Jak to jest być fanem Brooklyn Nets?

 Pytałem ostatnio swojego psa jak to jest nosić od urodzenia barwy klubu Brooklyn Nets. Spojrzał na mnie z dziwną miną (takową zresztą robi dość często) i wtedy zrozumiałem. Niefajnie. Edmund- bo tak nazywa się mój czworonożny przyjaciel- zdecydowanie nie chciał kontynuować  wątku barw klubowych Netsów na jego futrze i dalej rozmawiać na ten temat. Nie dziwię mu się. Nets są na dnie Konferencji Wschodniej i po tym sezonie zajęli ostatnie miejsce na Wschodzie z bilansem 20-62. To już zresztą drugie z rzędu rozgrywki, w których drużyna z Brooklynu gra poniżej oczekiwań swoich fanów.

Okej…Ten nieco kuriozalny wstęp to tylko takie śmieszno-nieśmieszne preludium do tego co chciałbym napisać o fanach klubu z Brooklynu i o tym czego możemy oczekiwać w najbliższych tygodniach i miesiącach. Fanach, którzy są spragnieni zwycięstw. My, fani nowojorskiej drużyny chcielibyśmy bowiem wszyscy, żeby wreszcie coś zaczęło się zmieniać na lepsze w klubie z najfajniejszej dzielnicy Nowego Jorku.

Jak to zrobić?

Cóż, w tym sezonie na Brooklynie nie pozyskają zawodnika z pierwszych miejsc Draftu pomimo tego, że klub wylosował pierwszy wybór w loterii do tego właśnie draftu. Wybór ten bowiem przejęli Boston Celtics. Jak do tego doszło nie będę tu wyjaśniał. Musiałbym skrytykować managerów i właściciela klubu z Brooklynu, którzy w poprzednich latach w zamian za pozyskanie między innymi Kevina Garnetta i Paula Pierce’a oddali picki w drafcie. Kto chce niech sprawdzi sobie wszystko na odpowiednich stronach w necie.

Kogo mogą pozyskać Nets z dalszych miejsc w Drafcie?

W przeddraftowych mockach mówi się, że z 22 numerem w I rundzie tego draftu Nets wybiorą Terrance’a Fergusona. Ferguson to rzucający obrońca z drużyny uniwersyteckiej Adelaide, który notował średnio 4.6 pkt i 1.2 zbiórki na mecz. Nie jest więc wybitnym zawodnikiem, ale ma w sobie to coś czego być może jeszcze nie widać, a co sprawi, że za jakiś czas przy odpowiednim koszykarskim rozwoju i szlifie stałby się specem od trafień z dystansu. Ferguson jest dość chudy bo przy swoich 201 cm wzrostu wazy tylko ponad 80 kg, ale rzucający obrońca nie musi być przecież siłaczem. Ważne, żeby potrafił rzucać, znajdować sobie odpowiednie pozycje do oddawania tych rzutów no i nauczył się dobrej obrony.

Netsi mają też drugi wybór w pierwszej rundzie draftu i będą wybierać kolejnego zawodnika z 27 numerem. Kto to może być? Może silny skrzydłowy D.J. Wilson z Uniwersytetu w Michigan, który w swoim trzecim roku gry w lidze akademickiej znacząco poprawił swoją grę. Zdobywał średnio 11 punktów, 5.3 zbiórki i 1.3 asysty na mecz. A to przecież dopiero 21 latek. Mimo wszystko już potrafił pokazać na parkietach NCAA co potrafi, między innymi kiedy 1 stycznia 2017 roku zdobył 28 punktów, 14 zbiórek i 6 asyst w przegranym 83:86, ale dopiero po dogrywce meczu przeciwko drużynie Iowa State .

Nets mają też wybór w II rundzie Draftu i wybiorą kogoś z numerem 57. Nie jest więc tak źle jak to mówią z tym Draftem. Być może GM’owie Netsów dadzą radę pozyskać jakiegoś wartościowego debiutanta, który za jakiś czas rozwinie się i stanie wartościową postacią w składzie drużyny z Brooklynu.

Co z wolnymi agentami?

W necie na stronach związanych z klubem z Brooklynu można przeczytać, że GM’owie Nets są zainteresowani pozyskaniem Kentaviousa Caldwella-Pope’a z Detroit Pistons. Zawodnik ten miniony sezon może zaliczyć do bardzo udanych. Zaliczał średnio 13.8 pkt, 2.5 asysty i 3.3 zbiórki na mecz, będąc wielokrotnie kluczowym zawodnikiem drużyny z Detroit. To dopiero trzeci sezon jego gry w NBA, a rozwija się w odpowiednim tempie i być może za jakiś czas ten rzucający obrońca będzie naprawdę zawodnikiem, którego wiele klubów mogłoby Netsom pozazdrościć. Na Brooklynie chcą podobno zaoferować mu maksymalny kontrakt, a jak wiedzą wszyscy zainteresowani NBA taki kontrakt to coś, co zdecydowanie przyciąga graczy nawet do gry w drużynach, które są na dnie ligi.

Kolejnym graczem, którego Nets mogą pozyskać w przerwie letniej jest Brandon Jennings. Ten rozgrywający zawodnik ekipy z Waszyngtonu posiada charyzmę i coś, co sprawia, że zdecydowanie pasowałby do klubu z Brooklynu. Jest twardy, nieustępliwy i ma charakter. Jako młody chłopak ogrywał się często na osiedlowych boiskach w dzielnicy Compton w Los Angeles, więc wie doskonale co to znaczy twarda gra. Mógłby sprawdzić się jako zmiennik dla Jeremy’ego Lina. Ostatnio jednak Jennings nie grał tak jak jeszcze kilka sezonów temu i jego sprowadzanie z Wizards może wydawać się trochę ryzykownym ruchem.

 Zamiast Jenningsa na pozycję rozgrywającego można byłoby sprowadzić Jeffa Teague’a z Indiany Pacers. Teague grał nieźle w swoim pierwszym sezonie w rodzinnej Indianie zdobywając średnio 15.3 pkt, 7.8 asysty i 3 zbiórki na mecz, ale nie jest wykluczone, że w przerwie letniej zmieni klub, choć jak twierdzi Indiana to jego miejsce i chciałby już tam pozostać. Teague nie zawodził w I rundzie Play-Offs i przeciwko Cavaliers w żadnym meczu nie zdobył mniej niż 15 punktów.

 Następny zawodnik, którym są zainteresowani Brooklyn Nets to Shabazz Muhammad z Minnesoty Timberwolves. Muhammad zaliczył bardzo udane tygodnie gry po Weekendzie All-Star i zdarzało się, że sypał trójkami w kilku meczach zdobywając przy tym ponad 20 punktów. Ten niski skrzydłowy, który gra także jako rzucający obrońca dobrze wiedział co robi starając się grać coraz lepiej, bowiem od lipca będzie wolnym agentem. Dzięki swojej dobrej grze podwyższył swoją wartość na transferowym rynku. Zapewne chciałby grać w drużynie, gdzie otrzymywałby trochę więcej minut. Wydaje się, że mógłby zdecydowanie przydać się w grze zza łuku i gra w Nets byłaby dla niego być może dobrą opcją, aby wreszcie pokazać swoją wartość na parkiecie.

Rudy Gay z Sacramento Kings to może być kolejne wzmocnienie składu drużyny Netsów. Gay to już weteran parkietów ligi NBA i być może spełniałby nie tylko typowo koszykarską rolę w drużynie z Brooklynu. Rudy Gay mógłby być mentorem dla młodszych zawodników. Taki gracz to często bardzo ważna postać drużyny. To ktoś, kto potrafi przemówić do innych zawodników i sprawić, żeby mieli większą wolę zwycięstwa. Ale czy aby na pewno Rudy Gay byłby do takiej roli odpowiednim zawodnikiem? Czy posiada taką mentalność? Kilkukrotnie uciekał z klubów, w których przestało mu się podobać, jak choćby z Toronto Raptors i w poprzednim sezonie będąc zawodnikiem Sacramento Kings już od rozpoczęcia sezonu mówił, że chce odejść z Kings żądając wymiany. Wymiany z jego udziałem jednak nie było i Rudy Gay pozostał w drużynie z Sacramento. Swoimi trójkami i rzutami z półdystansu mógłby jeszcze pokazać coś na parkiecie w hali Barclays Center na Brooklynie przez przynajmniej następne dwa sezony.

 Być może managerowie z Brooklynu spróbują sprowadzić Derricka Rose’a, który nie miałby daleko. W poprzednim sezonie grał w Nowym Jorku tyle, że w Knicks. Wiele osób krytykuje jego grę i twierdzi, ze to już nie ten sam zawodnik co kiedyś. Ale przecież Rose przeszedł dwie kontuzje, z których się podniósł i jeżeli potrafił w poprzednim sezonie zdobywać średnio 18 pkt, 4.4 asysty, 3.8 zbiórki na mecz mając wciąż gdzieś tam jeszcze ten swój niesamowity ciąg na kosz, to na Brooklynie mógłby naprawdę się przydać. Rose to również gwiazdor, który przydałby się w klubie z Brooklynu choćby po to, aby odświeżyć trochę klimat i nastroje wśród fanów brooklyńskiej drużyny.

Podobno na Brooklynie będą też chcieli wymienić Brooka Lopeza i jestem ciekaw kogo ewentualnie udałoby im się w zamian za niego ściągnąć. Możliwe, że byłaby to wymiana za picki w Drafcie, ale z jaką drużyną? Tego nie wie na razie nikt.

 Jest też spora szansa, że z Europy zawita niebawem do NBA Milos Teodosić, który jest objawieniem ostatnich miesięcy gry w lidze rosyjskiej  w CSKA Moskwa. Teodosić to zawodnik już w pełni dojrzały, można powiedzieć, że weteran, który jest aktualnie w swoim najlepszym okresie gry. Ten rozgrywający zawodnik, który może również grać na pozycji rzucającego obrońcy jest aktualnie obiektem zainteresowań kilku klubów z ligi NBA i chęć pozyskania go wśród menagerów poszczególnych klubów z dnia na dzień rośnie. Jako pierwsi swoją chęć pozyskania tego zawodnika wyrazili właśnie GM’owie z Brooklynu.

Szanse w nowym sezonie

Drużyna z Brooklynu nie musi być w kolejnym sezonie znów ekipą, która będzie tylko przegrywała. Szans na poprawę sytuacji należy szukać właśnie w osobach wolnych agentów, którzy mają doświadczenie w lidze i nie są „żółtodziobami” tak jak to bywa z zawodnikami przychodzącymi do ligi z college’ów. Nie jest więc może takie złe to, że Nets akurat nie pozyskają nikogo z pierwszych miejsc w tym i w kolejnym drafcie. Drużynę można przecież budować na doświadczonych wolnych agentach, którzy stopniowo w miarę poprawy gry Netsów mogą chcieć tam grać. Bo przecież Brooklyn jest w Nowym Jorku. W mieści, w którym jest wiele możliwości, szans i atrakcji, a koszykarskiego klimatu nie brakuje.

Jeżeli managerowie Nets pozyskają odpowiednich zawodników i dobiorą ich tak, żeby stanowili w miarę zgraną, lubiącą siebie nawzajem ekipę koszykarzy, to być może pojawiłaby się już w najbliższym sezonie niewielka szansa na to, aby włączyć się do walki o ostatnie miejsce premiowane awansem do Play-Offs? To oczywiście niepoprawny optymizm i klub z Brooklynu zapewne nie znajdzie się na 8 miejscu na Wschodzie, ale kto wie… W lidze nie takie rzeczy się już działy.

