer Dinwiddie, który potrafi rzucić kiedy ma dobry dzień, ale nie było to na tyle systematyczne rzucanie, żeby można było Spencera traktować jako zawodnika z perspektywą na przejęcie gry na obwodzie bardziej serio.

Na Brooklyn trafił też latem Timofey Mozgov, ale z jego przybycia akurat nie cieszę się specjalnie, ponieważ według mnie Mozgov jest zbyt wolny. Prawdą jest, że ma siłę i w walce pod koszem może się przydać, ale jakoś niespecjalnie w niego wierzę. Być może się mylę i Rosjanin pokaże w Nets, że stać go na coś więcej.

Edmund, mój pies zwrócił uwagę, że Netson brakowało w poprzednim sezonie szczególnie dobrej gry w obronie. Kto może załatać tą dziurę? Cóż, szczerze mówiąc nie za bardzo dostrzegam zawodników z potencjałem do gry obronnej wśród tych, których Nets pozyskali latem. Ale może coś przez okres przygotowawczy zmieniło się w tej kwestii na lepsze i Netsi będą tracić mniej punktów niż to było w poprzednich rozgrywkach.

Klub z Brooklynu pozyskał więc latem kilku naprawdę wartościowych graczy i być może będzie mógł powalczyć o coś więcej niż tylko poprawienie bilansu 20-62 z poprzedniego sezonu. Ja i mój pies, jako fani ekipy z najfajniejszej dzielnicy Nowego Jorku liczymy na to, że Nets wejdą do Play-Offs. Prawdziwy fan swojej drużyny musi przecież w nią wierzyć.

 

 

 

 

 

 

Pełnia sezonu letniego

http://www.facebook.com/rzutzdystansu 

http://www.instagram.com/rzutzdystansu

Lato w pełni. Wreszcie słońca jest co dzień tyle ile trzeba, żebyśmy grali w koszykówkę kiedy tylko mamy chęć do gry. Nie musimy już czekać na lepszą pogodę, albo na to aż przestanie wiać, padać deszcz, lub aż dzień będzie dłuższy.  Może z tym deszczem to przesadziłem, bo czasami rzeczywiście popada, ale zdecydowanie przez większą część letnich dni pogoda jest dla nas idealna do tego, aby grać w naszą ulubioną grę.

Jestem ciekaw czy nauczyliście się czegoś nowego w ciągu wiosennych miesięcy? Czy poprawiliście jakieś elementy swojej gry, aby latem już być bardziej pewnym siebie w trakcie gierek na boiskach? Czy dodaliście do swojej gry jakieś nowe rzeczy? Jeżeli jeszcze nie, to korzystajcie z lata i spróbujcie. Macie sporo dni na to, aby być jeszcze lepszymi koszykarzami i koszykarkami.

Ja muszę przyznać, ze wiosną trenowałem jak zwykle rzuty z dystansu. Cóż, chcę rzucać coraz lepiej i co najważniejsze coraz celniej. Bez trenowania tego elementu gry nie będę lepszym rzucającym. Ale oprócz prób poprawiania swojego rzutu, starałem się także znaleźć trochę czasu na to, aby zacząć lepiej panować nad piłką podczas kozłowania. Zacząłem więc ćwiczyć po prostu kozłowanie piłki raz lewą, raz prawą ręką, a także proste przekozłowywanie mojego wysłużonego Spaldinga z jednej do drugiej ręki.  Nie chcę się chwalić (naprawdę!), ale wydaje mi się, że kozłuję lepiej niż jeszcze zimą i na początku wiosny.

Poprawiłem trochę chwyt piłki i panowanie nad nią, można powiedzieć, że jestem z piłką oswojony jeszcze lepiej niż jakiś czas temu.  To ważne i cieszę się z tego, ponieważ nie ukrywam, ze zależy mi tym, aby stale poprawiać ten element gry. Choćby ze względu na to, że nigdy nie byłem w kozłowaniu i panowaniu nad piłką zbyt dobry. Serio. Właśnie dlatego chcę wciąż starać się poprawiać grę z piłką i właśnie trening z kozłowaniem piłki samemu jest czymś nad czym chciałbym dalej koncentrować się podczas wypadów na boisko.

Poprawiłem trochę swoją grę na koźle, ale to nie wszystko. Próbuję też ostatnio ćwiczyć crossovery. Tyle, że nie zależy mi na ćwiczeniu tego zwykłego ominięcia przeciwnika w czasie gry poprzez zamarkowanie zwodu w prawo, lub w lewo i przekozłowania piłki z ręki do ręki. Próbuję nauczyć się tego crossovera z przekozłowaniem piłki pod nogą, a następnie wykonania rzutu lub wejścia pod kosz. To ten, który często robił kiedyś Allen Iverson, a wciąż robi go co jakiś czas Derrick Rose. Przyznam, że dla mnie ćwiczenie tego elementu na samym początku było dość trudne i miałem dać sobie spokój, ale po jakimś czasie zauważyłem u siebie poprawę w licznych próbach wykonywania tego zwodu. W tym momencie ćwiczę go dalej. Nie ukrywam, ze naprawdę ucieszyłem się, że daję radę. Na razie póki co próbowałem wykonać ten crossover tylko kilka razy w luźnych gierkach 1×1. Z różnym skutkiem. Może za kilka tygodni będzie już na tyle nieźle, że z pełną swobodą zrobię to w czasie jakiegoś meczu? Mam nadzieję, że właśnie tak będzie.

*

 A teraz temat z innej beczki. Obserwuję ostatnio w mediach sytuację Przemka Karnowskiego i jego prób otrzymania oferty od któregoś z klubów NBA. Mam szczerą nadzieję, że pomimo tego, że został pominięty w Drafcie przez managerów klubów z najlepszej koszykarskiej ligi na świecie, to da radę spełnić swoje marzenie. Przemek to przecież nasz rodak i to jest świetne, że próbuje dalej. Prawdziwi twardziele nigdy się nie poddają! Nasz Przemek (bo chyba mogę powiedzieć, że nasz, prawda?) jest prawdziwym fighterem i dowodem na to może być choćby fakt, że po drafcie od razu zgłosił się do ligi letniej i w barwach Charlotte Hornets próbował pokazać wszystkim swoją wartość na parkiecie. Nie udało mu się co prawda to wszystko tak jakby tego sobie pewnie życzył, ale nie otrzymał zbyt wielu minut do gry. Nie miał więc zbyt dużej możliwości pokazać wszystkiego co by chciał. Ale właśnie to Przemka zmobilizowało do jeszcze cięższej pracy i po rezygnacji z gry w barwach Charlotte Hornets od razu spróbował swoich sił w kolejnych meczach ligi letniej, tyle, że tym razem w barwach Orlando Magic. I co? Poszło mu świetnie w meczu przeciwko New York Knicks, w którym udowodnił swoją wartość. Zdobył 14 punktów i 5 zbiórek przez 25 minut gry i pokazał się ze znacznie lepszej strony. A już w kolejnym meczu w koszulce Orlando Magic nasz rodak po prostu szalał na parkiecie! Zdobył 20 punktów, 9 zbiórek i 3 asysty i co najważniejsze pokazał na co go naprawdę stać w meczu przeciwko Charlotte Hornets, od których jeszcze kilka dni wcześniej nie otrzymał szans na dłuższą grę. Trafił 6 na 9 rzutów z gry i wszystkie rzuty z linii osobistych. Był to ostatni mecz Przemka Karnowskiego w lidze letniej i możemy już tylko czekać na to czy otrzyma zaproszenie od jakiejś drużyny z NBA na obóz przygotowawczy przed nowym sezonem. Oby tak było. Życzę więc Przemkowi podpisania kontraktu w NBA i tego, żeby próbował dalej. Bo najważniejsze to próbować dopóki jest szansa.

