Koszykarska pełnia

Koszykówka nigdy nie pokocha mnie tak, jak ja ją kocham- uświadomiłem sobie to niedawno po kilku dłuższych przemyśleniach. Bo przecież choćbym nie wiem co robił, oraz jak intensywnie grał będąc już po trzydziestce, to pewnych elementów tej gry już nie przeskoczę. Nie będę już coraz lepszy. Pewnie, że niektóre elementy w grze można poprawiać zawsze, ale tylko do pewnego momentu. Uświadomiłem sobie też, że nie zagram w żadnej lidze oprócz tej amatorskiej. Zresztą gram w takiej lidze w  drużynie, w której pełnię bardziej rolę ostatniego rezerwowego, grającego dla samej radości z gry, niż po to, żeby ustanawiać jakiekolwiek rekordy, czy poprawiać swoje statystyki w zdobytych punktach, asystach, czy w zbiórkach. Gram, bo mam z tego fun w najczystszej możliwej postaci. Po prostu.

Myślałem więc o tym, po co mi w zasadzie ta koszykówka? Co ona mi właściwie daje? Czy jest sens grać? Po co grają wszyscy ci, którzy nie są zawodowcami, tylko zwykłymi amatorami? Niby wiadomo, że posiadanie swojej pasji to jedna z najwspanialszych rzeczy, jakie może mieć człowiek. Ale czy koszykówka oprócz samej radości z gry i poprawy kondycji daje coś jeszcze? Czy warto w tą koszykówkę grać pocąc się niemiłosiernie w parkach i halach sportowych? Co może dać koszykówka, oprócz koszykówki samej w sobie?

Myślałem i myślałem. A kiedy debatowałem sam ze sobą nad wszystkimi „za” i wszystkimi „przeciw” odnośnie tego czy warto grać, podczas moich przemyśleń nasuwał mi się wciąż tylko jeden wniosek: WARTO.

Koszykówka to niełatwa dyscyplina sportu. Nie wystarczy po prostu rzucić piłką w kierunku obręczy. Grając w koszykówkę trzeba uruchomić nie tylko nasze mięśnie, ale także nasz umysł. Ta gra ma to do siebie, że trzeba poznać pewne schematy i zależności, które nią rządzą. Bez poznania ich nie będziecie dobrymi koszykarzami. Po prostu.

A więc jak się okazuje koszykówka daje nam oprócz samej radości z gry i rozwoju formy fizycznej, także rozwój umysłowy. Od kiedy gram znowu ( bo miałem dłuższą przerwę), zauważyłem u siebie po pewnym czasie wiele pozytywnych cech, które wcześniej gdzieś mi umykały. Nie byłem na pewno tak skoncentrowany i skupiony na pewnych rzeczach, które są w życiu ważne, a do których wcześniej nie przywiązywałem, bądź po prostu nie potrafiłem przywiązywać swojej uwagi. A to ważne sprawy. Nie będę opisywał tu dokładnie wszystkiego, ale są wśród nich z pewnością takie, jak zadbanie o swój rozwój duchowy. Tak, rozwój duchowy.

Może to zabrzmieć nieco abstrakcyjnie, ale ja dzięki koszykówce, którą odkryłem na nowo dobrych kilka lat temu przypomniałem sobie o całej gamie rzeczy, które zawsze były dla mnie ważne, ale które zaczęły gdzieś mi umykać w miarę stopniowego wchodzenia w dorosłość. Nie będę jednak się tu  rozpisywał o tym wszystkim. Napiszę tylko o kilku nowych rzeczach, które poznałem interesując się koszykówką na nowo.

Po pierwsze dzięki koszykówce poznałem ludzi. Nowych ludzi. Na początku przychodziłem na osiedlowe boisko, żeby porzucać samemu, ale po jakimś  czasie zacząłem wpadać na różne boiska i w różne miejsca, które bezpośrednio związane były z pograniem w kosza. Właśnie w tych miejscach spotykałem ludzi, którzy podobnie jak ja grali. Dzięki temu, że ich poznałem już wkrótce nie grałem sam, tylko właśnie z nimi. A jakiś czas później zostałem rezerwowym zawodnikiem w amatorskiej lidze koszykówki. Odkąd zacząłem grać znowu występ w takim meczu koszykówki był moim marzeniem. Właśnie to marzenie udało mi się spełnić.

Oprócz tego, że poznałem ludzi poznałem też czym jest…medytacja i ćwiczenia Tai-Chi. Któregoś dnia czytałem artykuł o Robercie Parishu, zawodniku, który grał w lidze NBA dość długo. Swoją karierę sportową zakończył mając 43 lata. Zastanawiałem się nad tym co takiego robił, że udało mu się trzymać formę przez tyle lat.

Okazało się, że Robert Parish zawsze dbał o siebie. Dbał. Ale jak? W jaki sposób? Czy tak jak każdy sportowiec, po prostu odżywiał się zdrowo, pił dużo wody, unikał używek, czy słodyczy? Otóż nie tylko. Dowiedziałem się, że Robert Parish przez wiele lat medytował i robił ćwiczenia Tai-Chi. Właśnie to pomagało mu zachować zdrowie i witalność, ale przede wszystkim spokojny umysł i równowagę psychiczną.

Zainteresowałem się więc czym jest w zasadzie to całe Tai-Chi. Poczytałem trochę, pooglądałem filmiki instruktażowe w Internecie. I wiecie co? Spróbowałem. A po kilku próbach Tai-Chi stało się częścią mojej codzienności. Zacząłem po jakimś czasie robić proste ćwiczenia, które niesamowicie mnie relaksowały. Było to dosłownie kilka podstawowych postaw Tai-Chi przystosowanych dla początkujących. Nie było mi najłatwiej na początku ustać na jednej nodze przez kilkanaście sekund, ale po kilku tygodniach regularnych ćwiczeń udawało mi się już to robić na pełnym luzie. I miałem z tego sporą frajdę, zacząłem robić bowiem coś, co z pewnością pomagało mi w dochodzeniu do trochę lepszej formy fizycznej na której przecież mi zależy. Ćwiczenia Tai-Chi to przede wszystkim  wykonywanie harmonijnych, spokojnych ruchów, przy czym równie ważna jest praca z oddechem.

Po ponad roku uprawiania Tai-Chi mogę powiedzieć, że dziś nie dziwię się ani trochę, że Robert Parish grał tak długo w NBA. Tai-Chi bowiem daje nam niesamowitą energię i siłę, jeżeli oczywiście wykonujemy te ćwiczenia prawidłowo. Tai-Chi daje mi codziennie kilkanaście minut pełnego relaksu i poczucia harmonii ze sobą i światem wokół. To naprawdę niesamowite. Ale gdyby nie koszykówka, którą polubiłem wcześniej i artykuł o Robercie Parishu, to kto wie, czy dziś znałbym Tai-Chi i sam ćwiczył. Myślę, że raczej nie.

Kolejną rzeczą, którą poznałem właśnie dzięki koszykówce była medytacja. Zacząłem więc medytować i choć nie robię tego regularnie, to z pewnością powiedzieć mogę, że medytacja jako forma relaksu i odprężenie naprawdę może mieć wpływ też na to, jakim zawodnikiem jest się na boisku. Medytacja uczy bowiem koncentracji. A koncentracja to jeden z podstawowych elementów gry w koszykówkę.

 Od kiedy znowu gram zacząłem też więcej czytać. Czytam powieści, po które zawsze chciałem sięgnąć, ale jakoś nie znajdowałem na to czasu. Literatura amerykańska zawsze przemawiała do mnie najbardziej. Zapisałem się więc do biblioteki i poznałem pisarstwo Hemingwaya, Faulknera, czy Huntera S. Thompsona. W zeszłym roku moja fascynacja Hemingwayem była na tyle spora, że w ciągu nieco ponad dwóch miesięcy „łyknąłem” cztery jego powieści i fantastyczny zbiór opowiadań. Oprócz książek czytam gazety i poradniki. Po prostu mam większą ochotę czytać niż kiedykolwiek wcześniej. Być może wpływu na to nie wywarła tylko moja pasja gry w koszykówkę, bo czytać lubiłem zawsze, ale ja wolę wierzyć, że koszykówka też wpłynęła na ten obszar moich zainteresowań znacząco.

Co jeszcze oprócz poznania Tai-chi, medytacji i chęci do czytania dała mi koszykówka? Myślę, że z pewnością większą empatię. Zwracam dziś bardziej uwagę na wiele spraw, które dzieją się wokół mnie, niż miało to miejsce wcześniej, wtedy gdy nie grałem w koszykówkę. Dostrzegam wokół bardziej ludzi i ich sprawy. I kilka razy miałem okazję zrobić coś, co być może było dobrą rzeczą. Ale ten wątek pozwolę sobie już pominąć.

Koszykówka buduje również większą świadomość. Nie wiem jak to jest, ale ja zauważyłem, że im więcej gram, tym więcej zaczynam rozumieć, dostrzegać i poznawać. I nie chodzi mi o poznanie funkcji najnowszego modelu iPhone’a, czy czegokolwiek podobnego. Chodzi mi o poznanie świata i ludzi, a także wielu zależności, które naszym światem i ludzkością rządzą dziś i które rządziły także wiele tysięcy lat temu. Wydaje mi się, że taka właśnie świadomość to wartościowa cecha, która potrafi umykać nam na co dzień w wirze codziennych spraw.

Koszykówka. Niby prosta gra polegająca na wrzuceniu piłki do wiszącej obręczy. Tylko tyle? Z pewnością nie tylko. Kiedy więc zastanawiam się po raz kolejny nad tym, czy koszykówka nigdy nie pokocha mnie tak, jak ja kocham ją, dochodzę do wniosku, że to jednak miłość odwzajemniona. Poznając koszykówkę poznałem interesujących ludzi i wziąłem udział w wielu zaciętych meczach. Dowiedziałem się bowiem o naprawdę wielu rzeczach na które wcześniej nie zwracałem takiej uwagi. Dzięki koszykówce zacząłem też pisać. Najlepszym na to dowodem jest przecież ten blog.

Koszykówka może dać nam znacznie więcej niż tylko grę samą w sobie. Trzeba tylko spróbować odnaleźć w tej grze coś więcej niż tylko rzuty, asysty, czy zbiórki. Ja nazywam to koszykarską pełnią. Odnalezienia właśnie takiej koszykarskiej pełni życzę też Wam wszystkim.

the rim man 7

 

 

Jak zaszczepić pasję?

Pamiętam dokładnie kiedy poznawałem koszykówkę. To był 1992 rok i miałem wtedy dziesięć lat, kiedy wszystkie dzieciaki z mojego bloku zaczęły chodzić na drugie podwórko, żeby właśnie tam  porzucać do okrągłego metalowego koła. To koło było elementem większej konstrukcji mającej służyć za drabinkę do wspinania się. Koło było umieszczone mniej więcej na wysokości dwóch metrów, więc z racji wzrostu dziesięciolatków dla nas było wtedy na wysokości idealnej. Cóż, ponad dwadzieścia lat temu place zabaw przypominały bardziej muzea sztuki nowoczesnej, aniżeli miejsca, w których można byłoby bezpiecznie się bawić. Ale takie już prawo tamtych czasów i  tak właśnie było. W każdym razie zacząłem przychodzić tam wtedy razem z kolegami z podwórka i rzucaliśmy zwykłą piłką do siatkówki, albo do piłki nożnej.