Fani

A jeżeli chodzi o fanów klubu z Brooklynu, takich choćby jak ja i mój pies, to cóż mogę powiedzieć…

Nasza ulubiona drużyna nie zagra być może w Play-offs przez kilka następnych sezonów i nie wybierze w Drafcie żadnego wartościowego zawodnika aż do 2019 roku. Warto jednak tu podkreślić „być może”. Bo czy na pewno nie da rady pozyskać nikogo wartościowego z 22 i 29 numerem w Drafcie tego nie da się na razie stwierdzić.

Spencer, który kiedyś zjadł batona

Pozostaje więc tylko na razie delektować się najlepszymi zagraniami Netsów z poprzedniego sezonu regularnego z odtworzeń na YouTubie. Ja na przykład niedawno wstałem, zaparzyłem herbatę i w  pewien deszczowy dzień czerwca wpisałem na YouTube „Spencer Dinwiddie best moments/season 2016/17”. Zacząłem oglądać najlepsze akcje i zagrania zawodnika z numerem „8” na koszulce drużyny Netsów.

 Spencer Dinwiddie to ten zawodnik, który kiedyś grając jeszcze w drużynie Detroit Pistons usiadł na ławce rezerwowych, a później próbował zjeść czekoladowego batonika tak, żeby nikt w wypełnionej ludźmi hali sportowej („The Palace of Auburn Hills” w Detroit) na ponad 20.000 miejsc tego nie zauważył. Ale ktoś jednak zauważył. Tym kimś był kamerzysta. Spencera delektującego się czekoladowym batonem na ławce rezerwowych zobaczył cały świat. Ja też. Możecie zresztą o tym przeczytać tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/11/28/spencer-dinwiddie-zjadl-batona/

Nieważne. W każdym razie dla mnie od tamtej pory Dinwiddie jest nie tylko zawodnikiem Netsów, którego lubię za jego grę i śmieszną sytuację z batonikiem, ale także „Czekoladowym Spencerem”, który swoich sił powinien spróbować w jakiejś reklamie słodyczy. Dziwię się, że producenci batona „Three Musketeers” jeszcze nie dali mu żadnej propozycji reklamowej lub stanowiska ambasadora ich batoników.

Ale tak bardziej serio, to lubię Spencera przede wszystkim za to, że oprócz batonów lubi koszykówkę i wciąż rozwija swoją grę dodając nowe elementy. Takie choćby jak znajdowanie odpowiedniej pozycji do oddania rzutu, czy rozegranie akcji z efektownym wejściem pod sam kosz. Rzuca częściej i rzuca celniej. W poprzednim sezonie notował  7.3 pkt, 3.1 asysty i 2.8 zbiórki w ciągu średnio 12 minut gry spędzanych na parkiecie. Miał też kilkanaście naprawdę niesamowitych zagrań, które warto obejrzeć sobie w Internecie.

Być fanem Brooklyn Nets nie jest więc łatwo. Trzeba wierzyć w odbudowę drużyny i wizerunku klubu. Czekamy zatem na draft i na offseason. Liczymy na to, że GM’owie Netsów dokonają właściwych wyborów we wspomnianym wcześniej Drafcie i wzniosą się na wyżyny swoich umiejętności, aby przekonać najlepszych dostępnych na rynku wolnych agentów zawodników do tego, aby założyli w nowym sezonie koszulki drużyny z Brooklynu. Najważniejsze to wierzyć i być dobrej myśli.

Ja póki co wyjdę na spacer z psem, a później wrócę i przy kubku dobrej zielonej herbaty obejrzę sobie najlepsze zagrania Netsów z poprzedniego sezonu.

 

 

 

 

 

Zen jako źródło wsparcia w koncentracji u koszykarza

 W dyscyplinie sportowej, którą jest koszykówka istnieje kilka ważnych elementów, którymi powinien dysponować  koszykarz. Elementami tymi są przede wszystkim: siła, atletyzm, szybkość, wytrzymałość, zwinność i odpowiednia motoryka. Cechy te są niezbędne do tego, aby osoba uprawiająca koszykówkę miała szansę osiągnąć cokolwiek w tej dyscyplinie. Oprócz wyżej wymienionych cech jest także jeszcze jeden niezwykle istotny element, którym powinien cechować się koszykarz. Tym elementem jest koncentracja.

 Wytrenowanie takich cech jak siła, szybkość, zwinność oraz na przykład motoryka ruchu to przede wszystkim praca wykonywana systematycznie i regularnie na treningach. Dzięki takiej pracy nad tymi elementami można osiągnąć naprawdę dobre efekty już po kilku tygodniach odpowiednio prowadzonych treningów zawodnika. Siłę możemy trenować po prostu na zajęciach w siłowni, lub podczas bardziej intensywnych ćwiczeń w hali (także z piłką). Szybkość można wytrenować również podczas treningów z drużyną. Podobnie jest ze zwinnością i motoryką ruchów, które przychodzą z czasem u każdego zawodnika w naturalny sposób.

A jak trenować koncentrację? W jaki sposób trenować u siebie, lub będąc trenerem ten element u swoich zawodników dzięki któremu będą bardziej skupieni na parkiecie w czasie meczu, a co za tym idzie będą na przykład lepiej oddawali rzuty z półdystansu lub dobrze podawali piłkę do kolegów z drużyny? Co zrobić, żeby taki zawodnik trafiał jak najwięcej rzutów osobistych? Potrzebna do tego jest umiejętność koncentracji.

Koncentrację trenować można na wiele sposobów. Ja chciałbym omówić jeden z nich, który może z początku wydawać się nieco kuriozalny, ale gdy się dłużej zastanowić to właśnie ta metoda może dać najlepsze efekty w szkoleniu.

Koszykarz powinien być skoncentrowany w trakcie całego meczu i podczas wszystkich minut spędzanych na boisku lub parkiecie. Odpowiednie mentalne „wejście w mecz” może przydać się nie tylko przy oddawaniu celnych rzutów, czy właściwym podawaniu do zawodników z drużyny. Koncentracja może pomóc w najważniejszym elemencie gry- w zwycięstwie.

Ćwiczenia oddechowe

Świetnym sposobem na poprawę koncentracji mogą być ćwiczenia oddechowe, które koszykarz powinien wykonywać w hali, lub po prostu w domu. Ćwiczenia takie to medytacja, która często nazywana jest osiąganiem ZEN.

Przez ZEN rozumieć można po prostu spokojną kontemplację. Zen jest czymś, co może pomóc w kontrolowaniu swoich myśli i koncentracji wyłącznie na danym momencie i aktualnej chwili. Tego typu ćwiczenia medytacyjne pozwalają nam doświadczać po prostu każdej chwili w harmonii myśli i w skupieniu. W czasie medytacji nasz umysł i ciało nie jest rozproszone żadnymi bodźcami z zewnątrz, jesteśmy wtedy zrelaksowani i skoncentrowani na tej właśnie konkretnej chwili w której jesteśmy. Skupiamy się tylko na obecności tu i teraz, na ciszy i doznawaniu siebie. Dzięki regularnym medytacjom umysł staje się odświeżony, a świadomość pełniejsza.

W jaki sposób zacząć?

Często najlepsze rozwiązania to te najprostsze. Wystarczy więc usiąść w hali po treningu, lub po prostu w cichym i spokojnym miejscu, zrelaksować się trochę i zamknąć oczy. Najlepiej jest wziąć głęboki wdech, później drugi, a następnie spokojnie oddychać licząc w myślach poszczególne wdechy lub wydechy. Zdecydowanie dobrą rzeczą jest wykonywanie takich ćwiczeń po treningu, kiedy organizm jest zrelaksowany po wysiłku fizycznym. W ZEN chodzi bowiem właśnie o to, aby umysł i ciało nie były zaprzątnięte jakimikolwiek zbędnymi myślami.

Medytacja zwykle nie zajmuje wiele czasu, zaczyna się zwykle od 5 minut i stopniowo z czasem wydłużamy takie praktykowanie skupienia i koncentracji do 10 lub 15 minut. Można oczywiście medytować dłużej, ale to już wyższa szkoła jazdy. Ważna rzecz jest taka, aby w czasie medytowania naprawdę „wyłączyć się” mentalnie od wszystkiego i skoncentrować po prostu na swoim oddechu. Może się oczywiście zdarzyć, że będziemy słyszeć jakieś dźwięki dochodzące do nas z oddali (gdy na przykład jesteśmy w hali) lub na przykład zza okna (kiedy praktykujemy medytację w pokoju). Ważne wtedy jest to, żeby dźwięki te nie absorbowały naszych myśli i po prostu przechodziły dalej.

Bycie „tu i teraz”

Kiedy będziemy już wygodnie siedzieć w odpowiedniej pozycji i oddychać, warto postarać się wyeliminować ze swojego umysłu wszystko co zbędne. Żadne myśli nie powinny „kręcić się” po naszej głowie. Kiedy osiągniemy odpowiedni stan umysłu i ciała, który nie jest osiągnąć na początku zbyt łatwo, poczujemy się w pełni zrelaksowani i wypoczęci.  Właśnie wtedy będziemy nabierali nowych sił. Osiągnięcie odpowiedniego stanu ciała i umysłu w medytacji wiąże się podobnie jak w jakimkolwiek innym treningu z odpowiednią regularnością i systematycznością.

Korzyści

Takie ćwiczenia zdecydowanie zbyt często bywają pomijane w treningu. A to właśnie dzięki regularnej medytacji można rozwinąć  w grze w koszykówce takie elementy jak:

-lepsza umiejętność obserwacji piłki

-lepszy przegląd pola gry (u zawodnika rozgrywającego)

-lepsza koncentracja przy zbieraniu piłki z tablic (u centra)

-lepsza umiejętność wypracowywania dobrych pozycji do rzutu

-lepsza umiejętność kozłowania piłki i pewniejszego jej utrzymywania (tak zwany sprawniejszy ball-handling)

-skuteczniejsze wykonywanie rzutów osobistych (nie wyprowadzą nas ze skupienia i koncentracji podczas wykonywania rzutu inne bodźce na boisku i poza boiskiem)

Zawodnik, który potrafi „być tylko tu i teraz” jest lepiej skoncentrowany na tym co akurat dzieje się na boisku, dzięki czemu jego wkład w grę jest zdecydowanie bardziej pełny. Taki zawodnik może przysłużyć się znacząco do tego, aby wygrać mecz.

Jakie jeszcze korzyści płyną z regularnego medytowania? Otóż regularne praktykowanie ZEN wspomaga pracę układu oddechowego i nerwowego, a także wspomaga umysł. Zen daje nam coś, co przydaje się nie tylko w grze w koszykówkę, ale także w życiu: umiejętność świadomego uczestniczenia w nim.

W jaki sposób i w jakich miejscach można jeszcze praktykować ZEN?

Mówi się, że wszędzie. Można medytować w domu, w pustej hali, ale także na przykład w parku, lub na łonie natury. Świetnie praktykuje się ZEN w lesie. Wystarczy po prostu stanąć na chwilę i przez kilka minut spokojnie oddychając wpatrywać się w drzewa. Może wydawać się to dziwne i trudne do zrealizowania (bo zwykle trudno tak po prostu patrzeć w drzewa przez kilka minut nie robiąc niczego innego), ale to właśnie przynosi później świetne rezultaty w czasie gry w koszykówkę.