Poza tym, to w tym okresie letnim być może zmieni barwy klubowe Marcin Gortat. W sumie to chciałbym zobaczyć go w koszulce San Antonio Spurs. Wydaje mi się, że pasowałby do tej drużyny idealnie. Patrzę więc co jakiś czas na to co dzieje się na rynku transferowym i czekam też gdzie podpiszą kontrakty Derrick Rose, Brandon Jennings, oraz Iman Shumpert z Cleveland Cavaliers, który w letnich miesiącach lubi ponagrywać sobie nowe kawałki rapowe. Jeżeli jeszcze ich nie słuchaliście, a lubicie czasem posłuchać rapu to sprawdźcie jego twórczość na YouTube, bo warto.

*

 Ale żeby nie było, że oglądam tylko koszykówkę zza oceanu, co jest nieprawdą, to chciałbym pogratulować koszykarkom drużyny Ślęzy Wrocław zdobycia tytułu mistrzowskiego w Basket Lidze Kobiet. Oglądałem te mecze finałowe i przyznam, że często emocje były spore!

Szczególnie podobała mi się gra rozgrywającej i rzucającej Marissy Kastanek, która pochodzi z USA i w Ślęzie gra już od dwóch sezonów. Wcześniej grała w koszykówkę między innymi w Szwecji, w Portoryko i w Czechach. Karierę zawodową zaczynała jednak w USA.

Marissa Kastanek świetnie zaprezentowała się w pierwszym meczu finałowym z Wisłą Kraków, w którym zdobyła 16 punktów i 6 zbiórek, a później, już w meczu numer 2 zdobyła 30 punktów dla swojej drużyny. Zdecydowanie zachwycała swoją postawą i przyznam szczerze, że wcześniej nie pasjonowałem się za bardzo żeńską koszykówką.  Oglądając jednak zagrania tej koszykarki, takie choćby jak jej rozgrywanie piłki, ustawianie się w odpowiednich pozycjach do rzutu, czy po prostu samą skuteczność rzutów z gry można było naprawdę spędzić emocjonujące chwile oglądając finały Basket Ligi Kobiet.

Zwróciłem też uwagę na Zuzannę Sklepowicz, która również miała kilka naprawdę świetnych momentów gry i w drugim meczu tego finału zdobyła 10 punktów, 2 asysty i trafiając 2 rzuty na 3 zza linii trzech punktów, grając przy tym na ponad 66% skuteczności rzutów z gry.

Gratuluję wszystkim koszykarkom Ślęzy zdobycia tytułu mistrzowskiego na który w pełni zasłużyły.

Przegapiłem za to niestety mecze Play-Off w Polskiej Lidze Koszykówki mężczyzn, ale pracowałem w porach, kiedy odbywały się te mecze i na to już nie miałem czasu.

Cieszę się też, że koszykarze Legii Warszawa wywalczyli awans do najwyższej koszykarskiej klasy rozgrywkowej w Polsce. Życzę im dalszych sukcesów! Kto wie, może wpadnę na jakiś mecz w nowym sezonie?

*

  Sezon letni w pełni. W czasie obserwowania tego co dzieje się na transferowym rynku w NBA, wyjazdów w fajne miejsca, czy to nad morze, w góry, czy gdziekolwiek i luzowania się na urlopach i wakacjach nie zapominajcie o koszykówce! Grajcie coraz lepiej i cieszcie się grą w czasie letnich miesięcy.

 

 

Rzut osobisty

http://www.facebook.com/rzutzdystansu

Rzut osobisty w koszykówce to moment, w którym gra na kilka chwil spowalnia i wszyscy zawodnicy na parkiecie łapią przez ten czas nowe siły. Jeden z nich staje na linii rzutów osobistych, wykonuje jakiś swój rytuał z piłką, którym może być na przykład wykonanie kozłowania przed sobą, czy też podrzucenie piłki w górę, a następnie wykonany w skupieniu rzut piłką w kierunku obręczy.

 Lato natomiast to moment, w którym większość z nas ma urlopy, młodsi z nas mają upragnione wakacje i wszystko na dwa miesiące trochę zwalnia. Te właśnie dwie rzeczy, czyli element gry, którym jest rzut osobisty, oraz okres letni zainspirowały mnie do tego, aby napisać parę słów o kilku rzeczach, które na co dzień gdzieś tam są pomijane i wydaje mi się, że niewiele o nich się mówi.

 Rzut osobisty oddawany z odległości czterech metrów od kosza sprawił, że postanowiłem napisać o tym czym jest istotny element treningu, którym jest…przerwa w treningu. Dokładnie tak.  Trening w koszykówce to oczywiście podstawowy element osiągnięcia sukcesu i pewnie, że ważne jest to, aby wciąż poprawiać swoje możliwości rzutowe, sprawność w kozłowaniu, zwody, siłę, szybkość i koncentrację. Właśnie dlatego trenujemy i trenujemy.

Staramy się wciąż być coraz lepsi i wyzwalamy z siebie niesamowite pokłady energii, które są niezbędne do tego, aby grać jak najlepiej. Udaje nam się to raz lepiej, raz gorzej. Ale wciąż próbujemy. Zmęczeni, po którymś z kolei meczu, lub treningu jesteśmy zadowoleni ze swojej gry mniej lub bardziej, ale często gdzieś tam jednak nie odczuwamy pełnej satysfakcji ze swojej gry i tego co pokazaliśmy na boisku. Mówimy sobie wtedy: „no, było OK, ale następnym razem będę rzucał lepiej”, albo: „grałem dobrze, ale źle zrobiłem ten dwutakt i nie zdobyłem punktów spod kosza…”, lub: „to był nawet fajny mecz, ale nie byłem wystarczająco skoncentrowany.”

 Tego typu myśli to po prostu chęć bycia coraz lepszym, jeszcze lepszym. Można powiedzieć, że to perfekcjonizm i dążenie do doskonałości. W sporcie to bardzo ważna cecha. Szczerze mówiąc bez niej sportowiec nie jest sportowcem. Ale czy aby na pewno właśnie w tym momencie, kiedy chcemy być jeszcze lepsi, jeszcze skuteczniejsi i jeszcze bardziej podziwiani przez innych lub po prostu przez samych siebie nie powinniśmy trochę w y l u z o w a ć? Choćby po to, aby po prostu nabrać nowych sił i nowej energii.

Chwila na odpoczynek po intensywnym treningu jest równie ważna co sam trening. Pozwala zregenerować się naszemu organizmowi, odpocząć naszym stawom i mięśniom. Pozwala na odbudowanie siebie i to zarówno fizycznie jak też mentalnie. Warto po dłuższej grze znaleźć czas na to, aby po prostu odpocząć. Zawodnicy muszą odpocząć. Drużyna musi odpocząć. Złapać dystans do tego jakie wyniki osiągała w poprzednim sezonie. Do tego co trzeba jeszcze poprawić. Do tego kto grał dobrze w obronie, a kto nie. Kto lepiej rzuca, a kto więcej podaje. Trener też musi odpocząć. Każdemu należy się chwila przerwy na regenerację i złapanie nowych sił.