Któryś z tamtych chłopaków wymyślił wtedy taką grę polegającą na tym, że każdy ma rzucać do tego metalowego koła i jeżeli jego rzut będzie celny, może wtedy zrobić krok do tyłu i rzucać dalej, dopóki nie dojdzie do kroku numer 10. Wtedy będzie mógł wracać z powrotem. Wygrywa ten, kto pierwszy przejdzie w tą i z powrotem wrzucając celnie swoje rzuty.

Ta gra szczególnie mi się spodobała. Po jakimś czasie byłem już w tą grę naprawdę niezły i chyba parę razy nawet wygrałem. To właśnie wtedy zainteresowałem się koszykówką.

Lata mijały, a ja będąc nastolatkiem oglądałem w telewizji w drugiej połowie lat 90-tych jak na parkietach NBA zdobywał punkty Michael Jordan, jak fantastycznie zbierał z tablic piłki Dennis Rodman i jakie niesamowite crossovery robił Allen Iverson. Wtedy zacząłem też grać bardziej na serio i nawet próbowałem po ukończeniu szkoły podstawowej dostać się do szkoły sportowej, co jednak mi się nie udało. Koszykówka jednak była już wtedy moją pasją.

Od tamtej pory minęło wiele lat, a ja dziś jestem trzydziestoparolatkiem, który po dłuższej przerwie…wciąż gra w koszykówkę. I wiecie co? Jestem z tego powodu niezwykle szczęśliwy, bo dziś gram nie tylko ze swoimi znajomymi, ale także z moim ośmioletnim synem.

 Swojego syna zacząłem uczyć gry w sumie trochę przypadkiem. Kiedy miał jakieś cztery lata dostał w prezencie plastikowy kosz z tablicą i małą piłką do rzucania w domu. Na początku nie bawił się nim, więc zacząłem bawić się nim…ja. Ustawiłem ten kosz przy szafie na końcu dużego pokoju i rzuciłem kilka razy. Wtedy dźwięk piłki usłyszał właśnie mój syn. Wbiegł do pokoju i złapał piłkę. Powiedziałem mu, żeby rzucił nią do kosza. I rzucił. Piłka nie wpadła do małej plastikowej obręczy, ale wtedy właśnie wyjaśniłem mu wszystko i zaczęliśmy rzucać. Przez jakiś czas rzucaliśmy sobie właśnie do tej plastikowej konstrukcji. Po prostu.

Po jakimś czasie zaczęliśmy grać w domu w tą samą grę, w którą grałem ja będąc dziesięciolatkiem na wspomnianym wcześniej drugim podwórku: ten kto wceluje robi krok do tyłu. Jeżeli dojdzie w ten sposób do końca pokoju, może wracać z powrotem w kierunku kosza. Kto pierwszy dojdzie do punktu, z którego zaczęła się gra, ten wygrywa.

 Kto wygrywał na początku? Pewnie, że ja. Mój syn nie miał przecież wyrobionego rzutu. Ale wtedy właśnie poczuł to, co jest podstawowym elementem sportu: chęć rywalizacji. Graliśmy coraz częściej i po jakimś czasie mój syn wygrał ze mną pierwszy raz! Nie wiem jak to się stało, ale naturalną siłą rzeczy wyrobił mu się rzut i był po prostu lepszy w tego naszego mini-kosza.

Kiedy miał sześć lat poszliśmy któregoś czerwcowego dnia na stare osiedlowe boisko, które było trochę zniszczone i nikt od dawna już na nim nie grał. Syn miał już swoją pierwszą, normalną piłkę w rozmiarze 3. Zaczął rzucać do obręczy zawieszonej na wysokości około 2,70 m. , a więc nieco niżej niż na tradycyjnej tablicy, gdzie obręcz zawieszona jest na wysokości 3,05 m. Nie mogłem przecież zaprowadzić sześciolatka na prawdziwe boisko, bo nie miałoby to sensu. Bardziej by się zmęczył próbując dorzucić piłką w obręcz, aniżeli nacieszył grą.

A więc mając sześć lat zaczął uczyć się rzucania i kozłowania. Tamtego lata chodziliśmy często na to stare boisko na którym nikt nie grał, a także w inne miejsce nieopodal parku, gdzie nieco lepsze i przede wszystkim nowsze konstrukcje miały obręcze zawieszone też trochę niżej. W dodatku miały przyczepione nowe siatki, co bardzo spodobało się mojemu synowi, który rzucał do obręczy coraz lepiej i pewniej.

mecz w parku 2 dobry new

Następnego lata, kiedy miał już siedem lat i urósł trochę bardziej zaczęliśmy chodzić na boisko szkolne ze zdecydowanie lepszą nawierzchnią. Któregoś razu pomyślałem, że w sumie to mój syn potrafi już w miarę kozłować i rzucać. Wymyśliłem więc, że zagramy nasz pierwszy mecz. Na początku nie wiedziałem tylko jak powinniśmy zagrać. Wymyśliłem więc „nasze” zasady.

-Jak będziemy grać? – zapytał mnie Przemek.

-Zagramy do 10 punktów. Jeżeli wcelujesz, zdobywasz 2 punkty.

-A jeżeli Ty wcelujesz? – dopytywał mnie wciąż mój syn.

-Hm… – zastanowiłem się przez chwilę, po czym odpowiedziałem – jak ja wceluję, to zdobędę jeden punkt. Tak będzie sprawiedliwie.

-Ale dlaczego? – mój syn zaczął swoją ulubioną zabawę w „Sto pytań do…”.

-Bo jestem trochę wyższy od Ciebie i trochę starszy. No i trochę dłużej gram w koszykówkę. W porządku? – zapytałem go tym razem ja.

-W porządku, zgadzam się- odpowiedział mi.

Zaczęliśmy więc grać. Zasady polegały więc na tym, że w meczu 1×1 do 10 punktów mój każdy celny rzut to nie dwa, a 1 punkt, natomiast każdy celny rzut mojego syna to dwa punkty. W ten sposób szanse były trochę bardziej wyrównane. Pozostała jeszcze kwestia obrony. Mojej obrony.

-Ale Ty nie możesz mi tak bardzo przeszkadzać rzucić piłką! – Przemek wyraził zdecydowany sprzeciw, kiedy zaczęliśmy mecz i jego pierwsza akcja zakończyła się niepowodzeniem. Zastanowiłem się więc raz jeszcze nad zasadami i trochę je ulepszyłem.

-W porządku, zrobimy tak, że ja nie będę ci przeszkadzał w rzucaniu jeżeli przekroczysz tą linię –podszedłem do linii osobistych i pokazałem mu.

-A co to za linia? –znowu zapytał Przemek.

-To jest linia rzutów osobistych. Koszykarze stają na tej linii, jeżeli zostaną sfaulowani pod koszem – wyjaśniłem mu.

-Dobrze, to ja będę mógł rzucać jak przejdę tą linię?

-Tak, będziesz mógł rzucać i nie będę ci wtedy przeszkadzał – odpowiedziałem.

Ustaliliśmy więc, że ja mogę bronić obręczy tylko za linią rzutów osobistych. Jeżeli mój syn zdoła wejść za to pole, on będzie mógł wtedy przestać kozłować piłkę i na luzie oddać rzut.

Dodam jeszcze, że oczywistym i naturalnym było dla mnie to, że moja „obrona” nie będzie zbyt intensywna. Miałem raczej tylko „przeszkadzać” synowi w przejściu linii osobistych. Zaczęliśmy więc grać. Tamten mecz wygrał oczywiście mój syn😉 Wyniku jednak nie pamiętam. W każdym razie okazało się, że mój pomysł działa bardzo dobrze i możemy takie mecze rozgrywać z synem częściej. W czasie poprzedniego lata rozegraliśmy więc kilkanaście takich gierek między sobą.

mecz w parku 1 dobry new

W tym roku mój syn ma już osiem lat i kilka centymetrów wzrostu więcej. Lepiej kozłuje i lepiej rzuca. Ma też swojego ulubionego zawodnika z NBA, którym jest Kevin Love. Drugi to oczywiście Marcin Gortat. Od wiosny wpadamy na boisko częściej niż w zeszłym roku i gramy. Jest na tyle dobry, że przegrałem z nim już kilka razy😉 .

-10:8, znowu z Tobą wygrałem! – krzyknął do mnie po naszym zeszłotygodniowym meczu Przemek.

-Udało ci się – odpowiedziałem.

-Nie udało, tylko wygrałem, bo jestem lepszy i młodszy.

Spojrzałem na syna z nieco marsową miną, po czym odpowiedziałem:

-Jesteś c o r a z lepszy. Niech ci będzie.

-Tata, a może Ty powinieneś iść na lekcje do Marcina Gortata jak będzie w Polsce? Nauczyłby cię lepiej grać. Jak myślisz? – zaproponował mi pewnym siebie głosem mój syn.

Spojrzałem już kompletnie obojętnie:

-Zastanowię się.

-No to trzeba napisać list do Marcina Gortata i go poprosić! Może się zgodzi – zaproponował z uśmiechem Przemek.

-Może…Kto wie… – odpowiedziałem.

*

W szkole mojego syna powstało tej wiosny nowiuteńkie boisko na którym są dwie konstrukcje z obręczami zawieszonymi na normalnej wysokości i dwie konstrukcje z obręczami zawieszonymi na wysokości przystosowanej dla młodszych dzieci. To zdecydowanie ułatwia mojemu synowi grę, w dodatku do obręczy zawieszonej niżej rzuca z niesamowitą łatwością. Prawdopodobnie wpływ na to miał fakt, że będąc młodszym uczył się rzucać do obręczy zawieszonej nieco wyżej. Czasami przychodzimy na to boisko, żeby tylko porzucać. Dodatkową ciekawostką może być fakt, że Przemek często nie chce rzucać do obręczy zawieszonej niżej.

-Dlaczego nie chcesz rzucać do tego niższego kosza? – zapytałem go niedawno.

-Bo tam jest za nisko –odpowiedział mi.

Pomyślałem wtedy, że w sumie jest to dobry znak, ale wytłumaczyłem też, że nauczy się lepiej rzucać i poprawi bardziej swój rzut, kiedy będzie rzucał jednak do tej niższej obręczy. Jak na razie się zgodził.

 

Po dwóch latach od pierwszych prób nauki gry w koszykówkę mój syn mając osiem lat gra już nieźle. Nie ma jeszcze idealnie wyrobionej motoryki ruchów, ale porusza się na tyle sprawnie, że dostrzegam już w nim jakiś potencjał. Myślę, że udało mi się zaszczepić w nim jakieś początki pasji.

Nie chcę oczywiście, żeby został profesjonalnym koszykarzem! Chciałbym, aby w przyszłości był tym kim tylko zechce, bowiem pasją mojego syna są klocki Lego i budowanie z nich coraz bardziej zaawansowanych technicznie lokomotyw. Kto wie, może kiedyś będzie inżynierem i zaprojektuje swój własny pociąg? Jak na razie twierdzi, że chciałby zostać kolejarzem. Ale jeżeli będzie miał wielką pasję do gry i zechce zostać koszykarzem, to świetnie. W każdym razie mnie nie o to w tym wszystkim chodzi, żebym chciał od razu robić z niego sportowca. Otóż najlepsze jest po prostu to, że poprzez koszykówkę uczy się rywalizacji, wytrwałości i konsekwencji w dążeniu do celu. A takie cechy wykształca właśnie koszykówka. To bardzo ważne.