Zen a Chrześcijaństwo

Wiele osób może w tym momencie stanąć w opozycji do tego co napisałem wyżej, bowiem może mieć błędne przekonanie, że praktykowanie ZEN koliduje z Chrześcijaństwem i naszą religią, którą w Polsce jest Katolicyzm. ZEN bowiem pochodzi ze Wschodu i jest powiązany z buddyzmem. Według mnie nie jest jednak prawdą, że ZEN koliduje z tym czego nauczał Jezus. We wszystkich religiach jest przecież jeden i ten sam Bóg. ZEN jest więc czymś, co pochodzi od Boga i nie powinno stanowić zagrożenia dla religii, którą wyznajemy. Ważne jednak aby umieć odpowiednio podejść do praktykowania medytacji.

Czym jeszcze jest ZEN?

ZEN jest po prostu umiejętnością obserwacji i bycia w tym co nas otacza w chwili obecnej. Dobry przykład to ten, w którym osoba, która wsiada do autobusu wchodzi do niego, siada na siedzeniu i od razu wyjmuje z kieszeni swój telefon. Wtedy nie wiadomo czy w tym momencie jedzie autobusem, czy może czyta informacje w Internecie, lub być może jeszcze rozmawia z kimś na portalu społecznościowym. Osoba taka robi wtedy kilka rzeczy na raz. A w ZEN nie chodzi o to.

ZEN polega na tym aby doświadczać w pełni chwili obecnej i delektować się nią. Kiedy jedziemy autobusem to jedźmy autobusem, kiedy idziemy drogą to idźmy drogą, kiedy spacerujemy po parku, to spacerujmy po parku, kiedy jedziemy na rowerze, to jedźmy na rowerze, kiedy czytamy książkę, to czytajmy książkę, kiedy piszemy lub rysujemy, to rysujmy. Nie róbmy niczego innego poza tym co w danej chwili robimy. Bądźmy tylko w tej danej chwili. W pełni.

W sporcie właśnie tak przecież jest, że kiedy gramy w meczu, to nie myślimy o niczym innym, jesteśmy tylko i wyłącznie skoncentrowani na danym momencie gry. Właśnie o to przecież chodzi trenerom i zawodnikom, o to aby być w pełni skupionym na swojej grze, prawda?

Znane osoby ze środowiska koszykarskiego praktykujące ZEN i medytację

W środowisku koszykarskim, szczególnie w koszykówce zza oceanu jest wiele osób, które praktykują, lub praktykowały w czasie swojej kariery zawodowej medytację. Takim zawodnikiem jest np. Robert Parish, który dzięki swoim ćwiczeniom oddechowym i ruchowym (Tai-Chi) był aktywnym sportowcem, który karierę zawodową na parkietach ligi NBA zakończył dopiero mając 43 lata. O jego medytacjach możecie zresztą przeczytać tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/06/09/medytacje-roberta-parisha/

Kolejnym znanym koszykarzem, który z kolei uprawiał jogę jest Kareem Abdul-Jabbar. On również do bardzo dojrzałego wieku utrzymywał swoje ciało w dobrej kondycji właśnie dzięki uprawianiu jogi i medytacjom.

Kto jeszcze? Phil Jackson, który w czasie swojej zawodowej kariery grał między innymi w New York Knicks.  W latach 90-tych XX wieku będąc trenerem drużyny Chicago Bulls doprowadził ten zespół do zdobycia kilku tytułów mistrzowskich trenując wtedy Michaela Jordana, Scottiego Pippena i nieokrzesanego Dennisa Rodmana. Później zdobywał jeszcze tytuły mistrzowskie jako trener Los Angeles Lakers będąc trenerem drużyny, w której zawodnikiem był Kobe Bryant. Phil Jackson również praktykuje ZEN i medytację.

 

Jak widać więc coś w tym musi być, że regularne medytowanie może być przydatne w sporcie. Warto więc zastanowić się nad tym, czy skorzystać z medytacji i wprowadzić ten element do treningu mentalnego. Korzyści może być wiele. Najważniejsze to jednak odpowiednie podejście do tego tematu. Wszystkich którzy byliby zainteresowani tym tematem zachęcam do jego dalszego zgłębiania.

 

 

 

Gra w „21”

Koszykówka to gra zespołowa, w której najczęściej gra się w systemie 5×5 na pełnowymiarowym boisku i 3×3, 2×2, lub po prostu 1×1 na połowie parkietu. Ale czy tylko? Pewnie, że nie tylko. Jest kilka gier w koszykówkę, które nie kwalifikują się do typowej rywalizacji, choć również posiadają taki element.  Gra, którą szczególnie lubię to „21” i właśnie o niej postanowiłem napisać parę słów.

 Poznałem tą grę dość dawno, będąc jeszcze nastolatkiem, jakoś w 1996 roku. Wtedy ukazywał się jeszcze w kioskach „Magic Basketball”, który co miesiąc czytałem z wielkim zapałem. W czasie wiosennych i letnich miesięcy często wpadałem na osiedlowe boisko do koszykówki, gdzie często grałem z chłopakami z klasy ze szkoły podstawowej. To właśnie tam poznałem grę w „21”. Na czym ona polega?

Zasady są proste. Nie jest to bowiem typowa gra oparta na twarde rywalizacji i walce o każda piłkę. To luźna gierka, która ma na celu nas po prostu rozluźnić i zrelaksować. O co chodzi w grze w „21”?

 Chodzi po prostu o to, aby zdobyć 21 punktów. Grać w tą grę można w dwie i więcej osób, szczerze mówiąc to liczba uczestników może być nieograniczona, wtedy gra jest jeszcze bardziej interesująca. Grę w „21” zaczynamy w ten sposób, że pierwszy z zawodników staje na linii rzutów osobistych i rzuca do kosza. Jeżeli trafi zdobywa 2 punkty i rzuca dalej. Jeżeli nie i piłka odbije się od obręczy lub od tablicy, wtedy piłkę zbiera drugi zawodnik, który stoi od początku gry pod koszem. Ten drugi zawodnik łapie odbitą piłkę i rzuca nią do kosza z miejsca, w którym ją złapał. Jeżeli złapał piłkę w okolicy półdystansu jego ewentualny celny rzut będzie liczył się jako 2 zdobyte punkty, jeżeli złapał piłkę poza linią trzech punktów, to jego celny rzut będzie liczył się jako 3 zdobyte punkty. Jeżeli natomiast złapie piłkę poza linią połowy boiska, wtedy rzuca z tego miejsca, a jego ewentualny celny rzut będzie za 4 punkty. Jeżeli więc drugi zawodnik trafi z miejsca, w którym złapał niecelnie rzuconą piłkę przez pierwszego zawodnika, to staje wtedy na linii rzutów osobistych i rzuca dalej.

Jeżeli trafi z tej linii też rzuca dalej. Rzuca dotąd, dopóki nie trafi i wtedy niecelnie rzuconą piłkę zbiera pierwszy, lub kolejny zawodnik i rzuca z miejsca, w którym ją złapał. Gra się dotąd dopóki któryś z zawodników nie zdobędzie upragnionych 21 punktów. Proste? Pewnie, że tak! Ale uwaga! Jest w tej grze pewna ważna zasada, której nie wolno ignorować. Chodzi o to, że zawodnik, który uzbierał już pewną liczbę punktów i  rzuca po raz kolejny z linii rzutów osobistych nie może rzucić niecelnie w ten sposób, że rzucona piłka nie dotknie ani obręczy, ani tablicy. Co wtedy? Otóż wtedy jego liczba zdobytych wcześniej punktów jest redukowana do…zera! Warto więc rzucać za każdym razem tak, aby nie doprowadzić do sytuacji, w której piłka zostanie rzucona zbyt lekko. Jeżeli jednak zdarzy się sytuacja, w której się „wyzerujemy”, wtedy zaczynamy zdobywać swoje punkty od nowa, natomiast zawodnik/zawodnicy z którymi gramy zachowują swoją zdobytą liczbę punktów i gra toczy się dalej.

 Jest też pewien nietypowy element tej gry, o którym warto wspomnieć. Przypuśćmy, że grają dwaj zawodnicy i pierwszy z nich ma zdobytych 20 punktów, a drugi ma tych punktów 19. Pierwszy zawodnik staje na linii rzutów osobistych i rzuca. Nie może rzucić wtedy po prostu do kosza, aby zdobyć swoje punkty, ponieważ jeżeli trafi, to jego liczba punktów „zeruje” się i z 20 zdobytych wcześniej punktów zrobi się znowu 1, ponieważ zdobędzie 2 punkty, czyli z 20 zrobi się 22, czyli…1. Zawodnik ten będzie miał tylko 1 punkt. A w grze w „21” jak sama nazwa wskazuje chodzi o to, aby zdobyć dokładnie 21 punktów. A więc zawodnik, który ma zdobytych 20 punktów i rzuca z linii osobistych jest w sytuacji niekorzystnej i powinien w tym momencie rzucić piłką tak, aby nie wpadła do kosza. Najlepiej aby rzucił piłkę jak najmocniej o tablicę, lub o obręcz, aby odbiła się możliwie jak najdalej w ten sposób, aby drugi zawodnik nie mógł złapać jej w możliwie bliskim obręczy miejscu. Chodzi po prostu o to, aby miał utrudnione zadanie i nie wygrał meczu z pierwszym zawodnikiem, bo jeżeli ten drugi zawodnik ma już 19 zdobytych punktów, to wystarczy mu jeden celny rzut z półdystansu i wygrywa gierkę.

Wydaje mi się, że opisałem grę w „21” w na tyle jasny sposób, że wszyscy z Was zrozumieją o co chodzi. Założę się też, że większość z Was zna tą grę doskonale, ale mimo wszystko może jest jakaś niewielka liczba osób, które grę w „21” chętnie poznają i będą w nią chętnie grać w celach tylko i wyłącznie rekreacyjnych.

Gra w „21” to luźna gierka, która naprawdę może pomóc nam się zrelaksować na przykład po ciężkim w dniu w pracy i jeżeli chcemy trochę porzucać, ale nie mamy akurat chęci na typową koszykówkę, to gierka w „21” jest w tym momencie idealna na taki relaksujący rozruch. To również świetna gra dla nieco starszych osób, które zdecydowanie w koszykówkę nie grają, ale również chcą się trochę koszykarsko rozruszać i poczuć przez chwilę jak Michael Jordan 😉

Gra w „21” to również świetna gra rodzinna, dla ojców z młodszymi i starszymi synami, dla mam z córkami, dla dziadków i babć z wnukami i tak dalej… Grajcie więc w koszykówkę i cieszcie się nią na wszelkie możliwe sposoby.

Hala czy boisko?

Koszykówka to taka fajna gra, że można w nią grać zarówno na boisku jak też w hali. Wiosną i latem najlepiej gra się na boiskach typu „Orlik” i w parkach przy pięknej pogodzie w promieniach słońca pośród kwitnących drzew. Jesienią, kiedy pogoda się już trochę psuje i częściej niż rzadziej pada deszcz i robi się po prostu zimno najlepiej jest przenieść się na halę i tam cieszyć się grą.

  Ja lubię grać w koszykówkę gdziekolwiek, nieważne czy jest to boisko czy hala. Choć gra sprawia mi radość wszędzie, to przyznam, że nie zawsze jest tak, że akurat mam chęć na grę w hali. Postanowiłem więc podzielić się z Wami spostrzeżeniami dotyczącymi tego jakie są różnice w grze w hali i na boisku. Czy rzeczywiście nie jest to takie istotne gdzie gramy? Gdzie lepiej rozwijamy swoje umiejętności i swoją grę? A więc: hala czy boisko?