W czasie takiej przerwy nasz organizm rozluźnia się i stajemy się spokojniejsi. Fajnie, jeżeli damy radę gdzieś wyjechać. Wtedy odpoczywamy od codzienności, poznajemy nowe miejsca. To wszystko sprawia, że łapiemy dystans. A właśnie taki dystans jest niezbędny do tego, żeby spojrzeć na siebie i swoje osiągnięcia z dystansem i zastanowić się nad dalszymi celami. Co jest nam niezbędne do tego, żeby być lepszym? Czego potrzebujemy, żeby lepiej grać w koszykówkę? Co może pomóc nam żeby być lepszymi trenerami?

Ale nie tylko o koszykówkę tu chodzi.  Chodzi też o to, że kiedy odpoczniemy i zregenerujemy się, to ten dystans może sprawić, że po odpoczynku będziemy lepszą wersją samych siebie. A wtedy może osiągniemy w nowym sezonie lepsze wyniki? Może wtedy będziemy celniej rzucać, lepiej podawać, lub robić szybsze zwody? Może wtedy będziemy potrafili lepiej dotrzeć do naszych zawodników, aby być dla nich jeszcze lepszymi trenerami?

Jakiś czas temu po długiej przerwie od koszykówki, która trwała dobre kilka lat, wyszedłem pewnego dnia na stare boisko na moim osiedlu. To było pięć lat temu. Wziąłem swoją starą piłkę do koszykówki, poszedłem na to boisko z zardzewiałymi obręczami i zacząłem po prostu rzucać. Rzucałem tylko z linii osobistych. Przychodziłem na to boisko przez około miesiąc i z tego co pamiętam był to sierpień. Przychodziłem, wyjmowałem z plecaka swoją piłkę, stawałem na linii osobistych i rzucałem, rzucałem… Robiłem głównie tylko to. Koncentrowałem się wyłącznie na tym elemencie gry, którym jest rzut osobisty. To właśnie sprawiało, że czułem się zrelaksowany, ale skoncentrowany. Co było dalej? Tu o tym nie napiszę, bo już kiedyś napisałem. Możecie dalszą część tej historii przeczytać tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/04/17/czekajac-na-celny-rzut/

W każdym razie to przychodzenie na stare boisko i rzucanie z linii osobistych i pełen luz, który wtedy czułem doprowadziły mnie do fajnych rzeczy, którymi między innymi jest ten blog. Linia rzutów osobistych, z której oddawałem po około 50, 70, a później i więcej takich rzutów dziennie, które mnie rozluźniały sprawiła, że poczułem niesamowitą inspirację do tego, aby koszykówka znowu była jakąś częścią tego co robię na co dzień. Wtedy trochę zwolniłem, znalazłem czas na to, aby przemyśleć parę rzeczy i zacząć na nowo swoją przygodę z koszykówką.

Warto więc na moment oderwać się od wszystkiego, szczególnie w okresie letnim i być może nie rezygnować z grania w koszykówkę, która przecież również jest dla wielu z nas relaksem. Może zamiast gry w meczu wystarczy przyjść na boisko w jakimś przyjemnym miejscu i po prostu trochę porzucać? Bez presji kumpli, lub koleżanek krzyczących „podaj!” , „obrona!” czy „rzucaj!”. Zamiast tego zastąpić to wsłuchaniem się w siebie, w kozłowanie piłki, w moment kiedy po rzucie wpada w obręcz. Właśnie to może sprawić, że odkryjemy na nowo wiele ważnych, istotnych dla nas rzeczy. Może właśnie wtedy przyjdą nam do głowy nowe pomysły co do tego w jaki sposób możemy poprawić swoją grę, żeby być jeszcze lepszymi koszykarzami i trenerami? Ale niech one przyjdą do nas wtedy, kiedy jesteśmy zrelaksowani. Bez presji. Na pełnym luzie. Niech te pomysły przyjdą do nas naturalnie. Właśnie tego w okresie wakacyjnym Wam życzę.

Jak to jest być fanem Brooklyn Nets?

http://www.facebook.com/rzutzdystansu

 Pytałem ostatnio swojego psa jak to jest nosić od urodzenia barwy klubu Brooklyn Nets. Spojrzał na mnie z dziwną miną (takową zresztą robi dość często) i wtedy zrozumiałem. Niefajnie. Edmund- bo tak nazywa się mój czworonożny przyjaciel- zdecydowanie nie chciał kontynuować  wątku barw klubowych Netsów na jego futrze i dalej rozmawiać na ten temat. Nie dziwię mu się. Nets są na dnie Konferencji Wschodniej i po tym sezonie zajęli ostatnie miejsce na Wschodzie z bilansem 20-62. To już zresztą drugie z rzędu rozgrywki, w których drużyna z Brooklynu gra poniżej oczekiwań swoich fanów.

Okej…Ten nieco kuriozalny wstęp to tylko takie śmieszno-nieśmieszne preludium do tego co chciałbym napisać o fanach klubu z Brooklynu i o tym czego możemy oczekiwać w najbliższych tygodniach i miesiącach. Fanach, którzy są spragnieni zwycięstw. My, fani nowojorskiej drużyny chcielibyśmy bowiem wszyscy, żeby wreszcie coś zaczęło się zmieniać na lepsze w klubie z najfajniejszej dzielnicy Nowego Jorku.

Jak to zrobić?

Cóż, w tym sezonie na Brooklynie nie pozyskają zawodnika z pierwszych miejsc Draftu pomimo tego, że klub wylosował pierwszy wybór w loterii do tego właśnie draftu. Wybór ten bowiem przejęli Boston Celtics. Jak do tego doszło nie będę tu wyjaśniał. Musiałbym skrytykować managerów i właściciela klubu z Brooklynu, którzy w poprzednich latach w zamian za pozyskanie między innymi Kevina Garnetta i Paula Pierce’a oddali picki w drafcie. Kto chce niech sprawdzi sobie wszystko na odpowiednich stronach w necie.

Kogo mogą pozyskać Nets z dalszych miejsc w Drafcie?

W przeddraftowych mockach mówi się, że z 22 numerem w I rundzie tego draftu Nets wybiorą Terrance’a Fergusona. Ferguson to rzucający obrońca z drużyny uniwersyteckiej Adelaide, który notował średnio 4.6 pkt i 1.2 zbiórki na mecz. Nie jest więc wybitnym zawodnikiem, ale ma w sobie to coś czego być może jeszcze nie widać, a co sprawi, że za jakiś czas przy odpowiednim koszykarskim rozwoju i szlifie stałby się specem od trafień z dystansu. Ferguson jest dość chudy bo przy swoich 201 cm wzrostu wazy tylko ponad 80 kg, ale rzucający obrońca nie musi być przecież siłaczem. Ważne, żeby potrafił rzucać, znajdować sobie odpowiednie pozycje do oddawania tych rzutów no i nauczył się dobrej obrony.

Netsi mają też drugi wybór w pierwszej rundzie draftu i będą wybierać kolejnego zawodnika z 27 numerem. Kto to może być? Może silny skrzydłowy D.J. Wilson z Uniwersytetu w Michigan, który w swoim trzecim roku gry w lidze akademickiej znacząco poprawił swoją grę. Zdobywał średnio 11 punktów, 5.3 zbiórki i 1.3 asysty na mecz. A to przecież dopiero 21 latek. Mimo wszystko już potrafił pokazać na parkietach NCAA co potrafi, między innymi kiedy 1 stycznia 2017 roku zdobył 28 punktów, 14 zbiórek i 6 asyst w przegranym 83:86, ale dopiero po dogrywce meczu przeciwko drużynie Iowa State .

Nets mają też wybór w II rundzie Draftu i wybiorą kogoś z numerem 57. Nie jest więc tak źle jak to mówią z tym Draftem. Być może GM’owie Netsów dadzą radę pozyskać jakiegoś wartościowego debiutanta, który za jakiś czas rozwinie się i stanie wartościową postacią w składzie drużyny z Brooklynu.