Co ważniejsze, to również to, że koszykówka przecież nie jest celem samym w sobie. Ma tylko wykształcić w młodym człowieku kilka bardzo ważnych cech, które pozwolą mu prawidłowo się rozwijać.  A wykształcić w młodym człowieku takie cechy zdecydowanie pomoże uprawianie sportu. I nie ważne, czy będzie to koszykówka, piłka nożna (w którą mój syn również bardzo lubi grać ), siatkówka, tenis, czy też cokolwiek innego. Ważne, żeby uprawianie sportu przynosiło oprócz samej rywalizacji przede wszystkim radość. Bo dzięki niej na twarzy młodego człowieka pojawia się uśmiech. A uśmiech to szczęście.

Wracając jeszcze do naszych meczów z synem dodam, że oczywiście mój syn na razie nie jest na takim poziomie, aby zdołał wygrać ze mną „na serio” gierkę 1×1. Myślę jednak, że już niebawem będzie to realne…

mecz w parku 3 dobry new

 

 

 

 

 

Jeżeli niebo jest boiskiem

A więc będę rzucał. Znowu staję na linii półdystansu i wiem, że za chwilę zrobię te swoje pięćdziesiąt prób rzutowych z lewej i z prawej strony boiska. A później następne pięćdziesiąt. Wiem jaki jest mój rekord trafionych rzutów z półdystansu na 50 prób. Może dziś ustanowię nowy? Spróbuję. Nade mną błękitne niebo, letnie promienie Słońca, a obok ten przyjemny cień, który daje Klon rosnący tuż za tablicą. Wszystko to pozwala mi delektować się w pełni każdym rzutem i tym, że znowu tu jestem. Na boisku.

Czasami kiedy tak rzucam swoją piłką do obręczy, zdarza się, że ktoś wpadnie. A czasem to ja przyjdę z kimś. I wtedy gramy. Gramy i gadamy. O wszystkim i o niczym. O tym, że Kevin Durant będzie w nowym sezonie mierzył się z falą hejtu po swoim przejściu do Golden State Warriors. O Derricku Rose, który w Nowym Jorku w koszulce „Knicksów” zacznie nowy etap swojej kariery. Czy Minnesota Timberwolves w końcu wymienią Ricky’ego Rubio? Cóż, nie jestem jego fanem, więc przyznam, że na miejscu GM’ów z Minny chętnie wyciągnąłbym za niego choćby Brandona Knighta z Phoenix.

Staję na linii rzutów osobistych. 10 prób. W obręcz piłka wpada siedem razy. Spoglądam w górę. Na błękitnym niebie pojawiło się kilka chmur. Ale Słońce świeci wciąż naprawdę mocno. Właśnie to lubię najbardziej. Lato w pełni. A tu ja i moja piłka.

 Kiedy jestem z kimś na boisku, często gadamy też o mojej piłce Spaldinga. Wygląda jakby grała nią bardzo długo drużyna profesjonalistów, którzy nie oszczędzali jej ani przez chwilę w żadnym meczu. Ale nie. To nie oni grali tą piłką. To ja nią grałem. Piłka wcale nie jest taka stara, bo ma dopiero dwa lata. Tyle, że kiedy nią grałem, to grałem na 100%. Kiedy pierwszy raz wziąłem ją do ręki w sklepie sportowym wiedziałem, że to będzie dłuższa znajomość. A później odbijałem ją już na boisku. Pierwsze rzuty nie chciały wpadać, ale po jakimś czasie piłka zaczęła się mnie słuchać i wpadała w czerwoną obręcz coraz częściej.

Kiedy z kimś gram i rozmawiamy, pojawiają się często tematy nie związane z koszykówką.

-Na bazarkach można już kupić polskie brzoskwinie, wiesz?

-Serio?

-Tak. A niedługo będą śliwki.

-Rewelacja!

-Wiem.

-Wiesz co?

-Co?

-Ostatnio mam ochotę przeczytać jakąś książkę. Chciałbym ogarnąć te opowiadania Kafki, które niedawno się ukazały, ale jakoś nie mogę się za nie zabrać. Może spróbuję w przyszłym tygodniu.

-Kafka był trochę dziwakiem.

-A ja myślę, że nie. Dostrzegał po prostu c o ś  w i ę c e j.

*

Ostatnio rozmawialiśmy znowu o koszykówce, a konkretnie o trikach. Nauczyłem się na przykład niedawno nowego triku, który polega na podbiciu piłki do góry kiedy leży na asfalcie. Fajnie, bo nie wiedziałem wcześniej jak inni to robią. A teraz już wiem.

Muszę przyznać, że naprawdę przyjemnie kozłuje mi się tą wysłużoną piłką. Kozłuję, robię zwód, jeden, drugi i rzucam. Tym razem niecelnie. Wokół nie ma nic, oprócz szumu wiatru i liści na drzewach rosnących wokół boiska. Dźwięk odbijanej o jasno-brązową nawierzchnię pomarańczowo-szarej piłki też tworzy klimat, który lubię.  Moja piłka jest tak starta, że przy rzucaniu nie ma już takiego chwytu jak kiedyś. Ale wciąż można nią grać. Jest dźwięk odbijanej o asfalt piłki i jest też dźwięk piłki wpadającej idealnie w metalową siatkę. To jest niesamowite! Kiedy znowu trafiam czuję, jakby to boisko było w niebie. Prawie tak jak w tej książce. Szkoda, że nie wydali jej jeszcze w Polsce.

Gramy więc z kumplem dalej i zastanawiamy się czasem też, czy w ciągu następnych dwóch, lub może trzech sezonów będziemy mieli kolejnego Polaka w NBA. Czy ktoś przejmie chwałę po Marcinie Gortacie? Jakiś czas temu Olek Czyż grał w lidze letniej w Milwaukee Bucks. Trzymałem kciuki, żeby udało mu się dostać do składu tego klubu. Ale niestety nie udało mu się. W zeszłym roku miałem nadzieję, że jakiś klub zwróci uwagę na Mateusza Ponitkę, który próbował swoich sił w drafcie. Nie został wybrany przez żadną drużynę, ale został zaproszony na kilka treningów pokazowych w paru klubach. To już coś. Ale wciąż próbuje robić wszystko co tylko może, żeby kiedyś zagrać na którymś z parkietów najlepszej koszykarskiej ligi świata. Oby mu się udało. Jego boiskowy szczyt, właśnie to przysłowiowe „boiskowe niebo” jest właśnie tam, w NBA.

Wracam znowu do swojej rzeczywistości. Moim szczytem marzeń też kiedyś była gra w szkole sportowej i być może w jakimś klubie z polskiej ligi. Nie udało mi się spełnić tego marzenia, ale nie narzekam. Mam jeszcze inne. Poza tym gram przecież często na najlepszym boisku świata, tym osiedlowym. Na boisku które na nowo obudziło we mnie pasję do gry po wielu latach bez koszykówki.

W zeszłym roku częściej grałem w meczach 5×5 i sprawiało mi to dużą przyjemność, ponieważ dawno już nie grałem w meczach rozgrywanych w pełnych składach. Z kolei tej wiosny zacząłem trochę więcej grać w meczach jeden na jednego. Dzięki temu nauczyłem się nowych rzeczy. Myślałem wcześniej, że tajniki gry w koszykówkę można pogłębiać tylko i wyłącznie w tych „normalnych” meczach, kiedy gra dziesięciu zawodników. Ale to nieprawda. Kiedy gram z kimś dobrym jeden na jednego, to wtedy muszę też uruchomić swoje mięśnie i umysł na tyle, żeby potrafić  coś zrobić. C o ś  w i ę c e j. Coś, co pozwoli mi na zdobycie punktów i być może też na wygranie meczu.

Jest późne, kolejne letnie popołudnie. Wchodzę na boisko z przewieszoną na ramieniu torbą, z której wyjmuję tą swoją startą piłkę. Może dziś też ktoś przyjdzie pograć? Robię rozgrzewkę, a później staję naprzeciw tablicy z nieco zdezelowaną srebrną obręczą, na której wiszą resztki metalowej siatki. Odbijam spokojnie piłkę i po chwili robię zwód. Skaczę wysoko i rzucam. To moje „boiskowe niebo”. Jest wspaniale.

piłka obręcz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mistrzowski Flat Top Imana Shumperta

Flat-Top to popularna fryzura wzorowana na modnych w latach 80-tych „hi-topach”, które nosili Afroamerykanie. Fryzura ta wyróżnia się dobrze wystrzyżonymi bokami na głowie, natomiast włosy na górze są zdecydowanie dłuższe. Fryzury typu „hi-top” były symbolem Złotej Ery Hip-Hopu w latach 80-tych i na początku lat 90-tych.

 Taką właśnie fryzurą wyróżnia się w lidze NBA Iman Shumpert, który jest zawodnikiem drużyny Cleveland Cavaliers. Jego fryzura bynajmniej nie jest czystym przypadkiem i sam zawodnik chętnie to udowadnia.

College

 Shumpert dostał się do NBA w drafcie 2011 roku, kiedy to został wybrany z 17 numerem w pierwszej rundzie. Wychowany w mieście Oak Park nieopodal Chicago, Iman od najmłodszych lat grywał w koszykówkę. Najczęściej ze swoimi starszymi braćmi. W szkole podstawowej natomiast jego dobrym kolegą był Evan Turner, który aktualnie gra w Boston Celtics. Iman i Evan często razem grali jeden na jednego. Charakterystyczną cechą gry Shumperta niemal od zawsze była jego dobra gra w obronie. Iman po prostu nie pozwalał sobie na to, żeby źle bronić i właśnie dzięki temu, że posiadał tą cechę pomogło mu to w jego późniejszej koszykarskiej karierze. Ale gra w obronie bynajmniej nie była jego ulubionym elementem gry. Iman po prostu nie znosił kiedy przeciwnicy zdobywali punkty, kiedy on akurat bronił dostępu do kosza.

W swoim pierwszym sezonie w college’u Georgia Tech Iman zdobywał średnio 10.6 pkt, 3.9 zbiórki, 5 asyst i 2 przechwyty na mecz w 31 meczach sezonu. Był więc wyróżniającym się zawodnikiem. W swoim drugim sezonie gry na Uniwersytecie w Georgii nieco pogorszył swoje statystyki, ale już jako zawodnik trzeciego roku studiów jego średnie to 17.3 pkt, 6 zbiórek, 3.5 asysty i 2.7 przechwytu na mecz. Właśnie wtedy młody zawodnik zdecydował, że weźmie udział w drafcie do ligi NBA.

Artyzm

Zanim przejdę do kariery Shumperta w NBA, warto żebym wspomniał o tym, że chyba największą pasją Imana poza koszykówką od zawsze była muzyka. Iman lubił słuchać rapu i jak sam twierdzi najlepszym okresem dla tej muzyki były lata 90-te minionego stulecia. Mając kilkanaście lat czasami rapował wśród kolegów, którzy doceniali jego umiejętności. Jakiś czas później, już będąc zawodnikiem ligi NBA zaczął nagrywać swoje utwory, których można posłuchać na YouTube. Utwory takie jak: „Shumpman” i „Anarchy” to kawałki rapera o pseudonimie 2wo 1ne, który obrał sobie Shumpert.