Swoje pierwsze kroki w poznawaniu koszykówki pewnie jak większość z Was stawiałem grając na zwykłym asfaltowym boisku osiedlowym. To właśnie tam uczyłem się jak rzucać i w jaki sposób kozłować piłką. Tam też, na tym surowym asfaltowym boisku uczyłem się pierwszych niezdarnych zwodów i crossoverów. Boiska osiedlowe mają jednak to do siebie, że nawierzchnia którą są pokryte to zwykły asfalt, który jest twardy. Nie jest więc najlepszą rzeczą dla naszych kolan, aby grać na nim zbyt intensywnie. Twarda nawierzchnia to na dłuższą metę zguba dla naszych stawów. Lepiej więc na asfalcie cieszyć się grą raczej tylko wtedy, kiedy możemy sobie zrobić trening rzutowy, niż rozgrywać na takiej nawierzchni mecze.

Pewnie, że fajnie jest od czasu do czasu pograć w parku pośród zieleni i śpiewających ptaków, ale jeżeli boisko takie nie posiada innej nawierzchni niż zwyczajny asfalt, to nie podchodźcie wtedy zbyt poważnie do gry i nie angażujcie się w nią w stu procentach. Wasze kolana naprawdę wolą grę na nawierzchni miększej. Jaka to nawierzchnia?

Miększą nawierzchnią dysponują boiska szkolne. Takie boiska to najczęściej typowe „Orliki” z jasno-brązowym lub pomarańczowym kolorem nawierzchni. Grając na takich boiskach zdecydowanie odczujecie, że Wasze zwody są pewniejsze, a kozłowanie zyskuje na dokładności. Gra na takim boisku to naprawdę już trochę inny świat. Na boiskach szkolnych najczęściej też tablice i obręcze konstrukcji do gry w koszykówkę są w lepszym stanie niż w parkach i posiadają też siatki przy obręczach, dzięki czemu rzuca się łatwiej. Poprawia się dzięki temu widoczność obręczy przy rzutach z dystansu. Spróbujcie porzucać do obręczy bez siatki i z siatką. Różnicę zauważycie od razu.

 Na takich szkolnych boiskach świetnie można rozwinąć też swoje umiejętności w panowaniu nad piłką i kozłowaniu. Nawierzchnia typu „Orlik” nadaje się wręcz idealnie do tego, aby nie tylko na takim boisku rzucać, ale również uczyć się kozłowania i panowania nad swoim ciałem w czasie gry.

Skakanie na takiej nawierzchni jest bezpieczniejsze, bowiem jest ona miększa i nasze kolana i stawy nie są tak przeciążone podczas skoków jak przy skakaniu na zwykłym asfalcie. Nawierzchnia na szkolnych boiskach jest miększa i gra na niej to sama przyjemność.

Na boiskach typu „Orlik” można naprawdę nauczyć się gry w koszykówkę i poprawiać wciąż swoje umiejętności choćby podczas zwykłych gierek 1 x 1. Wiosną i latem szkoły najczęściej otwierają swoje boiska w godzinach popołudniowych i wszyscy chętni (także dorośli) mogą z nich korzystać. Warto więc doceniać takie możliwości, ponieważ to już na szczęście nie te czasy, kiedy boiska zamykano przed ludźmi i nie wpuszczano tam nikogo. Wtedy często i gęsto zdarzało się, że amatorzy gier sportowych musieli wchodzić na boiska wspinając się przez siatkę otaczającą szkołę, a później nie raz salwować się ucieczką przez rozzłoszczonym dozorcą szkolnym. Na szczęście tamte czasy minęły i dziś każdy amator sportu może z powodzeniem z boisk szkolnych korzystać.

Ważne jednak przy tym, aby ciesząc się grą na lepszej nawierzchni nasze obuwie też przystosowane było do gry w koszykówkę, o czym chyba nie muszę przypominać.

A jak to jest z graniem w hali? W chłodniejszych miesiącach roku nie ma często możliwości aby pograć gdzieś indziej, wiec pozostaje tylko hala. Jakie są pozytywy gry w koszykówkę w hali?

Hala to miejsce, w którym nawierzchnia również nie jest tak twarda jak asfalt, dla naszych stawów jest więc to równie dobre miejsce do gry jak boiska w szkołach. Są jednak różne hale i często różnią się one nawierzchnią. W nowych halach nawierzchnia najczęściej jest bardzo dobrej jakości i gra na niej to czysta przyjemność. Są jednak hale starsze, które nie dysponują już tak dobrą jakościowo nawierzchnią.

Zdarza się, że w tych starszych halach piłka czasami odbija się inaczej w niektórych miejscach. Szczerze mówiąc to nie wiem czym dokładnie jest to spowodowane. W każdym razie bywałem w halach, w których odbita od parkietu piłka odbijała się często niżej w okolicy linii trzech punktów, a wyżej na środku hali. Nie było to najprzyjemniejsze uczucie, bo nie panowałem wtedy nad piłką i miałem wrażenie, że nie potrafię kozłować. Na szczęście takie hale to rzadkość i z reguły parkiet do gry utrzymany jest w dobrej jakości.

Granie w hali różni się natomiast od grania na boisku najczęściej też tym, że jest po prostu głośniej. Nie jest więc czasami łatwo skoncentrować się w halach na grze tak dobrze jak na boisku. Odgłosy i okrzyki grających osób słychać bardziej i nawet otwarte okna nie zmienią tego w jakiś znaczący sposób. Jeżeli więc przed nami jakiś ważny mecz i chcielibyśmy skoncentrować się przed nim jak najlepiej, to warto wtedy przyjechać do hali trochę wcześniej. Wtedy nie ma jeszcze wszystkich osób i możemy zrobić sobie trening rzutowy w trochę większym spokoju, co pomoże nam się skoncentrować przed meczem.

Przed grą lub treningiem w hali najlepiej jest pootwierać jak najwięcej okien, aby do środka wpadało świeże powietrze. To zdecydowanie może poprawić jakość naszej gry i sprawi, że nie będzie duszno.

Nawierzchnia w halach często sprawia tez wrażenie śliskiej. Co wtedy? Dobrze jest wziąć po prostu szczotkę, położyć na niej szmatę i przetrzeć trochę parkiet. Hala to spora powierzchnia, nie jest więc najprzyjemniejszą rzeczą czyszczenie jej wtedy, kiedy akurat chcemy grać. Czasami jednak warto to zrobić, aby gra sprawiała nam później większą przyjemność.

Jak widać jest trochę różnic w jakości gry w koszykówkę w parku, na profesjonalnych boiskach i w halach. Ja zdecydowanie preferuję grę na szkolnych boiskach, ponieważ właśnie tam gra mi się po prostu najlepiej. Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, żeby dobrze się bawić. Wtedy gra sprawia przyjemność wszędzie.

 

Small Ball jest OK

http://www.facebook.com/rzutzdystansu 

Odkąd pamiętam zawsze wolałem rzucać z dystansu, lub kończyć akcje choćby rzutem z pół-haka niż wchodzić pod kosz. Kiedy grałem w koszykówkę będąc nastolatkiem bywało, że wchodziłem pod tablicę i nawet nie raz zdobywałem punkty, ale zdarzało się to rzadko. Zdecydowanie wolałem rzucać. Najlepiej rzucać tak, żeby trafiać. Nie lubiłem rzutów za trzy punkty, ale z półdystansu i o ile wtedy mój arsenał działań w ofensywie to były tylko i wyłącznie właśnie rzuty z półdystansu, o tyle dziś kiedy jestem trzydziestoparolatkiem rzuty z daleka to dla mnie przede wszystkim te zza linii trzech punktów. Wolałem rzucać wtedy i wolę rzucać teraz. Rzucanie piłką do obręczy z dystansu było po prostu dla mnie fajniejsze. Dokładnie tak jest do tej pory.

Kiedy oglądałem mecze NBA w latach 90-tych wszyscy fascynowali się grą pod tablicami, przepychaniem się łokciami i fantazyjnymi dwutaktami. Były jeszcze wsady do kosza i do dziś pamiętam ten, który wykonał Kobe Bryant w konkursie wsadów podczas All-Star Weekendu w 1997 roku. Był to jego pierwszy sezon w lidze i Bryant popisał się dwutaktem z przełożeniem piłki pod nogą w czasie lotu, po czym wykonał solidny „dunk”. To było coś niezwykłego.

Dzisiaj, dokładnie dwadzieścia lat później koszykówka wygląda już nieco inaczej. Mniej jest gry pod tablicami, a więcej na obwodzie. Wiele osób ten styl gry bardzo zachwala, a z drugiej strony jest spora grupa fanów koszykówki, która taką grę krytykuje. Pierwsi twierdzą, że rzut zza łuku wreszcie się rozwinął i nie jest tylko niewielką częścią tej gry. Wreszcie można zobaczyć, że niemożliwe naprawdę jest możliwe kiedy koszykarze trafiają do obręczy niemal z połowy boiska. Drudzy z kolei uważają, że taka gra nie jest już fizyczna, nie ma w tego typu grze już takiego elementu rywalizacji, który był wcześniej. Kto ma rację?

Według mnie pomimo tego, że panuje obecnie w koszykówce era small-ball, która polega na grze opartej na bardzo częstym konstruowaniu akcji mających na celu zdobycie punktów zza łuku, to nadal koszykówka jest grą fizyczną. Nadal to gra, w której wiele jest elementów twardej, nieustępliwej walki, przepychanek pod tablicami i tego typu zagrań. Nie przekonają mnie opinie Charlesa Barkleya, dla którego obecna gra w koszykówkę to gra dla mięczaków, nie przekonają mnie hejterzy Stephena Curry’ego, którzy twierdzą, że w rzucie z dystansu nie ma walki, elementów rywalizacji i twardej gry. To nieprawda.

Charles Barkley zapomniał już chyba o tym, że kiedy on grał na parkietach NBA obok niego biegali tacy zawodnicy jak Mahmoud Abdul-Rauf, Steve Kerr, Reggie Miller (ten to miał rzut!) , czy ojciec Stephena, Dell Curry. Była więc już wtedy spora rzesza graczy, których wizytówką był właśnie rzut z dystansu, a nie siłowa gra pod tablicami.

Gracie w koszykówkę? Myślę, że duża część z Was zapewne tak. Zastanówcie się, czy podczas gry, kiedy kozłujecie piłkę gdzieś w okolicy łuku i zamierzacie minąć swojego obrońcę szybkim crossoverem, lub w jakikolwiek inny sposób, to czy kiedy to robicie nie czujecie elementu rywalizacji? Czy kiedy mijacie obrońcę i przepychacie się bliżej tablicy lub linii osobistych, aby później nie wchodzić dalej pod kosz, tylko w odpowiednim momencie podskoczyć i wykonać rzut w kierunku obręczy, to nie używacie do tego siły? Używacie. Obrońca, który Wam w tym przeszkadza również używa do tego siły i tak samo jak Wy jest zmęczony. A więc jednak jest w koszykówce opartej na rzucaniu z dystansu element fizyczności i rywalizacji.

Wiele osób twierdzi, że rzuty z dystansu zmieniły koszykówkę na niekorzyść, ale ja się z tym twierdzeniem nie zgadzam. Rzuty z dystansu po prostu koszykówkę ubarwiły. Dały więcej możliwości wykazania się na boiskach tym niższym zawodnikom, którzy kiedyś byli zwyczajnie dyskryminowani. Nie dawano im większej szansy faworyzując tych wyższych. Właśnie przez to koszykówka stała się powszechnie znaną „grą dla wysokich ludzi”, co moim zdaniem nie wyszło jej na dobre. Pewnie, że przydałoby się, żebyś miał więcej niż metr pięćdziesiąt jeżeli chcesz coś osiągnąć w tej grze, ale umówmy się, jeżeli nie wyglądasz jak LeBron James to i tak jest OK.