Co z wolnymi agentami?

W necie na stronach związanych z klubem z Brooklynu można przeczytać, że GM’owie Nets są zainteresowani pozyskaniem Kentaviousa Caldwella-Pope’a z Detroit Pistons. Zawodnik ten miniony sezon może zaliczyć do bardzo udanych. Zaliczał średnio 13.8 pkt, 2.5 asysty i 3.3 zbiórki na mecz, będąc wielokrotnie kluczowym zawodnikiem drużyny z Detroit. To dopiero trzeci sezon jego gry w NBA, a rozwija się w odpowiednim tempie i być może za jakiś czas ten rzucający obrońca będzie naprawdę zawodnikiem, którego wiele klubów mogłoby Netsom pozazdrościć. Na Brooklynie chcą podobno zaoferować mu maksymalny kontrakt, a jak wiedzą wszyscy zainteresowani NBA taki kontrakt to coś, co zdecydowanie przyciąga graczy nawet do gry w drużynach, które są na dnie ligi.

Kolejnym graczem, którego Nets mogą pozyskać w przerwie letniej jest Brandon Jennings. Ten rozgrywający zawodnik ekipy z Waszyngtonu posiada charyzmę i coś, co sprawia, że zdecydowanie pasowałby do klubu z Brooklynu. Jest twardy, nieustępliwy i ma charakter. Jako młody chłopak ogrywał się często na osiedlowych boiskach w dzielnicy Compton w Los Angeles, więc wie doskonale co to znaczy twarda gra. Mógłby sprawdzić się jako zmiennik dla Jeremy’ego Lina. Ostatnio jednak Jennings nie grał tak jak jeszcze kilka sezonów temu i jego sprowadzanie z Wizards może wydawać się trochę ryzykownym ruchem.

 Zamiast Jenningsa na pozycję rozgrywającego można byłoby sprowadzić Jeffa Teague’a z Indiany Pacers. Teague grał nieźle w swoim pierwszym sezonie w rodzinnej Indianie zdobywając średnio 15.3 pkt, 7.8 asysty i 3 zbiórki na mecz, ale nie jest wykluczone, że w przerwie letniej zmieni klub, choć jak twierdzi Indiana to jego miejsce i chciałby już tam pozostać. Teague nie zawodził w I rundzie Play-Offs i przeciwko Cavaliers w żadnym meczu nie zdobył mniej niż 15 punktów.

 Następny zawodnik, którym są zainteresowani Brooklyn Nets to Shabazz Muhammad z Minnesoty Timberwolves. Muhammad zaliczył bardzo udane tygodnie gry po Weekendzie All-Star i zdarzało się, że sypał trójkami w kilku meczach zdobywając przy tym ponad 20 punktów. Ten niski skrzydłowy, który gra także jako rzucający obrońca dobrze wiedział co robi starając się grać coraz lepiej, bowiem od lipca będzie wolnym agentem. Dzięki swojej dobrej grze podwyższył swoją wartość na transferowym rynku. Zapewne chciałby grać w drużynie, gdzie otrzymywałby trochę więcej minut. Wydaje się, że mógłby zdecydowanie przydać się w grze zza łuku i gra w Nets byłaby dla niego być może dobrą opcją, aby wreszcie pokazać swoją wartość na parkiecie.

Rudy Gay z Sacramento Kings to może być kolejne wzmocnienie składu drużyny Netsów. Gay to już weteran parkietów ligi NBA i być może spełniałby nie tylko typowo koszykarską rolę w drużynie z Brooklynu. Rudy Gay mógłby być mentorem dla młodszych zawodników. Taki gracz to często bardzo ważna postać drużyny. To ktoś, kto potrafi przemówić do innych zawodników i sprawić, żeby mieli większą wolę zwycięstwa. Ale czy aby na pewno Rudy Gay byłby do takiej roli odpowiednim zawodnikiem? Czy posiada taką mentalność? Kilkukrotnie uciekał z klubów, w których przestało mu się podobać, jak choćby z Toronto Raptors i w poprzednim sezonie będąc zawodnikiem Sacramento Kings już od rozpoczęcia sezonu mówił, że chce odejść z Kings żądając wymiany. Wymiany z jego udziałem jednak nie było i Rudy Gay pozostał w drużynie z Sacramento. Swoimi trójkami i rzutami z półdystansu mógłby jeszcze pokazać coś na parkiecie w hali Barclays Center na Brooklynie przez przynajmniej następne dwa sezony.

 Być może managerowie z Brooklynu spróbują sprowadzić Derricka Rose’a, który nie miałby daleko. W poprzednim sezonie grał w Nowym Jorku tyle, że w Knicks. Wiele osób krytykuje jego grę i twierdzi, ze to już nie ten sam zawodnik co kiedyś. Ale przecież Rose przeszedł dwie kontuzje, z których się podniósł i jeżeli potrafił w poprzednim sezonie zdobywać średnio 18 pkt, 4.4 asysty, 3.8 zbiórki na mecz mając wciąż gdzieś tam jeszcze ten swój niesamowity ciąg na kosz, to na Brooklynie mógłby naprawdę się przydać. Rose to również gwiazdor, który przydałby się w klubie z Brooklynu choćby po to, aby odświeżyć trochę klimat i nastroje wśród fanów brooklyńskiej drużyny.

Podobno na Brooklynie będą też chcieli wymienić Brooka Lopeza i jestem ciekaw kogo ewentualnie udałoby im się w zamian za niego ściągnąć. Możliwe, że byłaby to wymiana za picki w Drafcie, ale z jaką drużyną? Tego nie wie na razie nikt.

 Jest też spora szansa, że z Europy zawita niebawem do NBA Milos Teodosić, który jest objawieniem ostatnich miesięcy gry w lidze rosyjskiej  w CSKA Moskwa. Teodosić to zawodnik już w pełni dojrzały, można powiedzieć, że weteran, który jest aktualnie w swoim najlepszym okresie gry. Ten rozgrywający zawodnik, który może również grać na pozycji rzucającego obrońcy jest aktualnie obiektem zainteresowań kilku klubów z ligi NBA i chęć pozyskania go wśród menagerów poszczególnych klubów z dnia na dzień rośnie. Jako pierwsi swoją chęć pozyskania tego zawodnika wyrazili właśnie GM’owie z Brooklynu.

Szanse w nowym sezonie

Drużyna z Brooklynu nie musi być w kolejnym sezonie znów ekipą, która będzie tylko przegrywała. Szans na poprawę sytuacji należy szukać właśnie w osobach wolnych agentów, którzy mają doświadczenie w lidze i nie są „żółtodziobami” tak jak to bywa z zawodnikami przychodzącymi do ligi z college’ów. Nie jest więc może takie złe to, że Nets akurat nie pozyskają nikogo z pierwszych miejsc w tym i w kolejnym drafcie. Drużynę można przecież budować na doświadczonych wolnych agentach, którzy stopniowo w miarę poprawy gry Netsów mogą chcieć tam grać. Bo przecież Brooklyn jest w Nowym Jorku. W mieści, w którym jest wiele możliwości, szans i atrakcji, a koszykarskiego klimatu nie brakuje.