Oprócz zamiłowania do muzyki Rap jest także fanem sztuki w każdej postaci. Pisze nie tylko utwory rapowe, ale zdarza mu się też pisać od czasu do czasu wiersze i malować, choć przyznaje, że jest w tym okropny, stara się więc malować swoje obrazy za pomocą słów, w czym jest zdecydowanie lepszy. Owocem tej pasji jest nagrany przez Shumperta mixtape „Th3 #Post90s”, którego można posłuchać na jego oficjalnym kanale na stronie YouTube.

Shumpert w swoich utworach zwykle opowiada o tym przez co przeszedł i nie udaje nikogo kim nie jest. Stara się poprzez swoja muzykę po prostu pokazywać prawdziwego siebie.

Pierwsze sezony w NBA i charakterystyczna fryzura

Shumpert w swoim debiutanckim sezonie w NBA zdobywał średnio 9.5 pkt, 3.2 zbiórki, 2.8 asysty i 1.7 przechwytu, co nie czyniło z niego co prawda zawodnika wybitnego, ale jednak solidnego. Wiele razy demonstrował swoja moc, kiedy pakował piłkę z wyskoku wprost do obręczy z ogromna siłą. Jako debiutant naprawdę pokazał się z bardzo dobrej strony i to właśnie on wiele razy miał znaczący wpływ na wyniki nowojorskiej drużyny.

W kolejnych sezonach jednak nie poprawił swoich statystyk, a to za sprawą kontuzji, która wykluczyła go z gry na kilka miesięcy. Po powrocie do gry Iman nie był już tym samym pewnym siebie zawodnikiem, którym okazał się być w swoim debiutanckim sezonie w lidze NBA.  Nie ma się jednak czemu dziwić. Powrót do dawnej formy zajął mu sporo czasu i nie był łatwy. Mimo wszystko jednak zawodnikowi udało się wrócić do składu drużyny z Nowego Jorku i chociaż zaliczał na swoje konto w trzecim sezonie gry tylko 6.8 pkt, 3 zbiórki i 1.7 asysty, to wciąż był ważnym ogniwem nowojorskiej ekipy.

Przy okazji Shumpert pojawiał się na parkiecie z coraz bardziej okazałą fryzura. Jego „Flat-Top” był już na tyle spory, że przy okazji czynił go zawodnikiem wyższym o kilka dobrych centymetrów. W rzeczywistości jednak zawodnik już przecież nie rósł, ale jego fryzura nie raz wywoływała okrzyki zachwytu, lub wręcz przeciwnie, zdecydowanej dezaprobaty nowojorskich fanów koszykówki w Madison Square Garden. Zawodnicy przeciwnych drużyn również nie raz wyrażali swoje różne opinie na temat fryzury zawodnika. Shumpert jednak kompletnie się tym nie przejmował i po prostu grał w koszykówkę.

Tatuaże

W międzyczasie przybywało także tatuaży na jego ciele. Był to między innymi tatuaż Batmana, który według Imana jest po prostu „super-bohaterem”, dobrą postacią, która pomaga ludziom i się z tym nie obnosi, działając w ukryciu. Shumpert w wielu wywiadach również mówił o tym, że każdy z nas może przecież być takim Batmanem i pomóc komuś, kto jest w potrzebie. Właśnie dlatego postanowił wytatuować sobie wizerunek Batmana.

Innym tatuażem, który zrobił sobie Iman już będąc zawodnikiem NBA jest podobizna Johnny’ego Bravo, który z kolei imponuje mu tym, że zawsze idzie za swoim celem. Iman ma również wytatuowane pięć przystanków metra w Chicago, które często przejeżdża, kiedy akurat jest w tym mieście, a które oddalone jest niedaleko jego rodzinnego Oak Park.

Nowe cele w Cleveland

Do sezonu 2014/15 Shumpert przygotowywał się bardzo solidnie. Często przebywał na siłowni i odbudowywał też swoją formę. W pierwszych 24 meczach sezonu 2014/15 jako zawodnik Knicks zdobywał średnio znowu 9.3 pkt, 3.4 zbiórki, 3.3 asysty i 1.3 przechwytu na mecz. Na przełomie grudnia i stycznia opuścił jednak 15 meczów. Właśnie wtedy, na początku stycznia 2015 roku został wytransferowany do Cleveland Cavaliers razem z J.R. Smithem.

W swoim pierwszym meczu w koszulce Cavaliers przeciwko Charlotte Hornets 23 stycznia 2015 roku, Shumpert zdobył 8 punktów, 2 zbiórki i 2 asysty. Pod koniec lutego zdobył 14 punktów, 10 zbiórek, 2 asysty i 2 bloki w meczu z Indianą Pacers. W ostatnim meczu tamtego sezonu przeciwko Wizards, Shumpert zdobył 18 punktów, 6 zbiórek, 2 asysty i 2 przechwyty.

W Play-Offach radził sobie również nieźle, w pierwszym meczu II rundy Play-Offs przeciwko Chicago Bulls zdobył 22 punkty, imponujące mecze rozegrał także przeciwko Hawks w finałach konferencji wschodniej, kiedy zdobył w drugim i trzecim meczu odpowiednio: 16 punktów i 4 zbiórki trafiając 6 z 11 rzutów i 15 punktów i 7 zbiórek trafiając 5 z 11 rzutów z gry.

W finale przeciwko Warriors jednak nie mógł odnaleźć właściwego rytmu i dopiero w piątym meczu zdobył 10 punktów, 5 zbiórek i 2 asysty, ale nie miało to już znaczenia, bowiem Cavaliers okazali się drużyną gorszą  i nie zdobyli mistrzostwa.

Mistrzowski Flat-Top

Czego nie udało się osiągnąć rok wcześniej, udało się zdobyć później. Shumpert podpisał latem nową umowę z Cavaliers i na mocy tego kontraktu zarobi 40 mln $ za 4 lata gry w Cleveland. W sezonie 2015/16 wciąż jednak nie był kluczowym zawodnikiem drużyny z Cleveland, zdobywając w sezonie regularnym tylko 5.8 pkt, 3.8 zbiórki i 1.7 asysty na mecz, ale miał kilka bardzo udanych meczów jak choćby ten ze stycznia 2016 przeciwko Timberwolves, którym rzucił 23 punkty, zdobywając przy tym 3 zbiórki i 4 przechwyty rzucając zza linii trzech punktów na 50% skuteczności (trafił 3 z 6 rzutów). Były też mecze w których zdobywał po kilkanaście punktów i w których jego gra odgrywała znaczącą rolę w odniesieniu zwycięstwa przez drużynę „Kawalerzystów”. Shumpert stał się po prostu solidnym zawodnikiem, który rzucał tylko wtedy kiedy trzeba, głównie koncentrując się na solidnej obronie.

Dzięki temu dołożył swoje do zdobycia przez ekipę z Cleveland w tym sezonie upragnionego mistrzostwa NBA. Jego najlepszy mecz z Play-Offs 2016 to czwarty mecz półfinału konferencji wschodniej z Atlanta Hawks, w którym zdobył 10 punktów, 3 zbiórki i 2 przechwyty trafiając dwa ze swoich dwóch rzutów za trzy punkty. W decydującym o mistrzostwie, siódmym meczu tych finałów spędził na parkiecie 19 minut zdobywając 6 punktów i zbiórkę. A kilka chwil później razem ze swoimi kolegami z drużyny otwierał już szampana ciesząc się ze zdobycia mistrzostwa NBA.

Być może Iman Shumpert nie jest supergwiazdą NBA i być może nie odgrywa w drużynie z Cleveland Cavaliers tak ważnej roli, jaką sam chciałby pełnić. Ale być może w przyszłym sezonie się to zmieni. Być może też jego fryzura wkurza niektórych fanów przeciwnych drużyn. Ale co by nie mówili o jego fryzurze ludzie, pewnej rzeczy nie mogą z pewnością zaprzeczyć: Flat Top Imana Shumperta od kilku tygodni z całą pewnością jest już mistrzowski.

(Na zdjęciu karta z wizerunkiem koszykarza z kolekcji Panini Court Kings)

iman shumpert court kings

 

 

 

 

 

 

Sezon letni w pełni

Dni są najdłuższe w roku, a słońce grzeje już na tyle mocno, że z całą pewnością powiedzieć można jedną rzecz: sezon letni wreszcie w pełni. Wiosną graliśmy wszyscy już trochę więcej i co najważniejsze- częściej, a forma jest zdecydowanie lepsza niż zimą. Rzucona w kierunku obręczy piłka częściej do niej wpada, kozłowanie sprawia wielką przyjemność, a bieganie nie męczy. To wszystko są znaki, że zaczęło się już lato.

 Każdy z nas, a wierzę i wiem doskonale, że jest nas całe mnóstwo, uwielbia tą porę roku. Latem możemy pozwolić sobie wreszcie na grę niemal codziennie, jeżeli oczywiście nie pada deszcz. Jeżeli tylko mamy na to chęć, to praktycznie niewiele może nas powstrzymać przed wyjściem z domu na boisko. Kiedy przejeżdżam przez park na rowerze bardzo często widzę na boisku już nie tylko grających dorosłych, ale także młodsze dzieciaki, które choć jeszcze nie mają wzrostu koszykarzy, to mimo wszystko próbują rzucać piłkę do obręczy i uczyć się kozłowania. To cieszy, bo kiedy dostrzegam mnóstwo ludzi grających w parkach wydaje mi się wtedy, że koszykówka powoli wraca do dyscyplin sportowych, które cieszą się największą popularnością w naszym kraju.

Ja przyłażę niemal codziennie na jakieś boisko i staram się doskonalić poszczególne elementy swojej gry. Ogarniam ostatnio głównie rzuty z dystansu, zależy mi, żeby rzucać coraz lepiej i z coraz lepszą skutecznością, ale w tym sezonie postanowiłem przyłożyć się też trochę bardziej do lepszego opanowania kozłowania, kilku trików, które staram się wciąż doskonalić i… (tak, tak) crossovera w stylu Iversona.

Latem gra w koszykówkę sprawia największą przyjemność, ale nie tylko dzięki pogodzie i pozytywnym zjawiskom atmosferycznym. Mieliśmy bowiem kilka tygodni temu za Oceanem Finały ligi NBA, które w tym sezonie wygrali Cleveland Cavaliers. Za nami też Draft. Jak co roku poznaliśmy nowych zawodników, którzy prosto z college’ów przeszli na zawodowstwo i będą uświetniać mecze na parkietach NBA swoją obecnością. Numerem 1 tego Draftu był Ben Simmons, który został wybrany przez Philadelphię 76ers, a wybrany z numerem 2 przez Lakersów to Brandon Ingram. Przez jakiś czas wydawało się, że wybierający jako trzeci klub Boston Celtics postawią na Buddy’ego Hielda, którego wytransferują od razu do Philadelphii 76ers w zamian za Jahlila Okafora. Tak się jednak nie stało, bowiem główny manager drużyny z Bostonu postawił na niskiego skrzydłowego z college’u w Kalifornii Jaylena Browna, natomiast wspomniany wcześniej Buddy Hield został wybrany dopiero z szóstym numerem przez New Orleans Pelicans. To chyba zresztą lepiej dla ekipy z Nowego Orleanu, jak i dla samego Hielda, bowiem jest już bardzo dobrze ukształtowanym zawodnikiem, który z miejsca, już od pierwszego sezonu gry powinien być solidnym wsparciem dla Anthony’ego Davisa. Hield i Davis mogą stworzyć wspólnie świetny duet.