Większość osób woli jednak pograć w piłkę nożną. Po pierwsze dlatego, że to najbardziej popularna gra zespołowa na świecie, a po drugie może właśnie dlatego, że ludziom ta gra wydaje się po prostu łatwiejsza. Trzeci powód to może właśnie ten związany ze wzrostem. Większość woli piłkę nożną, ponieważ „są za niscy”. Efektem tego, przynajmniej w Polsce jest to, że koszykówka znajduje się dziś nadal w niszy wśród sportów drużynowych.

Ta sytuacja bardzo zmieniła się w latach 90-tych, kiedy w Polsce zaczęto transmitować mecze ligi NBA, a w kioskach ukazywały się pisma takie jak „Magic Basketball”, i „Pro Basket” w których można było o NBA poczytać i nasz kraj ogarnął szał koszykówki. Ale trwało to tylko kilka lat. Jest mimo wszystko lepiej, dzięki temu również, że mamy w najlepszej koszykarskiej lidze świata naszego rodaka, Marcina Gortata, który co prawda pierwszym Polakiem w NBA nie jest, bo byli przecież przed nim Cezary Trybański, który zaczynał w Memphis Grizzlies, oraz Maciej Lampe, który grał w Phoenix Suns. Ale to Marcinowi Gortatowi naprawdę udało się osiągnąć coś więcej w koszykówce za oceanem. To właśnie znacznie przyczyniło się do większego zainteresowania koszykówką w naszym kraju. Nadal jednak to nie jest jeszcze to miejsce, które koszykówka jako sport mogłaby osiągnąć w Polsce.

Jest natomiast Small-Ball. Znienawidzona przez wielu era small-ballu tak naprawdę nie odbiera koszykówce elementów rywalizacji, finezji, czy fizyczności. Przyczynia się raczej do tego, że więcej niższych osób może zasmakować tej gry i spróbować swoich sił na boiskach. I nieważne gdzie to robi: w meczach zawodowej koszykówki, w ligach amatorskich, w parkach, czy po prostu na szkolnych boiskach. Ważne, że więcej osób może spróbować w koszykówce swoich sił, nauczyć się tej gry, która tak bardzo rozwija nie tylko fizyczną, ale także mentalną sferę człowieka.

Era Small-Ballu dodała koszykówce jeszcze więcej barw. Według mnie jest więc zdecydowanie OK.

 

 

Wiosenne granie czas zacząć!

Słońca co dzień jest coraz więcej, dnia przybywa, robi się coraz cieplej, a parki powoli zaczynają robić się coraz bardziej pełne uśmiechniętych ludzi. Wiosna nadeszła! Wraz z nią zaczyna się jak co roku wiosenne granie i znów będziemy mieli więcej możliwości aktywnego spędzania wolnego czasu i co za tym idzie- więcej gry w koszykówkę.

Wraz z możliwościami jakie daje wiosna, my możemy postawić sobie nowe cele. Jakie one mogą być? To oczywiście cele związane z polepszeniem naszej gry. Wszyscy z Was, którzy grają w koszykówkę systematycznie, zapewne znają doskonale swoje atuty na boisku. Znacie też zapewne swoje wady. Wiosna to czas, w którym mamy lepsze możliwości ku temu, aby trochę ulepszyć swoją grę.

Jeżeli jesteście dobrzy w zbieraniu, wejściach na kosz i kozłowaniu, ale swoich rzutów w czasie meczów nie oddajecie na takiej skuteczności jaka byłaby dla Was satysfakcjonująca, możecie czas wiosenny przeznaczyć na doskonalenie właśnie tego elementu gry. Wystarczy trochę częściej wyjść na boisko (a wiosna to moment, który zdecydowanie temu sprzyja) i porzucać przez kilkadziesiąt minut do kosza na okolicznym boisku.

Jak doskonalić rzuty?

To proste. Warto podczas takiego indywidualnego treningu rzucić na przykład 50 razy z lewej i z prawej krawędzi boiska (najlepiej zza linii trzech punktów), 50 razy z półdystansu z lewej i z prawej strony kosza, oraz 50 razy z linii osobistych. Po kilku takich treningach z pewnością zauważycie postęp w swoich rzutach i poczujecie większą moc rzutową, a co najważniejsze uwierzycie w siebie na boisku jeszcze bardziej. A jak wiecie wiara w siebie i w swoje możliwości to dla koszykarza rzecz pierwszorzędna.

A może jesteście dobrzy w rzucaniu, a gorsi w zbieraniu? Przydałby się wtedy trening w zbieraniu piłki spod kosza.

Jak doskonalić zbiórki?

Aby udoskonalić swoją grę w zbieraniu piłki z tablicy warto przyjść na boisko w większej grupie i przećwiczyć wspólnie ten element gry. Najłatwiejszą metodą jest chyba taki pomysł:

Osoba, która chce udoskonalić się w zbiórkach staje pod koszem w okolicy linii osobistych, natomiast za nią staje nasz kolega, lub koleżanka. Nasz znajomy rzuca piłką o tablicę w taki sposób, aby nie trafić w obręcz, po czym my musimy po prostu zebrać odbitą o tablicę piłkę. Świetnie byłoby gdyby za nami ustawiło się kilka osób, które piłkę będą rzucać raz po raz, abyśmy utrzymali stosunkowo szybkie tempo w zbieraniu piłek z tablicy. Nauczymy się wtedy lepszej koncentracji i zwinności w zbieraniu. Będziemy po jakimś czasie również szybsi. Im więcej takich niecelnie rzuconych piłek zbierzemy w czasie naszego treningu, tym bardziej polepszymy swoje zdolności również w kwestii oceny tego, w które miejsce poleci odbita od tablicy piłka. Po jakimś czasie nauczymy się tego tak, że wystarczy, że będziemy tylko śledzić ruch rotacyjny rzuconej piłki przez zawodnika z przeciwnej drużyny, a już będziemy wiedzieli gdzie się ustawić, żeby piłkę złapać i co ważne- zaliczyć zbiórkę. Nasz instynkt dodatkowo nam w takiej ocenie pomoże. Taką zdolność oceny tego gdzie się dokładnie ustawić, aby zebrać rzuconą piłkę posiadał Dennis Rodman, który jak zapewne wiecie był królem zbiórek w czasie swojej gry między innymi dla Chicago Bulls pod koniec lat 90-tych.

Mógłbym dalej pisać tu o doskonaleniu poszczególnych elementów gry w koszykówkę, ale wierzę, że sami również macie świetne pomysły co do tego typu treningów doskonalących inne aspekty gry. Wrócę więc do wątku wiosennego i tego ile radości znów daje nam, koszykarzom i koszykarkom wiosenny okres.

Jak pisałem wcześniej do parków i na boiska przychodzi coraz więcej ludzi i coraz więcej chętnych do gry. Wiosną lubię przejść się do parku popołudniu, wtedy gdy słońce nie grzeje już tak mocno i powietrze jest trochę przyjemniejsze. Wtedy gra sprawia największą przyjemność. Rzucamy piłką w okolicznym parku najczęściej z moim synem, który gra z miesiąca na miesiąc coraz lepiej. Kiedy ostatnio przyszliśmy trochę pograć i zaczęliśmy nasz mecz, Przemek rozpoczął grę i zanim zdążyłem się obejrzeć już rzucił pierwsze punkty na 100% skuteczności. Serio J Swoją 100% skuteczność rzutową utrzymał co prawda tylko w pierwszej minucie naszego meczu, ale mimo wszystko ucieszyłem się, kiedy zobaczyłem ten rzut. Mój syn przed meczem nie oddaje kilkunastu rzutów rozgrzewkowych, w przeciwieństwie do mnie. Ja muszę zawsze się odpowiednio rozgrzać. Tym bardziej zadziwił mnie tym swoim pierwszym wiosennym celnym rzutem w naszym ulubionym parku.

Często wpadamy też z kumplem na okoliczne boisko w parku, lub przy szkole i gramy nasze bardziej zaawansowane gierki 1×1. Wtedy trenujemy też często rzuty z dystansu. Czasami przyjdą też jakieś inne osoby, które zaczną rzucać na drugim koszu. Wtedy po jakimś czasie zapraszamy ich do gry, lub to oni nas zapraszają i gramy pełną parą! Kiedy tak gramy w promieniach wiosennego słońca i pośród coraz bardziej zielonych drzew wokół, wszystko na te kilkadziesiąt chwil staje się dla nas po prostu koszykówką.

Korzystajcie więc z wiosennych chwil na boiskach w parkach, bo chyba tam wiosną gra się najprzyjemniej i doskonalcie swoją grę, aby być coraz lepszymi zawodnikami. Ale nie tylko. Koszykówka kształtuje przecież także naszą osobowość i to najczęściej w pozytywny sposób. Warto więc korzystać z wiosny na wszelkie możliwe koszykarskie sposoby.

 

 

 

Trening zręcznościowy w koszykówce

Koszykówka jest sportem, w którym oprócz takich elementów gry jak skuteczne rzucanie do obręczy, czy umiejętność zrobienia dwutaktu, zasłony, ustawienie się w odpowiednim miejscu w czasie gry, odpowiednia obrona, czy umiejętność wejścia pod kosz, ważne jest także kozłowanie. Umiejętność panowania nad piłką to podstawowa rzecz w koszykówce.

Aby stać się dobrze kozłującym zawodnikiem, który dysponuje ważną w koszykówce zręcznością trzeba więc trenować ten element gry jak najczęściej. Warto przyjść czasem na boisko kiedy nie ma na nim zbyt wielu osób, a czasem najlepiej nawet kiedy nie ma tam nikogo i jest więcej miejsca. Świetną rzeczą byłoby gdybyśmy wzięli ze sobą wtedy nie jedną, ale dwie piłki. Po co nam dwie piłki? Z jedną piłką możemy zrobić kilka ćwiczeń, które pomogą nam opanować lepiej kozłowanie. Z dwoma piłkami natomiast można wykonać już trochę bardziej zaawansowane ćwiczenia, które udoskonalą naszą zręczność jeszcze bardziej.

Ćwiczenia z jedną piłką mogą wyglądać następująco:

-bieg z piłką wzdłuż boiska z kozłowaniem jedną ręką

-bieg z piłką wzdłuż boiska z kozłowaniem lewą i prawą ręką na przemian

-bieg z piłką wzdłuż boiska z wykonaniem zwodu raz w prawo, raz w lewo

-bieg z piłką od jednego kosza do drugiego z przekozłowaniem co chwilę piłki pod nogami

Napisałem wcześniej, że warto byłoby wziąć na nasz trening dwie piłki. Ćwiczenia z dwoma piłkami mogą wyglądać w ten sposób:

-marsz z dwoma piłkami wzdłuż boiska ze spokojnym kozłowaniem dwoma rękoma

-bieg z dwoma piłkami wzdłuż boiska z dynamicznym kozłowaniem dwoma rękoma

Są też ćwiczenia trochę bardziej zaawansowane takie jak:

-marszobieg z dwoma piłkami od jednego kosza do drugiego z przełożeniem co jakiś czas piłek z jednej ręki do drugiej

-kozłowanie piłek dwoma rękoma w pozycji kucznej z przełożeniem co jakiś czas piłek z jednej ręki do drugiej

-bieg z  piłkami wzdłuż boiska z kozłowaniem dwoma rękoma i zmianą kierunku biegu

Zręcznościowy trening w koszykówce może być wykonywany nie tylko piłkami do koszykówki. Warto wziąć ze sobą także piłki do tenisa. Co można zrobić z piłkami do tenisa na boisku do koszykówki?