Jeżeli managerowie Nets pozyskają odpowiednich zawodników i dobiorą ich tak, żeby stanowili w miarę zgraną, lubiącą siebie nawzajem ekipę koszykarzy, to być może pojawiłaby się już w najbliższym sezonie niewielka szansa na to, aby włączyć się do walki o ostatnie miejsce premiowane awansem do Play-Offs? To oczywiście niepoprawny optymizm i klub z Brooklynu zapewne nie znajdzie się na 8 miejscu na Wschodzie, ale kto wie… W lidze nie takie rzeczy się już działy.

Fani

A jeżeli chodzi o fanów klubu z Brooklynu, takich choćby jak ja i mój pies, to cóż mogę powiedzieć…

Nasza ulubiona drużyna nie zagra być może w Play-offs przez kilka następnych sezonów i nie wybierze w Drafcie żadnego wartościowego zawodnika aż do 2019 roku. Warto jednak tu podkreślić „być może”. Bo czy na pewno nie da rady pozyskać nikogo wartościowego z 22 i 29 numerem w Drafcie tego nie da się na razie stwierdzić.

Spencer, który kiedyś zjadł batona

Pozostaje więc tylko na razie delektować się najlepszymi zagraniami Netsów z poprzedniego sezonu regularnego z odtworzeń na YouTubie. Ja na przykład niedawno wstałem, zaparzyłem herbatę i w  pewien deszczowy dzień czerwca wpisałem na YouTube „Spencer Dinwiddie best moments/season 2016/17”. Zacząłem oglądać najlepsze akcje i zagrania zawodnika z numerem „8” na koszulce drużyny Netsów.

 Spencer Dinwiddie to ten zawodnik, który kiedyś grając jeszcze w drużynie Detroit Pistons usiadł na ławce rezerwowych, a później próbował zjeść czekoladowego batonika tak, żeby nikt w wypełnionej ludźmi hali sportowej („The Palace of Auburn Hills” w Detroit) na ponad 20.000 miejsc tego nie zauważył. Ale ktoś jednak zauważył. Tym kimś był kamerzysta. Spencera delektującego się czekoladowym batonem na ławce rezerwowych zobaczył cały świat. Ja też. Możecie zresztą o tym przeczytać tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/11/28/spencer-dinwiddie-zjadl-batona/

Nieważne. W każdym razie dla mnie od tamtej pory Dinwiddie jest nie tylko zawodnikiem Netsów, którego lubię za jego grę i śmieszną sytuację z batonikiem, ale także „Czekoladowym Spencerem”, który swoich sił powinien spróbować w jakiejś reklamie słodyczy. Dziwię się, że producenci batona „Three Musketeers” jeszcze nie dali mu żadnej propozycji reklamowej lub stanowiska ambasadora ich batoników.

Ale tak bardziej serio, to lubię Spencera przede wszystkim za to, że oprócz batonów lubi koszykówkę i wciąż rozwija swoją grę dodając nowe elementy. Takie choćby jak znajdowanie odpowiedniej pozycji do oddania rzutu, czy rozegranie akcji z efektownym wejściem pod sam kosz. Rzuca częściej i rzuca celniej. W poprzednim sezonie notował  7.3 pkt, 3.1 asysty i 2.8 zbiórki w ciągu średnio 12 minut gry spędzanych na parkiecie. Miał też kilkanaście naprawdę niesamowitych zagrań, które warto obejrzeć sobie w Internecie.

Być fanem Brooklyn Nets nie jest więc łatwo. Trzeba wierzyć w odbudowę drużyny i wizerunku klubu. Czekamy zatem na draft i na offseason. Liczymy na to, że GM’owie Netsów dokonają właściwych wyborów we wspomnianym wcześniej Drafcie i wzniosą się na wyżyny swoich umiejętności, aby przekonać najlepszych dostępnych na rynku wolnych agentów zawodników do tego, aby założyli w nowym sezonie koszulki drużyny z Brooklynu. Najważniejsze to wierzyć i być dobrej myśli.

Ja póki co wyjdę na spacer z psem, a później wrócę i przy kubku dobrej zielonej herbaty obejrzę sobie najlepsze zagrania Netsów z poprzedniego sezonu.

 

 

 

 

 

Zen jako źródło wsparcia w koncentracji u koszykarza

 W dyscyplinie sportowej, którą jest koszykówka istnieje kilka ważnych elementów, którymi powinien dysponować  koszykarz. Elementami tymi są przede wszystkim: siła, atletyzm, szybkość, wytrzymałość, zwinność i odpowiednia motoryka. Cechy te są niezbędne do tego, aby osoba uprawiająca koszykówkę miała szansę osiągnąć cokolwiek w tej dyscyplinie. Oprócz wyżej wymienionych cech jest także jeszcze jeden niezwykle istotny element, którym powinien cechować się koszykarz. Tym elementem jest koncentracja.

 Wytrenowanie takich cech jak siła, szybkość, zwinność oraz na przykład motoryka ruchu to przede wszystkim praca wykonywana systematycznie i regularnie na treningach. Dzięki takiej pracy nad tymi elementami można osiągnąć naprawdę dobre efekty już po kilku tygodniach odpowiednio prowadzonych treningów zawodnika. Siłę możemy trenować po prostu na zajęciach w siłowni, lub podczas bardziej intensywnych ćwiczeń w hali (także z piłką). Szybkość można wytrenować również podczas treningów z drużyną. Podobnie jest ze zwinnością i motoryką ruchów, które przychodzą z czasem u każdego zawodnika w naturalny sposób.

A jak trenować koncentrację? W jaki sposób trenować u siebie, lub będąc trenerem ten element u swoich zawodników dzięki któremu będą bardziej skupieni na parkiecie w czasie meczu, a co za tym idzie będą na przykład lepiej oddawali rzuty z półdystansu lub dobrze podawali piłkę do kolegów z drużyny? Co zrobić, żeby taki zawodnik trafiał jak najwięcej rzutów osobistych? Potrzebna do tego jest umiejętność koncentracji.

Koncentrację trenować można na wiele sposobów. Ja chciałbym omówić jeden z nich, który może z początku wydawać się nieco kuriozalny, ale gdy się dłużej zastanowić to właśnie ta metoda może dać najlepsze efekty w szkoleniu.

Koszykarz powinien być skoncentrowany w trakcie całego meczu i podczas wszystkich minut spędzanych na boisku lub parkiecie. Odpowiednie mentalne „wejście w mecz” może przydać się nie tylko przy oddawaniu celnych rzutów, czy właściwym podawaniu do zawodników z drużyny. Koncentracja może pomóc w najważniejszym elemencie gry- w zwycięstwie.

Ćwiczenia oddechowe

Świetnym sposobem na poprawę koncentracji mogą być ćwiczenia oddechowe, które koszykarz powinien wykonywać w hali, lub po prostu w domu. Ćwiczenia takie to medytacja, która często nazywana jest osiąganiem ZEN.

Przez ZEN rozumieć można po prostu spokojną kontemplację. Zen jest czymś, co może pomóc w kontrolowaniu swoich myśli i koncentracji wyłącznie na danym momencie i aktualnej chwili. Tego typu ćwiczenia medytacyjne pozwalają nam doświadczać po prostu każdej chwili w harmonii myśli i w skupieniu. W czasie medytacji nasz umysł i ciało nie jest rozproszone żadnymi bodźcami z zewnątrz, jesteśmy wtedy zrelaksowani i skoncentrowani na tej właśnie konkretnej chwili w której jesteśmy. Skupiamy się tylko na obecności tu i teraz, na ciszy i doznawaniu siebie. Dzięki regularnym medytacjom umysł staje się odświeżony, a świadomość pełniejsza.

W jaki sposób zacząć?