Tuż przed draftem wszyscy dowiedzieliśmy się tez o transferze Derricka Rose’a z Chicago Bulls do New York Knicks. To chyba dobrze dla Rose’a, że otrzyma możliwość gry w nowej drużynie, ponieważ większość osób już od dawna twierdziło, że ten zawodnik w Chicago się wypalił. Zobaczymy zatem jak będzie wyglądać jego gra obok Carmelo Anthony’ego i czy w kolejnym sezonie fani w Nowym Jorku wreszcie będą cieszyć się udziałem swojej drużyny w Play-Offs.

  1 lipca zaczęli podpisywać też nowe umowy wolni agenci w NBA. Kevin Durant zmienił klub i przeniesie swoje talenty do Golden State Warriors, którzy są pierwszym kandydatem do zdobycia mistrzostwa w przyszłym sezonie.

Wolnych agentów z NBA, którzy podpisali nowe umowy jest w tym roku całe mnóstwo, nie będę jednak o nich wspominał, bo tego możecie dowiedzieć się z innych portali. Najciekawsze dla mnie zmiany klubów w tym okienku dla wolnych agentów to przejście Rajona Rondo do Chicago Bulls. Szczerze mówiąc to liczyłem na to, że Rondo zagra w New Orleans Pelicans. Moim zdaniem pasowałby do tej drużyny i mógłby wspólnie z Anthony  Davisem stworzyć świetny duet. Jeremy Lin  z kolei, którego również lubię zagra w Brooklyn Nets. W poprzednim sezonie odbudował się w Charlotte Hornets i grał zdecydowanie lepiej. Ciekawe jak będzie wyglądać jego gra w nowym sezonie i czy szał ”Linsanity” powróci do Nowego Jorku, ale tym razem w okolice Brooklynu. Cieszy mnie też zmiana barw klubowych Setha Curry’ego, który z Sacramento przeniesie się do Dallas Mavericks. Być może tam będzie miał więcej okazji do zaprezentowania swoich umiejętności niż miał w zeszłym sezonie w drużynie z Kalifornii, gdzie trener George Karl nie dawał mu zbyt wielu minut gry.

Wspaniała pogoda, weselsi ludzie na ulicach i w parkach, lepsza forma i więcej energii do wszystkiego. Właśnie to daje nam lato. Sezon letni to idealny czas również do tego, żeby na przykład wybrać się na nowe, nieznane nam wcześniej boiska do koszykówki. Możemy co prawda nadal grać w swoich ulubionych miejscach, ale warto chyba również czasem przejechać się gdzieś dalej z piłką pod pachą i sprawdzić inne ciekawe miejscówki do gry w koszykówkę, których w większych miastach jest całe mnóstwo.

Ja na przykład zamierzam wybrać się przynajmniej do dwóch parków, które znajdują się w innych dzielnicach. Już od jakiegoś czasu chciałem sprawdzić jakieś nowe miejsca do gry i mam nadzieję, że w tym roku dam radę. Poza tym zawsze w nowych miejscach poznaje się nowych ludzi, z którymi można zagrać i to również jest bardzo pozytywne.

Korzystajmy więc z darów lata, które jest przecież tylko raz w roku. Grajcie jak najczęściej, trenujcie różne elementy gry, także te, a może przede wszystkim te, które sprawiają Wam najwięcej trudności, aby w tym sezonie letnim stać się jeszcze lepszymi koszykarzami. Właśnie tego życzę Wam, a także sobie. Korzystajcie więc z uroków lata. To najlepszy czas na grę w koszykówkę.

sezon letni nowy 6 nowe

 

 

 

 

 

 

Koszykarskie miejscówki

Gram w koszykówkę od kilku lat znowu regularnie i przez ten czas miałem okazję rzucać piłką do obręczy w wielu miejscach. Najczęściej gram na okolicznych boiskach nieopodal mojego osiedla, ale zdarza mi się co jakiś czas poznawać nowe miejsca. O kilku z nich napiszę parę słów.

 Pierwszym boiskiem, na które zacząłem przychodzić po swojej wieloletniej przerwie od gry w koszykówkę było boisko, które powstało jako pierwsze na moim osiedlu. Był chyba rok 1993 kiedy dwa kosze stanęły na niewielkim placu wokół bloków przy ulicy Okocimskiej na warszawskiej Woli. Właśnie tam w latach 90-tych szaleństwo koszykówki ogarnęło wielu chłopaków z naszego osiedla. Ludzi chętnych do gry przychodziło w to miejsce wtedy całe mnóstwo. Było nas tylu, że przez całe dnie zawsze ktoś grał na tym boisku w wiosennych i letnich miesiącach.

Niemal dwadzieścia lat później odnowiłem w sobie pasję do grania i pierwszym boiskiem na które zacząłem przychodzić i trenować rzuty osobiste było właśnie to boisko.

Nie wyglądało już tak okazale jak w czasach swojej świetności. Szczerze mówiąc to tablice i obręcze były po prostu zdezelowane. Konstrukcje pokrywała rdza. Ale mnie to nie przeszkadzało. Na tym właśnie boisku odnawiałem swoją pasję.

boisko stare

Dwa lata temu jednak spółdzielnia mieszkaniowa postanowiła to boisko zlikwidować (jeżeli można było jeszcze nazwać je boiskiem) i zrobić na tym placu parking. Usunięto więc stare konstrukcje i tablice do gry w koszykówkę, czego niestety nie rozumiem. Zamiast zrobić przyjemność wszystkim, którzy lubią aktywne spędzanie czasu i odnowić stare boisko, co można było przecież wykonać niewielkim kosztem, postanowiono w miejscu starego boiska stworzyć…parking.

Dobrze, że na moim osiedlu jest jeszcze drugie boisko na którym można pograć w koszykówkę i o nim właśnie teraz kilka słów. Na boisku przy ujęciu wody oligoceńskiej grywałem sporo w siódmej i ósmej klasie szkoły podstawowej mając kilkanaście lat. Tam właśnie nauczyłem się gry w „21”, którą do dziś bardzo lubię. A boisko na które czasami wpadam wygląda tak:

wielkanoc boisko 2

 

Kolejnym miejscem, którym się zafascynowałem było odnowione boisko przy kościele Mormonów nieopodal zbiegu ulic Redutowej i Wolskiej. Ucieszyłem się, kiedy dwa lata temu zobaczyłem dwie nowe konstrukcje z czerwonymi obręczami i co ważne z przyczepionymi do nich siatkami. Linie na betonowym placu pomalowano na zielono. Zacząłem przychodzić więc ze swoją piłką również tam i grać. Boisko to wygląda tak:

boisko mormonów

Mam swój ulubiony park na warszawskiej Woli i to właśnie w tym parku najczęściej gram. Boisko co prawda pokrywa zwykły asfalt, ale cztery konstrukcje, które postawiono tu wiele lat temu są bardzo porządnie wykonane i grać w tym parku można niemal przez cały rok. W wiosenno-letnich miesiącach przychodzi na ten plac w parku sporo osób, latem najczęściej wieczorami, kiedy nie jest już tak gorąco. Przychodzą na to boisko często też starsi koszykarze z mojej dzielnicy. Na zdjęciach zobaczyć można jak wygląda to miejsce wiosną, latem, jesienią i zima, tyle, że…bez śniegu.

boisko park noweblog poemunikalność boisk zdjęcieboisko park zima

Wymieniając moje ulubione koszykarskie miejscówki nie mogę nie wspomnieć o boisku przy ulicy Baonu Zośka. To boisko bowiem jest moim ulubionym miejscem do gry. Właśnie tam przyjemny cień drzew i stojących nieopodal niskich bloków, który pojawia się latem w godzinach popołudniowych sprawia, że klimat tego miejsca jest po prostu wyjątkowy. W poprzednich latach, a także i w zeszłym roku przychodziło na to boisko sporo osób i bardzo często można było wziąć udział w meczach 5 na 5. W tym roku jak do tej pory przychodzi jakby mniej osób i zdecydowanie rzadziej, ale sezon dopiero niedawno się zaczął, więc kto wie, może jeszcze i to miejsce wróci do swoich czasów świetności.

boisko zośka

 Miejscem, które również bardzo sobie cenię jest boisko szkolne przy ulicy Brożka. To właśnie tam przychodzę często ze swoim synem, aby zagrać na pełnym luzie 1 na 1. Syn co prawda dopiero uczy się gry w koszykówkę, ale rozegraliśmy już wiele zaciętych meczów.

Na tym właśnie boisku stoi też stary klon, który w popołudniowych godzinach daje latem przyjemny cień, dzięki któremu jest trochę chłodniej i gra jest jeszcze przyjemniejsza.

sezon letni 2

Wspomniane wyżej boiska to moje ulubione miejsca do gry w koszykówkę. A czy Wy macie jakieś swoje ulubione boiska?

 

 

 

 

 

 

J.R. Smith już nie rozwiązuje sznurówek

J.R. Smith to weteran ligowych parkietów NBA, który przeszedł długą drogę, aby znaleźć się w miejscu, w którym znajduje się dzisiaj. To miejsce to gra w drużynie zbudowanej na solidnych fundamentach z liderem na czele, w drużynie która od dwóch sezonów znajduje się w ścisłej czołówce ligi i aspiruje już w drugim sezonie z rzędu do sięgnięcia po mistrzowski tytuł. Gdzieś pośród grona kilkunastu zawodników składu tej właśnie drużyny jest  grający na pozycji rzucającego obrońcy Earl Joseph Smith III, w skrócie nazywany po prostu J.R. Smith.

Smith aktualnie zajmuje ważne miejsce w rotacji składu drużyny z Cleveland już od samego początku, od kiedy dołączył do „Kawalerzystów” w styczniu 2015 roku. Jest graczem podstawowego składu, jest tym zawodnikiem, który kiedy trzeba potrafi dyrygować grą i podjąć ważną decyzję w kluczowym momencie meczu. Nie boi się rzucać swoich „trójek” i nie boi się wchodzić pod kosz. Świetnie rozumie się na parkiecie ze swoimi kolegami z drużyny, z Kyriem Irvingiem, czy też z LeBronem Jamesem, któremu nie raz i nie dwa podał piłkę tak, aby ten mógł w widowiskowy sposób umieścić ją w koszu.

J.R. bez wątpienia jest ważnym i dojrzałym zawodnikiem składu ekipy z Cleveland. Ale czy zawsze w ciągu swojej kariery był właśnie takim zawodnikiem? Otóż nie. Smith grając w swoich poprzednich klubach uważany był jako zawodnik niedojrzały, sprawiający raczej problemy i nie dość wystarczająco poważnie podchodzącego do swoich koszykarskich obowiązków.