Można przyjść z drugą osobą i spróbować wykonać ćwiczenie, które do treningu zręcznościowego pasuje idealnie. Jest to proste ćwiczenie, które jednak może na początku sprawiać trochę trudności. Jeżeli jednak wykażemy się cierpliwością, z pewnością opanujemy to ćwiczenie w niedługim czasie do perfekcji. Jakie to ćwiczenie?

Wygląda to w ten sposób, że stajemy naprzeciwko siebie z osobą nam towarzyszącą. Każdy z nas ma w ręku po dwie piłki do tenisa. W lewej ręce trzymamy jedną piłkę, a prawą ręką rzucamy w tym samym momencie do siebie drugą piłkę do tenisa tak, aby w momencie lotu piłek przełożyć piłkę z naszej lewej ręki do prawej, po czym lewą ręką złapać  piłkę rzuconą w naszym kierunku przez kolegę. Piłka, która do nas leci musi zostać złapana. Niełatwe? A może nawet trudne? Tym lepiej! W tym ćwiczeniu chodzi właśnie o to, aby stopień trudności był trochę wyższy. W ten sposób świetnie możemy opanować takie cechy jak:

-koncentracja, która w koszykówce jest bardzo ważna

-zręczność

-współpraca (na niej przecież opiera się gra w koszykówkę!)

Trening zręcznościowy możemy uatrakcyjnić jeszcze takimi elementami jak:

-bieg z kozłowaniem piłki do tenisa wzdłuż boiska raz lewą, a raz prawą ręką

-bieg z kozłowaniem piłki do tenisa wzdłuż boiska z podskokiem co jakiś czas

-marsz z kozłowaniem piłki do tenisa z wykonaniem zwodu raz w lewo, a raz w prawo (tak, dobrze przeczytaliście, to jest bardzo dobre ćwiczenie).

Żonglerka to również bardzo dobre ćwiczenie, które może pomóc nam doskonalić nasz chwyt piłki. Warto wziąć więc też dwie, lub trzy piłki do tenisa i przez kilka minut pożonglować nimi. Ćwiczenie z żonglowaniem piłek jest bardzo dobre na koncentrację i umiejętność chwytania piłki.

Na zakończenie naszego treningu zręcznościowego można również trochę się rozluźnić wykonując ćwiczenia z piłką do tenisa przy tablicy. Ćwiczenia przy tablicy mają nauczyć nas jeszcze lepszej koncentracji. Są to następujące ćwiczenia:

-rzut piłką do tenisa o tablicę lewą ręką i złapanie piłki po odbiciu od tablicy ręką prawą

-rzut piłką do tenisa o tablicę prawą ręką, zrobienie w tym czasie obrotu, po czym złapanie piłki ręką lewą

-rzucanie raz lewą, raz prawą ręką piłek do tenisa o tablicę i łapanie ich.

Można też wykonać ćwiczenie z piłkami do tenisa przy tablicy z drugą osobą, które polega na tym, że:

-stajemy obok siebie i każdy ma swoją piłkę do tenisa, po czym na okrzyk rzucamy piłki do tenisa o tablicę w poprzek, tak żeby po odbiciu się od niej piłka leciała w kierunku naszego kolegi stojącego obok, który musi piłkę złapać.

Wbrew pozorom niektóre z tych ćwiczeń są niełatwe i można się po kilkunastu próbach zniechęcić. Ale nie zniechęcajcie się! To ważne, żeby mimo wszystko próbować opanować ćwiczenia zręcznościowe z piłkami do tenisa, ponieważ później możemy mieć z tego same korzyści. Jakie? Cóż, spróbujcie wykonać ćwiczenia, które opisałem wyżej. Kiedy po dłuższym treningu piłkami do tenisa weźmiecie do ręki piłkę do koszykówki, zobaczycie jak łatwo jest Wam nią kozłować i jaka ona jest duża! Zauważycie jak łatwo idzie Wam kozłowanie piłką do koszykówki w porównaniu z tym co jeszcze przed chwilą robiliście z piłkami do tenisa.

Prawda, że łatwo? Ja też tak myślę. Właśnie o to chodzi w treningu zręcznościowym. Nie jest on może najprzyjemniejszy, ale naprawdę pomaga w późniejszym panowaniu nad piłką. Po treningu zręcznościowym, który możecie wykonać przecież nawet tylko raz na jakiś czas, na przykład raz na tydzień będziecie grać w koszykówkę jeszcze lepiej. I właśnie tego Wam życzę, abyście byli coraz lepszymi koszykarkami i koszykarzami.

 

Tai-Chi jako źródło pozytywnej energii dla koszykarza

http://www.facebook.com/rzutzdystansu

Od jakiegoś czasu szukam inspiracji do tego, aby wciąż poprawiać swoją grę nie tylko poprzez samo trenowanie koszykówki, ale także poprzez inne możliwe sfery rozwoju fizycznego i mentalnego. Szukam bardzo często różnych dróg i możliwości, które mogą mnie przybliżyć do stopniowego i systematycznego odkrywania takich źródeł, które korzystnie wpływają nie tylko na ciało, ale także na umysł. Dzięki temu poznałem jakiś czas temu Tai Chi i przyznam szczerze, że owoc moich poszukiwań okazał się strzałem w dziesiątkę.

tai-chi-best-man-2

Tai Chi jest gimnastyką medytacyjną, polegającą na wykonywaniu płynnych i harmonijnych ćwiczeń ruchowych które korzystnie wpływają na organizm człowieka. Od jakiegoś czasu i ja staram się regularnie ćwiczyć ten starożytny system ćwiczeń ruchowych i dlatego właśnie postanowiłem napisać coś więcej o tym, czym w zasadzie dla mnie Tai Chi jest. Czy wszyscy, którzy grają w koszykówkę powinni zabrać się za uprawianie tej formy ćwiczeń w celu poprawy i ulepszenia swoich możliwości w grze w koszykówkę?

Tai Chi powstało w XI wieku w Chinach i jest zarówno chińską sztuką walki, jak również ćwiczeniami ruchowymi mającymi wiele wspólnego z gimnastyką medytacyjną ciała i umysłu mającą na celu poprawę funkcjonowania organizmu. Ten system ćwiczeń ruchowych, który powstał w Chinach jest nie tylko sztuką walki, ale również ćwiczeniami zdrowotnymi zakorzenionymi w tradycji taoistycznej. Tradycja ta słynie z kultywowania sztuk zdrowia i długowieczności.

tai-chi-best-man-4

Napisałem kiedyś artykuł o Robercie Parishu i jego medytacjach https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/06/09/medytacje-roberta-parisha/ i przyznam szczerze, że tematem zainteresowałem się od razu. Parish będąc zawodnikiem Boston Celtics jeszcze latach 80-tych ubiegłego stulecia regularnie medytował przed każdym meczem i oprócz tego uprawiał właśnie Tai Chi. Robert Parish grał zawodowo w koszykówkę bardzo długo, bowiem swoją karierę koszykarską zakończył mając 44 lata. Parish w wielu wywiadach twierdził, że to, co pozwoliło mu grać tak długo, to z pewnością właściwa dieta, odpowiednia ilość snu i systematyczne uprawianie Tai Chi.

Pozytywna energia

Regularne ćwiczenie dowolnego stylu Tai Chi pomaga nam stworzyć samemu pozytywną energię. Być może niektórym wyda się to nieco dziwne, ale ja podczas ćwiczeń z każdą minutą czuję się coraz lepiej, mogę nawet powiedzieć, że po 25 minutowym treningu czuję się szczęśliwszy niż tuż przed nim. Być może wpływ na to ma naturalne wytwarzanie serotoniny, czyli hormonu szczęścia, który wytwarza nasz organizm podczas wysiłku fizycznego. Ale w Tai Chi jest jeszcze pewna istotna rzecz, mianowicie uważa się, że każdy człowiek posiada naturalną energię, która płynie przez ciało. Podczas wykonywania ćwiczeń Tai Chi energia ta jest odblokowywana jeszcze bardziej i przepływa przez nasze ciało jeszcze swobodniej.

Jak poznawać Tai Chi?

Tai Chi nie wymaga od nas wiele oprócz tego, żeby regularnie wykonywać ćwiczenia zawarte w tym systemie, które już poznaliśmy i w miarę możliwości poszerzać swoją wiedzę na temat nowych ćwiczeń. Po co poszerzać swoją wiedzę w tym zakresie?

Wiedza na temat Tai Chi potrzebna nam jest, abyśmy znali możliwie jak najszerszą gamę ćwiczeń, których w podstawowym stylu Tai Chi jest naprawdę bardzo wiele. Dzięki temu, że zapoznamy się z większą gamą ćwiczeń będziemy mieli możliwość dopasowania ich do siebie i swoich możliwości.

Tai Chi posiada naprawdę bardzo szeroką gamę różnego rodzaju ćwiczeń, które mają swoje nietypowe nazwy, takie choćby jak: „Biały żuraw rozwija skrzydła”, „Odganianie małpy”, „Czesanie grzywy dzikiego konia”, „Łapanie wróbla za ogon”, czy „Granie na lutni”.

Są zarówno dłuższe i krótsze formy Tai Chi i istnieje wiele styli. Na przykład w stylu Yang mamy dokładnie 88 ćwiczeń (kroków) do opanowania, ale są też rozwinięte wersje tego stylu, w których kroków jest niekiedy nawet ponad 100. My natomiast możemy wybrać takie ćwiczenia z wybranego stylu Tai Chi, które będą nam potrzebne tylko do tego, aby po opanowaniu ich mogły przysłużyć się nam do poprawy gry w koszykówkę. W ćwiczeniach takich najważniejsze wydaje się być rozciąganie mięśni. Ja do tej pory nauczyłem się tylko nieco ponad dwudziestu a i tak z reguły wykonuję tylko 10 do 15 ćwiczeń z jednego, podstawowego stylu.

tai-chi-best-man-3

Co nam daje Tai Chi?

Regularne uprawianie Tai Chi pomaga nam się zrelaksować, a także rozciągnąć trochę zmęczone po treningu, lub dłuższej grze mięśnie. Ćwiczenia zawarte w Tai Chi są zresztą tak skonstruowane, aby pozytywnie wpływały na nasz organizm nie tylko fizycznie, ale także psychicznie.  Regularna gimnastyka poprawia bowiem naszą gibkość, zwinność, ale również uspokaja nasz umysł. Powolne ruchy, które wykonujemy w trakcie treningu wpływają pozytywnie na nasze myśli i mogą naprawdę również trochę uspokoić. Dzięki systematycznemu uprawianiu tych ćwiczeń ja czuję się silniejszy, spokojniejszy i być może nawet trochę młodszy.

Co jest jeszcze istotne? Warto powiedzieć może jeszcze o tym, że aby regularnie uprawiać Tai Chi wystarczy nam około 20 lub 30 minut dziennie na trening. Ćwiczenia możemy wykonywać zarówno w pokoju w domu, lub w mieszkaniu, jak również na powietrzu, na przykład w parku. Warto wtedy jednak znaleźć jakieś spokojniejsze i bardziej ciche miejsce, aby móc dobrze skoncentrować się na wykonywanych ćwiczeniach.