Często najlepsze rozwiązania to te najprostsze. Wystarczy więc usiąść w hali po treningu, lub po prostu w cichym i spokojnym miejscu, zrelaksować się trochę i zamknąć oczy. Najlepiej jest wziąć głęboki wdech, później drugi, a następnie spokojnie oddychać licząc w myślach poszczególne wdechy lub wydechy. Zdecydowanie dobrą rzeczą jest wykonywanie takich ćwiczeń po treningu, kiedy organizm jest zrelaksowany po wysiłku fizycznym. W ZEN chodzi bowiem właśnie o to, aby umysł i ciało nie były zaprzątnięte jakimikolwiek zbędnymi myślami.

Medytacja zwykle nie zajmuje wiele czasu, zaczyna się zwykle od 5 minut i stopniowo z czasem wydłużamy takie praktykowanie skupienia i koncentracji do 10 lub 15 minut. Można oczywiście medytować dłużej, ale to już wyższa szkoła jazdy. Ważna rzecz jest taka, aby w czasie medytowania naprawdę „wyłączyć się” mentalnie od wszystkiego i skoncentrować po prostu na swoim oddechu. Może się oczywiście zdarzyć, że będziemy słyszeć jakieś dźwięki dochodzące do nas z oddali (gdy na przykład jesteśmy w hali) lub na przykład zza okna (kiedy praktykujemy medytację w pokoju). Ważne wtedy jest to, żeby dźwięki te nie absorbowały naszych myśli i po prostu przechodziły dalej.

Bycie „tu i teraz”

Kiedy będziemy już wygodnie siedzieć w odpowiedniej pozycji i oddychać, warto postarać się wyeliminować ze swojego umysłu wszystko co zbędne. Żadne myśli nie powinny „kręcić się” po naszej głowie. Kiedy osiągniemy odpowiedni stan umysłu i ciała, który nie jest osiągnąć na początku zbyt łatwo, poczujemy się w pełni zrelaksowani i wypoczęci.  Właśnie wtedy będziemy nabierali nowych sił. Osiągnięcie odpowiedniego stanu ciała i umysłu w medytacji wiąże się podobnie jak w jakimkolwiek innym treningu z odpowiednią regularnością i systematycznością.

Korzyści

Takie ćwiczenia zdecydowanie zbyt często bywają pomijane w treningu. A to właśnie dzięki regularnej medytacji można rozwinąć  w grze w koszykówce takie elementy jak:

-lepsza umiejętność obserwacji piłki

-lepszy przegląd pola gry (u zawodnika rozgrywającego)

-lepsza koncentracja przy zbieraniu piłki z tablic (u centra)

-lepsza umiejętność wypracowywania dobrych pozycji do rzutu

-lepsza umiejętność kozłowania piłki i pewniejszego jej utrzymywania (tak zwany sprawniejszy ball-handling)

-skuteczniejsze wykonywanie rzutów osobistych (nie wyprowadzą nas ze skupienia i koncentracji podczas wykonywania rzutu inne bodźce na boisku i poza boiskiem)

Zawodnik, który potrafi „być tylko tu i teraz” jest lepiej skoncentrowany na tym co akurat dzieje się na boisku, dzięki czemu jego wkład w grę jest zdecydowanie bardziej pełny. Taki zawodnik może przysłużyć się znacząco do tego, aby wygrać mecz.

Jakie jeszcze korzyści płyną z regularnego medytowania? Otóż regularne praktykowanie ZEN wspomaga pracę układu oddechowego i nerwowego, a także wspomaga umysł. Zen daje nam coś, co przydaje się nie tylko w grze w koszykówkę, ale także w życiu: umiejętność świadomego uczestniczenia w nim.

W jaki sposób i w jakich miejscach można jeszcze praktykować ZEN?

Mówi się, że wszędzie. Można medytować w domu, w pustej hali, ale także na przykład w parku, lub na łonie natury. Świetnie praktykuje się ZEN w lesie. Wystarczy po prostu stanąć na chwilę i przez kilka minut spokojnie oddychając wpatrywać się w drzewa. Może wydawać się to dziwne i trudne do zrealizowania (bo zwykle trudno tak po prostu patrzeć w drzewa przez kilka minut nie robiąc niczego innego), ale to właśnie przynosi później świetne rezultaty w czasie gry w koszykówkę.

Zen a Chrześcijaństwo

Wiele osób może w tym momencie stanąć w opozycji do tego co napisałem wyżej, bowiem może mieć błędne przekonanie, że praktykowanie ZEN koliduje z Chrześcijaństwem i naszą religią, którą w Polsce jest Katolicyzm. ZEN bowiem pochodzi ze Wschodu i jest powiązany z buddyzmem. Według mnie nie jest jednak prawdą, że ZEN koliduje z tym czego nauczał Jezus. We wszystkich religiach jest przecież jeden i ten sam Bóg. ZEN jest więc czymś, co pochodzi od Boga i nie powinno stanowić zagrożenia dla religii, którą wyznajemy. Ważne jednak aby umieć odpowiednio podejść do praktykowania medytacji.

Czym jeszcze jest ZEN?

ZEN jest po prostu umiejętnością obserwacji i bycia w tym co nas otacza w chwili obecnej. Dobry przykład to ten, w którym osoba, która wsiada do autobusu wchodzi do niego, siada na siedzeniu i od razu wyjmuje z kieszeni swój telefon. Wtedy nie wiadomo czy w tym momencie jedzie autobusem, czy może czyta informacje w Internecie, lub być może jeszcze rozmawia z kimś na portalu społecznościowym. Osoba taka robi wtedy kilka rzeczy na raz. A w ZEN nie chodzi o to.

ZEN polega na tym aby doświadczać w pełni chwili obecnej i delektować się nią. Kiedy jedziemy autobusem to jedźmy autobusem, kiedy idziemy drogą to idźmy drogą, kiedy spacerujemy po parku, to spacerujmy po parku, kiedy jedziemy na rowerze, to jedźmy na rowerze, kiedy czytamy książkę, to czytajmy książkę, kiedy piszemy lub rysujemy, to rysujmy. Nie róbmy niczego innego poza tym co w danej chwili robimy. Bądźmy tylko w tej danej chwili. W pełni.

W sporcie właśnie tak przecież jest, że kiedy gramy w meczu, to nie myślimy o niczym innym, jesteśmy tylko i wyłącznie skoncentrowani na danym momencie gry. Właśnie o to przecież chodzi trenerom i zawodnikom, o to aby być w pełni skupionym na swojej grze, prawda?

Znane osoby ze środowiska koszykarskiego praktykujące ZEN i medytację

W środowisku koszykarskim, szczególnie w koszykówce zza oceanu jest wiele osób, które praktykują, lub praktykowały w czasie swojej kariery zawodowej medytację. Takim zawodnikiem jest np. Robert Parish, który dzięki swoim ćwiczeniom oddechowym i ruchowym (Tai-Chi) był aktywnym sportowcem, który karierę zawodową na parkietach ligi NBA zakończył dopiero mając 43 lata. O jego medytacjach możecie zresztą przeczytać tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/06/09/medytacje-roberta-parisha/

Kolejnym znanym koszykarzem, który z kolei uprawiał jogę jest Kareem Abdul-Jabbar. On również do bardzo dojrzałego wieku utrzymywał swoje ciało w dobrej kondycji właśnie dzięki uprawianiu jogi i medytacjom.