Początki w NBA

Smith wybrany został w pierwszej rundzie draftu w 2004 roku z numerem 18 przez New Orleans Hornets.Trafił do NBA prosto po szkole średniej. W pierwszym sezonie zaliczał średnio 10 punktów, 2 asysty i 2 zbiórki na mecz. Dwa lata później wziął udział w konkursie wsadów, w którym zajął trzecie miejsce. Po dwóch sezonach gry W nowym Orleanie J.R. trafił do klubu Denver Nuggets, gdzie już jako zawodnik z dwuletnim stażem w NBA zdobywał w swoim trzecim sezonie w lidze średnio 13 pkt, 2.3 zbiórki i 1.4 asysty. Stawał się więc powoli coraz lepszym i wciąż rozwijającym się w dobra stronę zawodnikiem ligi.

 Oprócz pochwał Smith zaczął jednak zbierać niestety też słowa dezaprobaty. Wszystko to w wyniku bójek i incydentów, których było kilka i to nie tylko na parkietach ligi, ale także w klubach nocnych, w których J.R. Smith lubił się pojawiać. W wyniku bójki, w której wziął udział w grudniu 2006 roku w meczu pomiędzy Nuggets i Kew York Knicks został zawieszony przez ligę na 10 spotkań.

Rozwój w Denver Nuggets

Mimo tego Smith grał w Denver coraz lepiej i w swoim czwartym sezonie jako zawodnik Denver Nuggets, a w szóstym sezonie swojej sportowej kariery w NBA zdobywał średnio już 15.4 pkt, 3 zbiórki, 2.4 asysty i prawie 1.5 przechwytu na mecz, tym samym udowadniając wszystkim, że jego uwielbienie do wizyt w nocnych klubach nijak przekłada się na jego sportowe wyniki. Podczas lokautu w lidze NBA w 2011 roku Smith postanowił przenieść swoje talenty do ligi chińskiej, gdzie grał dla drużyny Zheijang Golden Bulls. W Chinach jednak zdarzało mu się dość często spóźniać na treningi, lub nie przychodzić na nie wcale, co przełożyło się na niezbyt dobra opinię o zawodniku, a także finansową kare w wysokości 1 miliona dolarów, która musiał zapłacić chińskiemu klubowi.

Smith po powrocie z Chin nie wspominał dobrze tej przygody i twierdził, że chciał jak najszybciej wrócić do USA i znaleźć klub, w którym znowu poczuje się prawdziwym sobą i swoje myśli zajmie tylko i wyłącznie koszykówką. W 2011 roku podpisał kontrakt z New York Knicks. W pierwszym sezonie gry w Nowym Jorku zanotował średnie 12.5 pkt, 4 zbiórki, 2,4 asysty i 1.5 przechwytu na mecz, co zdecydowanie potwierdzało jego słowa o „poważnym traktowaniu koszykówki”.

New York, New York i…sznurówki

Potwierdziło się to również w drugim sezonie Smitha w koszulce Knicksów.  W 80 meczach sezonu regularnego w których wystąpił zdobywał średnio już 18 pkt, 5.3 zbiórki, 2.7 asysty i 1.3 przechwytu na mecz. J.R. zdecydowanie rozegrał swój najlepszy sezon w karierze. Zdarzyło mu się tez kilkukrotnie samemu być tym zawodnikiem, który ustalał wynik meczu jako zwycięski dla swojej drużyny, jak choćby w meczu z Charlotte Bobcats 5 grudnia 2012 roku, w którym swoim zwycięskim rzutem równo z końcowa syreną zapewnił nowojorskiej drużynie wygraną.

Podobnie było kilka tygodni później, kiedy to zdobył zwycięskie punkty w meczu z Phoenix Suns rzutem w końcówce spotkania i łącznie zdobywając wtedy 27 punktów. Rekordowe 36 punktów zawodnik zdobył z kolei w meczu z Oklahoma City Thunder 7 marca 2013 roku, jego drużyna jednak przegrała ten mecz.

W 2013 roku J.R. Smith zdobył nagrodę dla najlepszego rezerwowego zawodnika sezonu. Nie wszystko jednak wyglądało tak różowo jak wydawało się wyglądać. Latem 2013 roku podpisał trzyletnią umowę z klubem z Nowego Jorku wartą prawie 18 milionów $. I właśnie w swoim pierwszym sezonie po podpisaniu długoterminowej umowy Smith poczuł się w Nowym Jorku trochę zbyt pewnie.

Pomimo tego, że klub z Nowego Jorku nie grał na tyle dobrze, na ile oczekiwali tego wszyscy ludzie związani z organizacją, to Smith i Carmelo Anthony wspólnie próbowali znaleźć jakieś wyjścia z tej sytuacji. Gdzieś jednak musiało to wywierać negatywny wpływ na zawodnika, bowiem coraz częściej widywany był w klubach nocnych na przeróżnych imprezach, pokazach mody i wszystkim tym, co raczej nie było związane z koszykówką. Do sieci przedostały się też zdjęcia z dobrze zakrapianej alkoholem imprezy z piosenkarką Rihanną, na którym to zdjęciu J.R. nie wyglądał na zbyt trzeźwego. Do tego doszły spóźnienia na treningi i zawieszenie przez ligę za używanie marihuany. Nocne życie Nowego Jorku pociągało rzucającego obrońcę Knicksów za bardzo, a statystyki zawodnika obniżyły się po sezonie 2013.14 do 14 punktów, 4 zbiórek i 3 asyst na mecz.

Na początku 2014 roku, a dokładnie 5 i 7 stycznia w meczach z Dallas Mavericks i Detroit Pistons, Smith wpadł na interesujący pomysł. Postanowił bowiem zrobić psikusy zawodnikom z przeciwnych drużyn. W trakcie oddawania rzutów osobistych przez innego zawodnika, Smith stojąc w meczu z Dallas Mavericks obok Shawna Mariona przykucnął nieco i rozwiązał mu sznurówki. To samo zrobił w następnym meczu z Detroit Pistons. Tym razem zawodnikiem, z którego postanowił w ten sam sposób zażartować był Greg Monroe.

Te właśnie psikusy kosztowały J.R. Smitha 50.000 $ kary nałożonej na niego przez ligę NBA.

Przenosiny do Cleveland

 Wiele osób z nowojorskiego klubu twierdziło, że Smith od dłuższego czasu nie koncentrował się grając w Knicks na koszykówce na tyle, na ile powinien. Twierdzili, że po podpisaniu trzyletniego kontraktu na 18 milionów $ przestało mu zależeć. Smith tego nie lubił. W wywiadach mówił, że jest niewłaściwie oceniany, w dodatku wyłącznie przez pryzmat swoich wizyt w nocnych klubach, nigdy bowiem nie ukrywał tego, że nocne życie Nowego Jorku bardzo go pociąga.

Wszystkie wymienione wyżej incydenty i zapewne nie tylko one złożyły się na chęć wytransferowania swojego nieokrzesanego zawodnika przez klub z Nowego Jorku. Udało się tego dokonać na początku stycznia 2015 roku, kiedy J.R. wraz z Imanem Shumpertem wylądowali w Cleveland Cavaliers, gdzie stali się częścią drużyny walczącej o tytuł mistrzowski.

W Cleveland J.R. z miejsca został od razu bardzo dobrze przyjęty przez fanów drużyny, oraz przez kierownictwo klubu. Szukali oni bowiem zawodnika z charyzmą i odpowiednim temperamentem i za takiego uważali właśnie jego. Smith utwierdził klub z Cleveland w tej decyzji już w swoim drugim meczu w ich koszulce. Zdobył 27 punktów, 5 zbiórek, asystę i przechwyt, a w czwartym meczu przeciwko Phoenix Suns w koszulce „Kawalerzystów” zaliczył 29 punktów.

Dojrzałość

J.R. często podkreślał, ze chciałby grać tam, gdzie miałby szansę wygrywać. Tą możliwość dał mu właśnie klub z Cleveland, gdzie u boku LeBrona Jamesa, Kyriego Irvinga i Kevina Love’a z miejsca stali się zespołem ocenianym jako kandydaci do zdobycia mistrzostwa. W CAVS zawodnik bardziej skoncentrował się na tym co powinno być dla niego najważniejsze, czyli na koszykówce. Dojrzał i stał się ważnym elementem drużyny. Ale Smith w kilku wywiadach mówił, że na początku nie ucieszył się z przenosin do Cavaliers. Martwił się, że pogoda będzie gorsza i że nie znajdzie w mieście żadnej dobrej restauracji, nie mówiąc już o klubach nocnych. Jak się jednak okazało, wkrótce Smith przestał o takich rzeczach myśleć. Zaczął bowiem koncentrować się na tym co najważniejsze, czyli na pomocy drużynie w zdobyciu tytułu mistrzowskiego. W pierwszym sezonie w koszulce ekipy z Cleveland J.R. dotarł do Finału NBA, w którym jego drużyna przegrała w serii 2:4 z Golden State Warriors.

W Cleveland J.R. spoważniał, stał się bardziej skoncentrowany na swoim celu i odpowiedzialny na parkiecie i poza nim. Zaręczył się z matką jednej ze swoich córek. Zapewne wpływ na to miał także wiek zawodnika, ponieważ rzucający obrońca „Kawalerzystów” przekroczył „trzydziestkę”. W wywiadach mówił, że wiele rzeczy po 30-tce wygląda już inaczej.

J.R. Smith popełnił w trakcie swojej koszykarskiej kariery wiele błędów, ale nie były to błędy kogoś, kto celowo starał się zaszkodzić komukolwiek. Zawodnik ma po prostu impulsywny charakter i swoje emocje musiał jakoś uzewnętrznić. Dziś J.R. przyznaje, że czas, który do tej pory spędził w Cleveland znacząco wpłynął zarówno na jego rozwój sportowy, jak też osobisty. W Cleveland nie jest już tym nieogarniętym chłopcem, którym bywał jeszcze w Nowym Jorku. Jest pewnym siebie silnym człowiekiem, który właśnie staje przed szansą zrewanżowania się ekipie z Oakland za ubiegłoroczną przegraną w wielkim finale ligi NBA, a główną cechą Smitha jest teraz dojrzałość. Co zamierza zrobić, żeby w tym roku sięgnąć po mistrzostwo NBA? Z pewnością nie będzie nikomu rozwiązywał sznurówek…

(Na zdjęciu karta z wizerunkiem koszykarza z kolekcji Panini)

jr smith card new 2

 

 

 

 

 

 

Co z tym rzutem za 3 punkty?

Ostatnimi czasy sporo mówi się o „tych, którzy zmienili koszykówkę”. Dyskusji na forach koszykarskich portali internetowych nie ma końca, a do tych debat dołączyli się niedawno nie tylko sami koszykarscy fani. Jakiś czas temu także byli trenerzy z samej wielkiej ligi NBA pisali na Twitterze, bądź dyskutowali w mediach na temat rzutów z dystansu w koszykówce. Rzut za trzy punkty chyba jeszcze nigdy wcześniej nie wzbudzał tylu emocji i to zarówno pozytywnych, jak też negatywnych.