Tai Chi a koszykówka

 Tai Chi u kogoś, kto gra w koszykówkę może rozwijać również instynkt, czujność, refleks i co ważne- równowagę, co zdecydowanie przydaje się podczas gry. Efekty ćwiczeń zawartych w systemie Tai Chi można odczuć już po kilkunastu sesjach treningowych, ale te największe korzyści z uprawiania dowolnego stylu Tai Chi odczuwa się dopiero po kilku miesiącach w miarę regularnych ćwiczeń. Ja na przykład jestem przekonany, że dzięki Tai Chi poprawiłem zdecydowanie swój rzut z półdystansu, koncentrację i umiejętność spokojnego oddychania podczas biegania po parkiecie lub po boisku w czasie meczów.

tai-chi-kosz-3

Na parkiecie jestem bardziej opanowany i spokojny, myślę też, że poprawiłem swoje koszykarskie IQ, bowiem lepiej orientuję się na przykład w tym gdzie mam się ustawić, jak bronić zawodnika z piłką i kiedy starać się być w centrum akcji, a kiedy po prostu sobie odpuścić. Tai chi z pewnością uczy równowagi i to nie tylko w sensie fizycznym, ale też psychicznym. Tai Chi pomaga zmysłom lepiej pracować, co z kolei pozytywnie wpływa przy okazji gry w meczach koszykówki.

Ćwiczenia te świetnie wpływają też na układ mięśniowy i oddechowy. Tai Chi doskonali nasze ciało i umysł i pozytywnie wpływa na nasz organizm. Jesteśmy bardziej skoncentrowani, rozluźnieni i silniejsi, co zdecydowanie może przydać się każdemu kto regularnie gra w koszykówkę.

Jak się uczyć Tai Chi?

Na samym początku poznawanie Tai Chi może okazać się trochę niełatwe, niektóre ćwiczenia bowiem są naprawdę skomplikowane. Jest jednak sporo dostępnych książek o tym jak się uczyć Tai Chi i swoją wiedzę można pogłębiać  nie tylko poprzez czytanie fachowej literatury, ale także poprzez naukę z dostępnych na YouTube kanałów na których instruktorzy pokazują jak wykonywać poszczególne kroki.

Mam nadzieję, że zachęciłem Was do poznania Tai Chi.  Każdy kto gra w koszykówkę i uprawia jakąkolwiek inną dyscyplinę sportu z pewnością może dzięki Tai Chi rozwinąć nie tylko swoją kondycję fizyczną, ale także mentalną, do czego Was wszystkich zachęcam.

 

 

 

Rzucający obrońca nie jest „soft”

Miałem okazję usłyszeć i przeczytać ostatnio sporo komentarzy na temat tego, jakim to „mięczakiem” jest zawodnik, który pełni rolę rzucającego obrońcy w drużynie koszykarskiej. Właśnie dlatego postanowiłem, że napiszę parę słów o tym dlaczego rzucający obrońca w koszykarskiej drużynie odgrywa bardzo ważną, a nawet wręcz kluczową rolę i co najważniejsze, bynajmniej nie jest mięczakiem, który potrafi tylko rzucać z dystansu.

 Sporo słyszy się ostatnio o „nowej erze koszykówki”, która w większości opiera się na stylu gry nazwanym „small ball”. Gra w stylu small ball jak pewnie wszyscy z Was wiedzą polega głównie na tym, żeby największą rolę w drużynie  odgrywali zawodnicy rzucający z daleka. Ci zawodnicy mają za zadanie dostarczać punkty swojej drużynie nie poprzez siłowe wjazdy pod kosz przeciwnika i przepychanki pod tablicą, a bardziej poprzez znalezienie się w odpowiedniej pozycji na parkiecie, która umożliwiłaby w miarę swobodny rzut i zdobycie punktów z dalszej odległości od kosza. Najlepiej przy tym jeszcze, żeby ci zawodnicy oddawali swoje rzuty zza linii trzech punktów i robili to tak, aby były one celne.

rzucajacy-obronca-blog

Przykładem tego typu zawodników w lidze NBA są niżsi i raczej drobniej zbudowani zawodnicy, tacy choćby jak: Stephen Curry z Golden State Warriors, DJ Augustin z Orlando Magic, Seth Curry z Dallas Mavericks, Ish Smith z Detroit Pistons, Jeff Teague i Aaron Brooks z Indiany Pacers, Austin Rivers z LA Clippers, czy Isaiah Thomas z Boston Celtics. Jest też Jamal Crawford z LA Clippers. Wymieniać można by tak jeszcze długo. W każdym razie wszyscy oni zdecydowanie najczęściej widoczni są na obwodzie, aniżeli gdzieś w okolicach pomalowanego pola i jest to jasna sprawa, biorąc pod uwagę ich wzrost (nie mają zwykle więcej niż 190 cm) i gabaryty (nie ważą zwykle więcej niż 75-80 kg).

Pojawiają się teorie, że rzucający obrońca nie musi posiadać wysokiego koszykarskiego IQ. Według mnie to nieprawda. Teorie te głównie oparte są na tym, że rzucający obrońca nie rozgrywa piłki, a więc nie musi zbyt wiele myśleć na parkiecie. Choć taki zawodnik może być niższy (podobnie jak rozgrywający), to teoretycznie nie musi dbać o rozprowadzanie piłek, rozciąganie gry, odpowiednie konstruowanie akcji od samego początku i przede wszystkim nie musi dysponować odpowiednim przeglądem pola (to robi przecież rozgrywający). Cóż, nie zgadzam się z tym a przykładem rzucającego obrońcy, który potrafi rozgrywać niech będzie choćby James Harden.

Zostawmy jednak na chwile NBA w spokoju i zajmijmy się koszykówką w bliższym dla nas wydaniu, czyli tą amatorską. Gdziekolwiek nie grałby rzucający obrońca (czy to w USA, czy na szkolnym boisku) to musi on przecież znać się na takich podstawowych elementach gry jak to gdzie się ustawić i jak bronić zawodnika, którego kryje. Musi też mieć rozwinięty instynkt i wiedzieć kiedy rzucać, a kiedy lepiej nie, a przede wszystkim musi wykazać się takim instynktem w obronie i mieć bardzo dobrze rozwinięte zdolności związane z odpowiednim „wyczuciem” piłki przy wykonywaniu rzutów na przykład zza łuku. Takich zdolności nie musi posiadać na przykład rozgrywający. Rozgrywający nie musi mieć „celownika”, bo przecież nie oczekuje się od niego rzucania z dystansu. Kto w drużynie potrafi celnie rzucać oprócz rzucającego obrońcy? Kto dysponuje takim rzutem z półdystansu jak właśnie rzucający obrońca? Kto potrafi tak kozłować i ma taki ballhandling? Silny skrzydłowy? Center? Zdecydowanie nie.

rzucajacy-obronca-blog-3

Każdy więc pełni na parkiecie swoją rolę i nie wolno tu umniejszać atutów rzucającego obrońcy w jakikolwiek sposób.

Zawodnicy tacy grają nie tylko w NBA, bowiem koszykarzy mierzących około 185 cm i ważących około 75 kg jest cała masa i takich graczy spotykam na przykład w czasie meczów w amatorskiej lidze koszykówki w moim mieście. Jest więc nas całe mnóstwo i mówię „nas”, ponieważ ja również przy swoim wzroście 180 cm i wadze nawet poniżej 70 kg pozwoliłem sobie zaliczać siebie do tego typu zawodników, czyli do rzucających obrońców. Jeżeli gram, to na pozycji rzucającego obrońcy. Dlaczego akurat na tej pozycji? Cóż, pod koszem niewiele bym zdziałał z racji swojej postury, a poza tym ja po prostu lubię być obrońcą i rzucać z daleka (choć kiedyś tego nie lubiłem). Serio. Jaram się, kiedy jestem w obronie i bronię określonej strefy przed zawodnikiem z piłką tak samo, jak wtedy kiedy stoję na obwodzie w ofensywie i czekam na podanie, aby w dogodnym dla siebie momencie rzucić piłkę z dystansu w kierunku obręczy.

nad-obrecza-zdjecie-hala

  Wiecie co? Rzucający obrońca musi wykonać kawał solidnej pracy nad sobą, żeby móc być w tym na tyle dobry, żeby jego rzuty były celne. Na tyle celne, żeby trafić na indywidualnym treningu  25-30 rzutów na 50 (to akurat znów o mnie).  W większości jednak trafiam raczej średnio około 20-23/50. Nie jestem więc aż tak świetnym rzucającym zawodnikiem, ale staram się.

A teraz trochę moich osobistych spostrzeżeń co do gry rzucającego obrońcy. Mogę się też pochwalić, a co tam. Miałem kiedyś 100% skuteczności w meczu w ciągu 5 minut gry. Rozegrałem właśnie taki mecz w maju 2016 roku. Dlaczego tylko w ciągu 5 minut? Co z resztą minut? Cóż, reszty minut nie było. Nie było, ponieważ grałem w tym meczu właśnie tylko te 5 minut. Czy gdybym grał dłużej moja skuteczność rzutowa wciąż wynosiłaby 100%? Pewnie nie.

Kolejny przykład. Trening, luźna gierka 5×5. Biegam po parkiecie od czterech, może pięciu minut. Jak do tej pory mam tylko 1 asystę na swoim koncie i nie miałem piłki w rękach w ofensywie. Kiedy jestem w obronie i  bronię swojej strefy i zawodnika z piłką, atakująca nas drużyna nie zdobywa punktów, ale to akurat nie ja przechwyciłem piłkę. Starałem się natomiast być bardzo aktywny w obronie swojego zawodnika. Kolejna akcja, znowu w obronie. Zawodnik z piłką przede mną kozłuje, robi jeden zwód, drugi, ale bronię tak, że nie udaje mu się podać do innego zawodnika z jego drużyny, ani też wejść pod kosz, lub znaleźć się na czystej pozycji do oddania rzutu. Podaje więc nieprecyzyjnie i moja drużyna znowu przejmuje piłkę. Biegnę wtedy na prawe skrzydło (kiedy atakujemy na kosz drużyny przeciwnej) i otrzymuję podanie stojąc na linii trzech punktów. Patrzę przed siebie, skaczę i rzucam. Trafiam. 3 punkty. Po około minucie znów otrzymuję piłkę na linii rzutów za trzy. Robię to samo, ale tym razem nie trafiam, a w kolejnej akcji w ofensywie piłka trafia w moje ręce, kozłuję przez chwilę, rozglądam się i podaję na prawe skrzydło do centra, który po dwutakcie i pewnym wejściu pod kosz zdobywa punkty. Zaliczyłem asystę. Po około 10 minutach gry schodzę z boiska. Mam na koncie 3 punkty i 2 asysty na skuteczności rzutowej 50%. To fakty, nie wymysły.

Możecie pomyśleć, że:

a)to nic wielkiego, to zdobycie tych 3 punktów i 2 asyst przez 10 minut gry, albo, że

  1. b) chwalę się i mieć gdzieś te przechwałki, lub pomyśleć, że
  2. c) zdobycie 3 punktów i 2 asyst przy 50% skuteczności rzutowej to już „coś” biorąc pod uwagę też to jak skutecznie zagrałem w obronie.