Kto jeszcze? Phil Jackson, który w czasie swojej zawodowej kariery grał między innymi w New York Knicks.  W latach 90-tych XX wieku będąc trenerem drużyny Chicago Bulls doprowadził ten zespół do zdobycia kilku tytułów mistrzowskich trenując wtedy Michaela Jordana, Scottiego Pippena i nieokrzesanego Dennisa Rodmana. Później zdobywał jeszcze tytuły mistrzowskie jako trener Los Angeles Lakers będąc trenerem drużyny, w której zawodnikiem był Kobe Bryant. Phil Jackson również praktykuje ZEN i medytację.

 

Jak widać więc coś w tym musi być, że regularne medytowanie może być przydatne w sporcie. Warto więc zastanowić się nad tym, czy skorzystać z medytacji i wprowadzić ten element do treningu mentalnego. Korzyści może być wiele. Najważniejsze to jednak odpowiednie podejście do tego tematu. Wszystkich którzy byliby zainteresowani tym tematem zachęcam do jego dalszego zgłębiania.

 

 

 

Gra w „21”

Koszykówka to gra zespołowa, w której najczęściej gra się w systemie 5×5 na pełnowymiarowym boisku i 3×3, 2×2, lub po prostu 1×1 na połowie parkietu. Ale czy tylko? Pewnie, że nie tylko. Jest kilka gier w koszykówkę, które nie kwalifikują się do typowej rywalizacji, choć również posiadają taki element.  Gra, którą szczególnie lubię to „21” i właśnie o niej postanowiłem napisać parę słów.

 Poznałem tą grę dość dawno, będąc jeszcze nastolatkiem, jakoś w 1996 roku. Wtedy ukazywał się jeszcze w kioskach „Magic Basketball”, który co miesiąc czytałem z wielkim zapałem. W czasie wiosennych i letnich miesięcy często wpadałem na osiedlowe boisko do koszykówki, gdzie często grałem z chłopakami z klasy ze szkoły podstawowej. To właśnie tam poznałem grę w „21”. Na czym ona polega?

Zasady są proste. Nie jest to bowiem typowa gra oparta na twarde rywalizacji i walce o każda piłkę. To luźna gierka, która ma na celu nas po prostu rozluźnić i zrelaksować. O co chodzi w grze w „21”?

 Chodzi po prostu o to, aby zdobyć 21 punktów. Grać w tą grę można w dwie i więcej osób, szczerze mówiąc to liczba uczestników może być nieograniczona, wtedy gra jest jeszcze bardziej interesująca. Grę w „21” zaczynamy w ten sposób, że pierwszy z zawodników staje na linii rzutów osobistych i rzuca do kosza. Jeżeli trafi zdobywa 2 punkty i rzuca dalej. Jeżeli nie i piłka odbije się od obręczy lub od tablicy, wtedy piłkę zbiera drugi zawodnik, który stoi od początku gry pod koszem. Ten drugi zawodnik łapie odbitą piłkę i rzuca nią do kosza z miejsca, w którym ją złapał. Jeżeli złapał piłkę w okolicy półdystansu jego ewentualny celny rzut będzie liczył się jako 2 zdobyte punkty, jeżeli złapał piłkę poza linią trzech punktów, to jego celny rzut będzie liczył się jako 3 zdobyte punkty. Jeżeli natomiast złapie piłkę poza linią połowy boiska, wtedy rzuca z tego miejsca, a jego ewentualny celny rzut będzie za 4 punkty. Jeżeli więc drugi zawodnik trafi z miejsca, w którym złapał niecelnie rzuconą piłkę przez pierwszego zawodnika, to staje wtedy na linii rzutów osobistych i rzuca dalej.

Jeżeli trafi z tej linii też rzuca dalej. Rzuca dotąd, dopóki nie trafi i wtedy niecelnie rzuconą piłkę zbiera pierwszy, lub kolejny zawodnik i rzuca z miejsca, w którym ją złapał. Gra się dotąd dopóki któryś z zawodników nie zdobędzie upragnionych 21 punktów. Proste? Pewnie, że tak! Ale uwaga! Jest w tej grze pewna ważna zasada, której nie wolno ignorować. Chodzi o to, że zawodnik, który uzbierał już pewną liczbę punktów i  rzuca po raz kolejny z linii rzutów osobistych nie może rzucić niecelnie w ten sposób, że rzucona piłka nie dotknie ani obręczy, ani tablicy. Co wtedy? Otóż wtedy jego liczba zdobytych wcześniej punktów jest redukowana do…zera! Warto więc rzucać za każdym razem tak, aby nie doprowadzić do sytuacji, w której piłka zostanie rzucona zbyt lekko. Jeżeli jednak zdarzy się sytuacja, w której się „wyzerujemy”, wtedy zaczynamy zdobywać swoje punkty od nowa, natomiast zawodnik/zawodnicy z którymi gramy zachowują swoją zdobytą liczbę punktów i gra toczy się dalej.

 Jest też pewien nietypowy element tej gry, o którym warto wspomnieć. Przypuśćmy, że grają dwaj zawodnicy i pierwszy z nich ma zdobytych 20 punktów, a drugi ma tych punktów 19. Pierwszy zawodnik staje na linii rzutów osobistych i rzuca. Nie może rzucić wtedy po prostu do kosza, aby zdobyć swoje punkty, ponieważ jeżeli trafi, to jego liczba punktów „zeruje” się i z 20 zdobytych wcześniej punktów zrobi się znowu 1, ponieważ zdobędzie 2 punkty, czyli z 20 zrobi się 22, czyli…1. Zawodnik ten będzie miał tylko 1 punkt. A w grze w „21” jak sama nazwa wskazuje chodzi o to, aby zdobyć dokładnie 21 punktów. A więc zawodnik, który ma zdobytych 20 punktów i rzuca z linii osobistych jest w sytuacji niekorzystnej i powinien w tym momencie rzucić piłką tak, aby nie wpadła do kosza. Najlepiej aby rzucił piłkę jak najmocniej o tablicę, lub o obręcz, aby odbiła się możliwie jak najdalej w ten sposób, aby drugi zawodnik nie mógł złapać jej w możliwie bliskim obręczy miejscu. Chodzi po prostu o to, aby miał utrudnione zadanie i nie wygrał meczu z pierwszym zawodnikiem, bo jeżeli ten drugi zawodnik ma już 19 zdobytych punktów, to wystarczy mu jeden celny rzut z półdystansu i wygrywa gierkę.

Wydaje mi się, że opisałem grę w „21” w na tyle jasny sposób, że wszyscy z Was zrozumieją o co chodzi. Założę się też, że większość z Was zna tą grę doskonale, ale mimo wszystko może jest jakaś niewielka liczba osób, które grę w „21” chętnie poznają i będą w nią chętnie grać w celach tylko i wyłącznie rekreacyjnych.

Gra w „21” to luźna gierka, która naprawdę może pomóc nam się zrelaksować na przykład po ciężkim w dniu w pracy i jeżeli chcemy trochę porzucać, ale nie mamy akurat chęci na typową koszykówkę, to gierka w „21” jest w tym momencie idealna na taki relaksujący rozruch. To również świetna gra dla nieco starszych osób, które zdecydowanie w koszykówkę nie grają, ale również chcą się trochę koszykarsko rozruszać i poczuć przez chwilę jak Michael Jordan 😉

Gra w „21” to również świetna gra rodzinna, dla ojców z młodszymi i starszymi synami, dla mam z córkami, dla dziadków i babć z wnukami i tak dalej… Grajcie więc w koszykówkę i cieszcie się nią na wszelkie możliwe sposoby.

Hala czy boisko?