 Nigdy wcześniej chyba rzut z dystansu nie potrafił tak wspaniale wkurzać jednych i, z drugiej strony, wywoływać uśmiech na twarzach drugich. Kto za tym wszystkim stoi wiedzą zapewne doskonale wszyscy fani NBA i nie trzeba nikomu o tym przypominać. Ale może niektórym trzeba, więc…cóż…przypomnę zatem. Otóż nie kto inny jak duet zwany „Splash Brothers” rzekomo zmienił oblicze koszykówki. Duet ten reprezentują Stephen Curry i Klay Thompson z Golden State Warriors i to właśnie w ślad za nimi poszli inni i to nie tylko na parkietach NBA, ale także w innych ligach, a także w salach wielu szkół średnich na całym świecie. Ale czy tylko tam? Otóż nie. Moda na rzucanie za trzy punkty pojawiła się już także na zwykłych, osiedlowych boiskach.

 Szczerze mówiąc, to ja nigdy nie lubiłem rzucać za trzy. Naprawdę. Jeszcze kiedy grałem w koszykówkę w ostatniej klasie szkoły podstawowej i później w szkole średniej rzut za trzy nigdy nie był przeze mnie zbyt lubiany. Nie lubiłem go. Dlaczego? Cóż…linia „trójki” była po prostu jak dla mnie zawsze zbyt daleko. Próbowałem nie raz rzucać z tego miejsca, ale piłka zazwyczaj nie odnajdywała w ten sposób swojej drogi do obręczy. Leciała za to mniej więcej albo w bok tablicy, albo w bok obręczy. Jeżeli trafiłem za trzy, to było to niemal jak święto.

Sytuacja ta zmieniła się natomiast kilkanaście lat później. Uprzedzam od razu, że bynajmniej nie byłem nigdy jakimś wielkim fanem Stephena Curry’ego i Klaya Thompsona.  Zdecydowanie bardziej lubiłem rzucać też z półdystansu i takie właśnie rzuty wykonywałem najczęściej na swoich treningach. Pewnego dnia, kiedy wyszliśmy z kumplem pograć na nasze okoliczne osiedlowe boisko znowu trenowałem swoje rzuty z półdystansu. Kiedy tak rzucałem, spojrzałem w pewnym momencie jak mój kumpel trafia trójki niemal jedna za drugą na drugim koszu. Pomyślałem więc, że w sumie to mógłbym spróbować rzucić parę razy za trzy. Co mi tam. Pewnie i tak przecież żaden rzut nie trafi do celu. Krzyknąłem do kumpla:

Wiesz co, chyba spróbuję rzucić parę razy za trzy!

Z przeciwległej strony boiska odezwał się głos:

Co?!

Mówię, że chyba spróbuję rzucić parę razy za trzy!

Spoko! Próbuj.

 Stanąłem więc na linii rzutów za trzy, popatrzyłem na obręcz i…rzuciłem. Piłka leciała, leciała długo, a może tylko tak mi się wydawało, aż w końcu…odbiła się od obręczy i nie wpadła w nią.

Wszystko jak zwykle…” – pomyślałem, po czym podbiegłem pod kosz po piłkę. Postanowiłem jednak, że spróbuję jeszcze raz. Przebiegłem kozłując piłkę na boczną stronę boiska. Znowu stanąłem i rzuciłem. Piłka leciała, leciała długo, a może tylko tak mi się wydawało, aż w końcu…usłyszałem ten jeden, jedyny w swoim rodzaju piękny dźwięk brzęczącej metalowej siatki przytwierdzonej do obręczy. Rzuciłem celnie! Był to pierwszy od wielu lat mój celny rzut za trzy punkty. Co prawda rzucony w czasie indywidualnego treningu, ale mimo wszystko. Rzut był celny i to mnie ucieszyło. Krzyknąłem do kumpla:

Trafiłem! Widziałeś to?! Cholera, trafiłem!

Brawo! – odpowiedział mi, po czym dodał:

Rzucaj dalej.

Zacząłem więc rzucać. Co jakiś czas wpadała w obręcz kolejna „trójka”. Przyznaję, byłem naprawdę uradowany tym faktem. Prawdę mówiąc, to zazdrościłem trochę kumplowi, że on trafia te swoje trójki. Właśnie dlatego między innymi już od jakiegoś czasu chciałem spróbować i ja. Tyle, że cały czas wydawało mi się, że to jest…za daleko. Stając zwykle na linii trzech punktów zawsze byłem pewny, że nie trafię. Ale jak się okazało, myliłem się.

Do czego zmierzam? Już tłumaczę. Powiem to w najprostszy możliwy sposób. Wiele osób ze środowiska koszykarskiego jest zniesmaczonych współczesną koszykówką twierdząc, że rzuty za trzy punkty zniekształcają grę i cały obraz koszykówki jako dyscypliny sportowej. Nie jest bowiem koszykówka sportem indywidualnym, lecz drużynowym. Tu nie gra jeden, czy dwóch zawodników, lecz pięciu. Co w takim razie jeżeli w pięcioosobowej drużynie mamy dwóch zawodników, którzy rzucają rewelacyjnie za trzy i przez większą część meczu nie mają zamiaru wchodzić pod kosz? Co dzieje się w tym momencie z grą pod koszem? Co z podkoszowymi? Po co w drużynie centrzy? Co z grą tyłem do kosza?

Wiele osób z pewnością zdziwią te pytania, bo przecież „jak to, po co?” Przecież komuś kto gra na pozycji centra tak łatwo zdobyć punkty spod tablicy. W porządku, powiedzmy, że łatwo, a może inaczej. Łatwiej zdobyć punkty spod kosza niż rzucić celnie z odległości kilku metrów. Tyle, że center zdobywa w ten sposób dwa punkty. Zawodnik rzucający z dystansu zza tej tak bardzo znielubianej  linii „trójek” przez niektórych fachowców koszykarskich zdobywa natomiast trzy punkty. Co zatem jeżeli będzie miał dobry dzień i trafi w ten sposób sporo rzutów? Otóż wtedy być może zdarzy się to, co zdarzyło się w meczu numer sześć tych rozgrywek Play-Offs w lidze NBA, kiedy to Klay Thompson trafił 11 razy za trzy punkty, tym samym prowadząc swoją drużynę do spektakularnego zwycięstwa, obwieszczając całemu światu, że fajnie jest czasem spróbować swoich sił zza łuku.

Zeszłoroczne mistrzostwo Golden State Warriors, popisy Stephena Curry’ego w zakończonym niedawno sezonie regularnym w NBA i wspomniany wcześniej wyczyn Klaya Thompsona doprowadziły właśnie do tego, że rzut za trzy punkty stał się w koszykówce tak popularny i zapanowała na niego wręcz swego rodzaju moda.

Ja natomiast nie jestem przeciwny rzucaniu za trzy punkty. Jestem tylko przeciwny tej całej „modzie na trójki”. Są bowiem zawodnicy, którym postura i umiejętności pozwalają pewnie wchodzić pod kosz i zdobywać punkty spod kosza. Są jednak też tacy, którzy lepiej czują się po prostu rzucając. I dlatego niech każdy robi podczas gry swoje. Tak będzie najlepiej. Lubicie wchodzić pod kosz? Zatem wchodźcie. Wolicie rzucać z półdystansu i to wychodzi Wam najlepiej? Rzucajcie. W koszykówce jest miejsce dla każdego.

Nie ma też mowy, że Curry i Thompson „zniekształcili” współczesną koszykówkę. Ci zawodnicy raczej ubarwili grę jeszcze bardziej. Oprócz tego nie są przecież pierwszymi i nie jedynymi zawodnikami, których charakterystyczną cechą są właśnie rzuty za trzy. Przed nimi byli przecież choćby tacy zawodnicy jak Reggie Miller, który w latach 90-tych grał w Indiana Pacers, Steve Kerr (obecny trener Golden State Warriors), Ray Allen z Miami Heat, Peja Stojakovic, który grał w Sacramento Kings, Steve Nash, który niedawno zakończył karierę… A przecież w lidze aktualnie również gra sporo graczy, którzy słyną ze swojego rzutu z dystansu, takich choćby jak J.R. Smith i Channing Frye z Cleveland, Kyle Singler z Atlanty, Kirk Hinrich, James Harden z Houston Rockets, czy Jamal Crawford z L.A. Clippers.

Wszyscy ci zawodnicy przecież tylko dostosowali swoją grę i umiejętności do wcześniej już ustalonych zasad i przepisów gry. A to, że doprowadzili ten element gry do perfekcji, to już inna kwestia, prawda?

P.S. W meczu 8 kolejki spotkań rundy wiosennej w warszawskiej lidze WNBA pomiędzy moją drużyną Erbol a Big Mike Academy trafiłem swoją pierwszą „trójkę” w lidze. I wiecie co? Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy.

rzut za 3 punkty blog

 

 

Tam, gdzie wisi magiczna obręcz

„Tam, gdzie wisi magiczna obręcz”

 

pośród bujnych liści na kołyszących się na wietrze gałęziach drzew, tam

gdzie czas przez moment biegnie wolniej, a śmierdzący oddech

cywilizacji już nie dociera, tam

gdzie niebo jest bardziej błękitne, a latające ptaki trzepoczą skrzydłami z większą

energią

tam, gdzie

promienie Słońca oświetlają swoim blaskiem moją twarz

gdzieś tam, na boisku pomiędzy starymi blokami i cichą ulicą spokojnego osiedla

wisi szara, zardzewiała nieco

magiczna obręcz

 

kiedy tam gramy

odbijamy naszą starą, wysłużoną skórzaną piłkę

rzucamy do tej magicznej obręczy, która

niczym magnes przyciąga do siebie

każdy rzut, a ja znowu

słyszę jak piłka

wpada w zardzewiałą obręcz, a później

przedostaje się do metalowej siatki

brzęcząc w niej radośnie

 

gramy na tym boisku zwykle długo, ale nikt nigdy

nie jest zmęczony, a niemal każdy rzut podczas gry

wpada w tą magiczną

obręcz

znowu myślę o tym jak to się dzieje, że

na tym boisku rzuty wpadają do kosza częściej niż

gdziekolwiek indziej, myślę o tym niemal

zawsze kiedy tam gramy

 

ta magiczna obręcz

ogląda jak cieszymy się grą wznosząc co chwilę

wesołe okrzyki

ktoś z nas robi znowu crossovera niczym kiedyś Iverson i mija

obrońców, a ktoś inny

skacze w górę stojąc na linii rzutów za trzy punkty niczym Klay Thompson i oddaje swój

kolejny rzut, który jest

znowu celny

 

piłka leci  w kierunku magicznej obręczy

wykonując rotacyjny ruch w powietrzu

wszyscy patrzymy w górę, a czas jakby

zatrzymuje się na ten jeden

jedyny moment

a my

jesteśmy tylko

tu i teraz

i nigdzie indziej

właśnie tutaj w całej swojej pełni sobą

i tylko

sobą

patrzymy jak rzucona znowu piłka leci w kierunku magicznej obręczy

i po chwili

wpada w nią niczym rozpędzony orient express

 

patrzę na wszystkich

ktoś uśmiecha się do mnie znacząco

a ja spoglądam znowu na magiczną obręcz

i wiem już, że

w jakimś stopniu to właśnie ona

przyciągnęła do siebie ten rzut

 

wygląda na to, że

wygrywamy

 

30.05.2016

magiczna obręcz

 

 

 

 

 

 

 

Wyższe stany świadomości Kareema

Świadomość  jest najważniejszym elementem w psychicznym funkcjonowaniu człowieka. Świadomy stan psychiczny umożliwia człowiekowi odpowiednie odbieranie zjawisk wewnętrznych i zewnętrznych. Zjawiska wewnętrzne to na przykład własne procesy myślowe, natomiast zjawiska zewnętrzne są wszystkim tym co dzieje się w środowisku, w którym żyje człowiek.

Dzięki świadomości zdajemy sobie sprawę z istnienia otoczenia i samego siebie. Właśnie taka świadomość umożliwia nam reprezentowanie siebie na tle środowiska, w którym żyjemy i dzięki świadomości zdajemy sobie sprawę z własnego zachowania. Świadomość umożliwia nam też odbieranie bodźców i przeżywanie stanów emocjonalnych. Można wręcz stwierdzić, że nasza świadomość to my sami.

Świadomy sposób życia natomiast kształtuje w człowieku wiele cech, które wyzwalają ludzkie pragnienia i potrzeby. Nasza świadomość sprawia, że dokładnie wiemy czego oczekujemy od siebie, od innych i od życia. Bez potęgi świadomości nie bylibyśmy w stanie zrozumieć SENSU.

Świadoma egzystencja pomaga zbudować w człowieku wiele istotnych rzeczy, które w pozytywny sposób mogą przyczynić się do pełniejszego i mądrzejszego wykorzystywania niemal każdej chwili w naszym życiu.

Podstawą takiej właśnie zdrowej egzystencji jest między innymi potęga ludzkiej świadomości. Dzięki odpowiednio rozwiniętym funkcjom świadomości wciąż rozwijamy się, poznajemy nowe rzeczy i podążamy w odpowiednim kierunku. Taki kierunek w życiu ma każdy z nas. Ale nie każdy potrafi go odnaleźć, jeżeli w odpowiednim momencie nie znajdzie i nie wyrobi w sobie mechanizmu sterującego swoją świadomością.

O świadomym podejściu do życia wiele powiedzieć może z pewnością nie kto inny, jak sam Kareem Abdul-Jabbar, który w latach 70-tych i 80-tych minionego stulecia był w elitarnym gronie najlepszych koszykarzy ówczesnej ligi NBA.

Dzięki odpowiedniej dyscyplinie duchowej, ćwiczeniom i przede wszystkim dobrze rozwiniętej samoświadomości osiągnął w swoim życiu coś znacznie większego niż tylko przynależność do elitarnego grona najlepszych koszykarzy na świecie. Dla Kareema koszykówka nigdy nie była czymś najważniejszym w życiu. Często powtarzał, że nie chce, aby koszykówka definiowała go jako człowieka. Koszykówka dla Jabbara była tylko jednym z elementów w jego życiu, bowiem Kareem znacznie większą uwagę przykładał do tego jakim jest człowiekiem, a nie sportowcem.

Kareem Abdul-Jabbar tak naprawdę urodził się jako Lew Alcindor w 1947 roku. Będąc jeszcze nastolatkiem sporo czytał. Kochał sztukę i muzykę, szczególnie jazz. W latach 80-tych, będąc już profesjonalnym koszykarzem zaczął medytować i robił to regularnie przed każdym meczem swojej drużyny. Grał wtedy jeszcze w Milwaukee Bucks.

Właśnie w tamtym czasie poznał jogę, która na początku wydawała mu się zwykłymi ćwiczeniami nie mającymi żadnego wpływu dla koszykarskich umiejętności. Szybko jednak zmienił zdanie, kiedy odkrył jak bardzo te ćwiczenia mogą pomóc w poprawieniu elastyczności ciała i mięśni. Od tamtej pory niemal codziennie wykonywał swoje ćwiczenia i podchodził do nich bardzo poważnie. Z czasem zrozumiał jeszcze lepiej to, jak ważną funkcję dla koszykarza pełni odpowiednia elastyczność ciała.

Kiedy wiele lat później zakończył swoją długą i pełną sukcesów karierę zawodowego koszykarza, pytany był przez dziennikarzy w jaki sposób udało mu się osiągnąć przez wiele lat tak dobrą kondycję fizyczną. Kareem odpowiadał zawsze w ten sam sposób, tłumacząc, że gdyby nie joga i ćwiczenia fizyczne, które wykonywał, z pewnością nie byłby w stanie grać przez tyle lat na tak wysokim poziomie w lidze NBA. A grał w tej lidze przez 20 sezonów, które wypełnione były niezliczonymi sukcesami, między innymi sześciokrotnym mistrzostwem ligi NBA, sześciokrotnym zdobyciem tytułu MVP (najbardziej wartościowego zawodnika sezonu) i  tytułem Debiutanta Roku ligi NBA w roku 1970. Kareem zdobył także dwukrotnie tytuł Króla Strzelców ligi NBA w roku 1971 i 1972. Wymienione wyżej osiągnięcia to tylko niewielka część tego, co udało mu się zdobyć w ciągu 20 sezonów gry w najlepszej koszykarskiej lidze na świecie.

 Czy to wszystko byłoby możliwe bez odpowiedniej kontroli swojej świadomości?

Z pewnością nie. Kareem przykładał dużą wagę nie tylko do swojego rozwoju fizycznego, ale także intelektualnego i duchowego. Bardzo dużo czytał. Ale właściwie co dokładnie? Wszystko. A przynajmniej większość z tego, co jego zdaniem było warte przeczytania. Dzięki czytaniu możliwe jest poznanie. A on lubił poznawać nowe rzeczy i świat. Często mawiał, że „wiedza jest potęgą”.

Dzięki tej właśnie wiedzy zdrowo się odżywiał i unikał wszystkiego tego, co nie było niezbędne w jego diecie. Mówiąc prościej, Kareem po prostu nie jadł i nie pił byle czego.

Jesteśmy bowiem tym co jemy. Czyż nie?

W licznych wywiadach twierdził, że telewizja przyczyniła się do zniszczenia w ludziach pragnienia wzięcia do ręki dobrej książki i zaatakowała nasze bogactwo językowe. I właściwie to miał rację.

W 1971 roku Lew Alcindor zmienił religię i przeszedł na Islam. Wtedy właśnie zmienił swoje imię na Kareem Abdul-Jabbar. Gdy w 1975 roku zmieniał klub i przenosił się do Los Angeles Lakers znany był już z tego, że medytował przed każdym meczem i uprawiał jogę. Nie wszyscy wtedy jeszcze rozumieli jego codzienną rutynę i dyscyplinę, której przestrzegał. Ale Kareem nie przejmował się tym. On po prostu wiedział swoje. Znał pozytywne właściwości swoich medytacji i ćwiczeń jogi i już wtedy doskonale orientował się co dzięki temu potrafił zdziałać na parkiecie.

Najlepszy zawodnik Lakersów rzadko udzielał wywiadów i był uważany przez wielu za nieprzystępnego. Ale on po prostu oszczędzał swoją cenną energię. Nawet podczas gry starał się unikać każdego zbędnego wysiłku, tak aby czas spędzany na parkiecie wykorzystywać jak najbardziej efektywnie. Nie lubił i nie chciał koncentrować  się na niepotrzebnych kwestiach. Swoją energię starał się koncentrować tylko na tym, co naprawdę jest ważne. I to nie tylko dla niego samego, ale także dla społeczeństwa.

O ile Jabbar niezbyt chętnie udzielał wywiadów, o tyle raczej chętnie wypowiadał się na tematy związane z kwestiami społecznymi. Kareem do dziś jest wnikliwym obserwatorem świata. Często nurtowały go przeróżne kwestie polityczne, w tym także i kwestie związane z dyskryminacją Czarnych wśród społeczeństwa. Każde jego wypowiedziane zdanie odnoszące się do tych spraw natychmiast było odnotowywane w mediach. Właśnie dzięki swoim licznym wypowiedziom zdobył sobie opinię człowieka oczytanego i inteligentnego, a także zaangażowanego.

Świadomość Kareema wykracza bowiem zdecydowanie dalej niż może się wydawać.

Koszykarz Lakersów doskonale orientował się w sytuacji społeczno-politycznej swojego kraju. Do dziś dysponuje wiedzą, którą wciąż rozwija.

Dzięki tej właśnie wiedzy napisał później wiele książek. Była wśród tych publikacji książka autobiograficzna, ale także liczne felietony dla wielu znaczących czasopism amerykańskich, między innymi takich jak „Time”. Jabbar pisał też o zdrowym stylu życia do magazynu „Men’s Health”.

Już po zakończeniu swojej sportowej kariery Abdul-Jabbar założył przedsiębiorstwo kulturalne „Kareem Productions”, które zajmowało się między innymi produkcją filmów o życiu Afroamerykanów w USA. Wśród filmów wyprodukowanych w jego firmie był między innymi film o Vernonie Johnsie, który był pastorem kościoła baptystów, a także liderem ruchu na rzecz praw obywatelskich.

Kareem zawsze szanował ludzi. Nieważne kim byli. Szacunek do drugiego człowieka traktował jako priorytet.

 Dużą wagę przykładał Kareem również do swoich korzeni. Wielokrotnie odwiedzał liczne szkoły i uniwersytety. Rozmawiał tam z młodymi ludźmi i starał się przekonać ich do tego jak ważne jest to, aby znać swoje korzenie, wiedzieć skąd pochodzą nasi rodzice i dziadkowie. Taka świadomość bowiem również pełni ważną rolę w życiu człowieka. Ważne, żebyśmy wiedzieli skąd pochodzimy i kim jesteśmy. I szanowali to.

Kareem Abdul-Jabbar zakończył karierę w roku 1989. W swoim przedostatnim sezonie gry zdobywał średnio 14.6 pkt, 6 zbiórek, 1.7 asysty i 1.2 bloku grając średnio 29 minut w meczu. Takie statystyki Kareem osiągał będąc już czterdziestoletnim koszykarzem. Ale cały sens świadomości, którą doskonalił w sobie przez wiele lat Jabbar nie jest w tym ile zdobył tytułów mistrzowskich, nagród MVP, punktów, czy zbiórek na parkiecie. Nie jest być może nawet w tym jak wiele osiągnął kiedy zakończył już sportową karierę.

Warto dostrzegać coś więcej niż tylko to, co mamy przed sobą.

Zdrowe odżywianie, ćwiczenia jogi, zaangażowanie w sprawy społeczne i wewnętrzna harmonia. Wszystko to jest efektem stanu świadomości koszykarza, który przez 20 sezonów biegał po parkietach ligi NBA, wciąż doskonaląc nie tylko swoją siłę fizyczną, ale także psychiczną, między innymi poprzez ciągłą pracę nad swoją swiadomością. Sens tej  świadomości Kareema znajduje się w jego niebywałej wiedzy. To wiedza o życiu. O tym co jest dobre, a co złe, co nas umacnia, a co osłabia. To wiedza o sobie samym i o zrozumieniu własnej osobowości. I cały sens tej wiedzy polega między innymi na tym, żeby potrafić unikać rzeczy złych, wciąż starając się dążyć do tego, co nas wzmacnia. Bo warto znać samego siebie i swoje potrzeby. Warto o siebie dbać i o siebie walczyć. Zawsze.

(Na zdjęciu karta z wizerunkiem zawodnika z kolekcji Topps)

kareem card 2