Koszykówka to taka fajna gra, że można w nią grać zarówno na boisku jak też w hali. Wiosną i latem najlepiej gra się na boiskach typu „Orlik” i w parkach przy pięknej pogodzie w promieniach słońca pośród kwitnących drzew. Jesienią, kiedy pogoda się już trochę psuje i częściej niż rzadziej pada deszcz i robi się po prostu zimno najlepiej jest przenieść się na halę i tam cieszyć się grą.

  Ja lubię grać w koszykówkę gdziekolwiek, nieważne czy jest to boisko czy hala. Choć gra sprawia mi radość wszędzie, to przyznam, że nie zawsze jest tak, że akurat mam chęć na grę w hali. Postanowiłem więc podzielić się z Wami spostrzeżeniami dotyczącymi tego jakie są różnice w grze w hali i na boisku. Czy rzeczywiście nie jest to takie istotne gdzie gramy? Gdzie lepiej rozwijamy swoje umiejętności i swoją grę? A więc: hala czy boisko?

Swoje pierwsze kroki w poznawaniu koszykówki pewnie jak większość z Was stawiałem grając na zwykłym asfaltowym boisku osiedlowym. To właśnie tam uczyłem się jak rzucać i w jaki sposób kozłować piłką. Tam też, na tym surowym asfaltowym boisku uczyłem się pierwszych niezdarnych zwodów i crossoverów. Boiska osiedlowe mają jednak to do siebie, że nawierzchnia którą są pokryte to zwykły asfalt, który jest twardy. Nie jest więc najlepszą rzeczą dla naszych kolan, aby grać na nim zbyt intensywnie. Twarda nawierzchnia to na dłuższą metę zguba dla naszych stawów. Lepiej więc na asfalcie cieszyć się grą raczej tylko wtedy, kiedy możemy sobie zrobić trening rzutowy, niż rozgrywać na takiej nawierzchni mecze.

Pewnie, że fajnie jest od czasu do czasu pograć w parku pośród zieleni i śpiewających ptaków, ale jeżeli boisko takie nie posiada innej nawierzchni niż zwyczajny asfalt, to nie podchodźcie wtedy zbyt poważnie do gry i nie angażujcie się w nią w stu procentach. Wasze kolana naprawdę wolą grę na nawierzchni miększej. Jaka to nawierzchnia?

Miększą nawierzchnią dysponują boiska szkolne. Takie boiska to najczęściej typowe „Orliki” z jasno-brązowym lub pomarańczowym kolorem nawierzchni. Grając na takich boiskach zdecydowanie odczujecie, że Wasze zwody są pewniejsze, a kozłowanie zyskuje na dokładności. Gra na takim boisku to naprawdę już trochę inny świat. Na boiskach szkolnych najczęściej też tablice i obręcze konstrukcji do gry w koszykówkę są w lepszym stanie niż w parkach i posiadają też siatki przy obręczach, dzięki czemu rzuca się łatwiej. Poprawia się dzięki temu widoczność obręczy przy rzutach z dystansu. Spróbujcie porzucać do obręczy bez siatki i z siatką. Różnicę zauważycie od razu.

 Na takich szkolnych boiskach świetnie można rozwinąć też swoje umiejętności w panowaniu nad piłką i kozłowaniu. Nawierzchnia typu „Orlik” nadaje się wręcz idealnie do tego, aby nie tylko na takim boisku rzucać, ale również uczyć się kozłowania i panowania nad swoim ciałem w czasie gry.

Skakanie na takiej nawierzchni jest bezpieczniejsze, bowiem jest ona miększa i nasze kolana i stawy nie są tak przeciążone podczas skoków jak przy skakaniu na zwykłym asfalcie. Nawierzchnia na szkolnych boiskach jest miększa i gra na niej to sama przyjemność.

Na boiskach typu „Orlik” można naprawdę nauczyć się gry w koszykówkę i poprawiać wciąż swoje umiejętności choćby podczas zwykłych gierek 1 x 1. Wiosną i latem szkoły najczęściej otwierają swoje boiska w godzinach popołudniowych i wszyscy chętni (także dorośli) mogą z nich korzystać. Warto więc doceniać takie możliwości, ponieważ to już na szczęście nie te czasy, kiedy boiska zamykano przed ludźmi i nie wpuszczano tam nikogo. Wtedy często i gęsto zdarzało się, że amatorzy gier sportowych musieli wchodzić na boiska wspinając się przez siatkę otaczającą szkołę, a później nie raz salwować się ucieczką przez rozzłoszczonym dozorcą szkolnym. Na szczęście tamte czasy minęły i dziś każdy amator sportu może z powodzeniem z boisk szkolnych korzystać.

Ważne jednak przy tym, aby ciesząc się grą na lepszej nawierzchni nasze obuwie też przystosowane było do gry w koszykówkę, o czym chyba nie muszę przypominać.

A jak to jest z graniem w hali? W chłodniejszych miesiącach roku nie ma często możliwości aby pograć gdzieś indziej, wiec pozostaje tylko hala. Jakie są pozytywy gry w koszykówkę w hali?

Hala to miejsce, w którym nawierzchnia również nie jest tak twarda jak asfalt, dla naszych stawów jest więc to równie dobre miejsce do gry jak boiska w szkołach. Są jednak różne hale i często różnią się one nawierzchnią. W nowych halach nawierzchnia najczęściej jest bardzo dobrej jakości i gra na niej to czysta przyjemność. Są jednak hale starsze, które nie dysponują już tak dobrą jakościowo nawierzchnią.

Zdarza się, że w tych starszych halach piłka czasami odbija się inaczej w niektórych miejscach. Szczerze mówiąc to nie wiem czym dokładnie jest to spowodowane. W każdym razie bywałem w halach, w których odbita od parkietu piłka odbijała się często niżej w okolicy linii trzech punktów, a wyżej na środku hali. Nie było to najprzyjemniejsze uczucie, bo nie panowałem wtedy nad piłką i miałem wrażenie, że nie potrafię kozłować. Na szczęście takie hale to rzadkość i z reguły parkiet do gry utrzymany jest w dobrej jakości.

Granie w hali różni się natomiast od grania na boisku najczęściej też tym, że jest po prostu głośniej. Nie jest więc czasami łatwo skoncentrować się w halach na grze tak dobrze jak na boisku. Odgłosy i okrzyki grających osób słychać bardziej i nawet otwarte okna nie zmienią tego w jakiś znaczący sposób. Jeżeli więc przed nami jakiś ważny mecz i chcielibyśmy skoncentrować się przed nim jak najlepiej, to warto wtedy przyjechać do hali trochę wcześniej. Wtedy nie ma jeszcze wszystkich osób i możemy zrobić sobie trening rzutowy w trochę większym spokoju, co pomoże nam się skoncentrować przed meczem.

Przed grą lub treningiem w hali najlepiej jest pootwierać jak najwięcej okien, aby do środka wpadało świeże powietrze. To zdecydowanie może poprawić jakość naszej gry i sprawi, że nie będzie duszno.

Nawierzchnia w halach często sprawia tez wrażenie śliskiej. Co wtedy? Dobrze jest wziąć po prostu szczotkę, położyć na niej szmatę i przetrzeć trochę parkiet. Hala to spora powierzchnia, nie jest więc najprzyjemniejszą rzeczą czyszczenie jej wtedy, kiedy akurat chcemy grać. Czasami jednak warto to zrobić, aby gra sprawiała nam później większą przyjemność.

Jak widać jest trochę różnic w jakości gry w koszykówkę w parku, na profesjonalnych boiskach i w halach. Ja zdecydowanie preferuję grę na szkolnych boiskach, ponieważ właśnie tam gra mi się po prostu najlepiej. Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, żeby dobrze się bawić. Wtedy gra sprawia przyjemność wszędzie.