Ale ja nie podałem tych przykładów po to, żeby się chwalić. Napisałem o nich po to, żeby coś przekazać. Czy zawodnik mierzący 180 cm i ważący 64 kg grający co prawda przez niewiele minut, ale na niezłej skuteczności rzutowej wynoszącej w wyżej podanych przykładach odpowiednio 100% i 50% może być nazwany przymiotnikiem soft? Czy taki zawodnik może być nazwany miękkim, jeżeli w obronie sprawdza się bardzo dobrze, bowiem kiedy przebywa na parkiecie drużyna przeciwna po przeprowadzonych akcjach ofensywnych daje radę przez około 10 minut gry umieścić piłkę w koszu w 2,3 akcjach na 7? Myślę, że nie.

 Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bynajmniej naprawdę nie dlatego, żeby się  czymkolwiek chwalić. Nie. Pokazałem te konkretne przykłady i napisałem akurat o sobie, ponieważ jest mi najłatwiej przedstawić wartość rzucającego obrońcy ze swojej perspektywy.

rzucajacy-obronca-blog-2

Wracamy do początku. Napisałem, że usłyszałem sporo komentarzy na temat tego jakimi mięczakami są rzucający obrońcy. Wiele osób na forach portali koszykarskich pisze o tym, jakim to mięczakiem jest na przykład Stephen Curry. Ci z Was, którzy ogarniają temat wiedzą o co chodzi. Piszą o tym, że nie poradził sobie w Finałach 2016 roku i jest „done”, że potrafi tylko rzucać z daleka. Spora grupa osób pisze też, że taka „small ballowa” koszykówka to gra dla mięczaków, którzy nie mają siły. Każdy ma prawo mieć swoje zdanie i w porządku. Ale ja nigdy nie zgodzę się z takimi stwierdzeniami, że koszykówka oparta na rzucaniu z dystansu i bronieniu to koszykówka dla mięczaków i że tylko gra twarda, oparta na pewnych wejściach pod kosz to prawdziwa gra, taka jak trzeba! Tak twierdzi wiele, naprawdę wiele osób.

Nie zgadzam się z tym, bo według tych teorii wspomniani wcześniej zawodnicy tacy jak Ish Smith, czy Aaron Brooks, James Harden lub Austin Rivers byliby soft. Dla mnie moi drodzy to kompletna bzdura. Bo czy Austin Rivers, który w meczu swojej drużyny LA Clippers z Orlando Magic rozegranym 14 grudnia 2016, zdobywając 25 punktów i trafiając 7 razy na 10 za „trzy” prowadząc swoją drużynę do zwycięstwa może być nazwany mięczakiem? Czy mięczakiem jest Aaron Brooks, który w meczu rozegranym 26 grudnia pomiędzy Indiana Pacers a Chicago Bulls dał solidnego bloka pod koszem wyższemu od siebie o 30 centymetrów Robinowi Lopezowi zaliczając jednocześnie przy tym przechwyt? Wątpię.

Wszyscy, którzy mają 180 cm i ważą niewiele ponad 70 kg wiedzą doskonale ile wysiłku trzeba włożyć w to, żeby w czasie 1,5 godzinnego treningu rzucić 200-250 razy z dystansu. Ile trzeba mieć pary w mięśniach, żeby rzucić w tym czasie na przykład 150 razy za trzy. Bo sorry, ale trochę mieć trzeba. I co najważniejsze, ile trzeba mieć wyczucia, żeby przynajmniej 40% z tych rzutów wpadło do kosza.

Wszystko to, czyli efektywność i skuteczność takich zawodników w ataku (celne podania, dobry kozioł i przegląd pola gry, oraz celne rzuty), a także efektywność w obronie (odpowiednia postawa i umiejętność zastawiania zawodnika z piłką, bronienie dostępu w swojej strefie i drogi pod kosz, umiejętność przechwycenia piłki, dobry refleks, blokowanie podań i nawet zwykłe machanie rękoma w celu przeszkadzania aby atakujący zawodnik z piłką nie miał jak wykonać rzutu) składa się na niewątpliwie dużą wartość zawodnika pełniącego rolę rzucającego obrońcy w drużynie koszykarskiej. Taki zawodnik może być niezwykle przydatny w grze, jeżeli oczywiście odpowiednio się jego zdolności wykorzysta. Taki zawodnik nigdy nie będzie soft i nazywanie właśnie takim przymiotnikiem rzucających obrońców jest błędem.

Zdecydowanie bardziej więc pasowałoby nazywanie takich zawodników przymiotnikiem strong. Już sama logika podpowiada, że niscy gracze, którzy biorą udział w grze przystosowanej bardziej dla wysokich i silniejszych to ludzie, którzy ze swoich braków potrafią stworzyć potencjał. A potencjał to możliwość. Bardziej niż soft są więc smart i strong. Prawda?

 

 

 

 

 

Gortat i Wall nadal grają razem

Pamiętacie początek tego sezonu NBA? Washington Wizards rozpoczęli go od bilansu 2-8 w pierwszych dziesięciu meczach, aby pod koniec listopada dojść do 6 wygranych i 11 przegranych. W drużynie nie kleiło się wiele rzeczy i nawet Marcin Gortat powiedział dziennikarzom, że „mają najgorszą ławkę w całej lidze NBA”, za co oczywiście otrzymał reprymendę od trenera. W dalszej części sezonu powstrzymywał się już od komentarzy i dziennikarzy nawet unikał.

 A później zaczęły się pojawiać plotki dotyczące jego ewentualnego transferu do innego klubu…

Jeżeli mam być szczery, to ja chętnie zobaczyłbym Gortata w koszulce innego klubu. Jeżeli ktoś jest ciekawy dlaczego, to odpowiem po prostu, że uwielbiam transfery w NBA! Poza tym byłaby to jakaś zmiana i nasz rodak, z którego powinniśmy być dumni mógłby być może osiągnąć coś jeszcze w swojej i tak już bardzo barwnej i bogatej koszykarskiej karierze. A z pewnością może coś więcej niż II runda Play-Offs, gdzie kilka sezonów temu dotarł właśnie z Wizards.

gortat-blog

Gdzie Marcin Gortat mógłby powalczyć na przykład o awans do Finału Konferencji? Kiedy o tym myślałem, to od razu zobaczyłem Gortata ze swoją „13” na koszulce w San Antonio Spurs. Wydaje mi się, że pasowałby do systemu gry Popovicha. Oprócz tego pod względem swojego wieku i doświadczenia koszykarskiego idealnie wpasowałby się w drużynę z Teksasu.

W jakim klubie jeszcze mógłby grać Marcin Gortat? Nie wiem. Może w Oklahomie? Transfer Gortata za Stevena Adamsa mógłby być OK… Może Indiana Pacers? Al Jefferson średnio spisuje się tam w tym sezonie, ale szczerze mówiąc, to naprawdę nie mam pojęcia gdzie Marcin Gortat mógłby jeszcze grać  i w sumie to nie chciałbym już dalej drążyć tego tematu, ponieważ póki co sytuacja w klubie z Waszyngtonu zmieniła się trochę na lepsze i forma Marcina Gortata również wskoczyła na wyższy poziom. Nasz rodak zaczął grać coraz lepiej i na dowód tego można przedstawić jego kilka najlepszych występów z początku tego sezonu.

W listopadzie najlepsze występy Gortata, to:

-przegrany mecz przeciwko Chicago Bulls (12 listopada), w którym zdobył 18 pkt, 14 zbiórek, 2 asysty i 1 blok

-przegrany mecz przeciwko Miami Heat (19 listopada), w którym zdobył 10 punktów, 16 zbiórek, 4 asysty i 5 bloków)

-wygrany mecz przeciwko Phoenix Suns (10 punktów, 13 zbiórek, 1 asysta i 1 blok), oraz

– przegrany mecz przeciwko drużynie z Oklahomy (12 punktów, 11 zbiórek, 2 asysty i 1 blok)

W grudniu sytuacja w drużynie zaczęła się jednak poprawiać, pomimo plotek dotyczących Johna Walla. Spekulowano, że być może będzie chciał on zmienić drużynę i przenieść się na przykład do Sacramento Kings, gdzie stworzyłby duet wspólnie ze swoim dobrym znajomym z drużyny z college’u, De Marcusem Cousinem. Przyznam, że nawet ja zajarałem się wtedy zmianą koszulki przez Johna Walla i myślałem, że w sumie to Cousins i Wall naprawdę mieliby szansę stworzyć coś wyjątkowego w Sacramento, ponieważ według mnie pasują do siebie koszykarsko i w jakiś sposób też mentalnie. Wall i Cousins grali bowiem razem jako studenci i do dziś są dobrymi znajomymi.

Plotki te jednak przestały być brane na poważnie, kiedy drużyna z Waszyngtonu zaczęła grać lepszą koszykówkę co przełożyło się na zdecydowanie lepsze wyniki i poprawę bilansu. W grudniu Wizards wygrali 10 meczów przegrywając tylko 5 i drużyna osiągnęła bilans 16-16.

Warto tu wspomnieć o świetnej postawie Marcina Gortata, który w grudniu unikał mediów i wywiadów i skoncentrował się po prostu na grze, co przełożyło się na jego naprawdę świetną grę. Były to mecze:

-przegrany mecz z San Antonio Spurs (2 grudnia), w którym zdobył 21 punktów, 18 zbiórek, 2 asysty i 2 bloki

-wygrany mecz z Brooklyn Nets (5 grudnia), w którym zdobył 10 punktów, 12 zbiórek, 2 asysty i 2 bloki

-wygrany mecz z Charlotte Hornets (14 grudnia), w którym zdobył 16 punktów, 12 zbiórek, 2 asysty i 1 blok)

-przegrany, ale tylko 2 punktami 105:107 mecz z Indiana Pacers (19 grudnia), w którym zdobył 21 punktów i 13 zbiórek

-wygrany mecz z Chicago Bulls (21 grudnia), w którym zdobył 14 punktów,  11 zbiórek i 2 asysty

Były także wygrane mecze przeciwko Indiana Pacers i Brooklyn Nets, w których Marcin Gortat odpowiednio zdobywał:

-13 punktów, 16 zbiórek i 4 asysty (przeciwko Indiana Pacers), oraz

-19 punktów i 13 zbiórek przeciwko drużynie z Brooklynu.

W grudniowych meczach Marcin zdecydowanie grał lepiej i realizował na parkiecie założenia ustalone przez trenera drużyny z Waszyngtonu. W kilku meczach zagrał naprawdę jak prawdziwy lider drużyny i swoją postawą pomógł kolegom w zwycięstwach. Aktualnie drużyna z Waszyngtonu ma bilans 16-18 i plotki co do ewentualnych wymian Gortata lub Walla ucichły. Drużyna chce walczyć i tą chęć walki pokazuje w każdym meczu.

Co do Johna Walla, to warto wspomnieć, że przed początkiem sezonu przebąkiwał coś o tym, że jest niezadowolony ze swojego aktualnego kontraktu wartego 80 mln $. W wywiadach wspominał coś o tym, że jego kolega z drużyny, Bradley Beal tego lata podpisał kontrakt na ponad 100 mln $, a przecież to nie Beal jest liderem drużyny z Waszyngtonu, tylko właśnie John Wall. Być może gdzieś tam Wall poczuł się niedowartościowany, później jednak w wywiadach podkreślił, że to bzdura jakoby miałby być zły na działaczy klubu ze stolicy USA na to, że dali większe pieniądze jego koledze z drużyny. Były też plotki o tym, że na parkiecie, a także poza nim Wall i Beal nie za bardzo potrafią się dogadać.

john-wall-rysunek

Wszystko to sprawiło, że pojawiało się wiele sygnałów o możliwym rozwiązaniu drużyny z Waszyngtonu i ewentualnej przebudowie. Bilans 6-11, który zanotowali zawodnicy Wizards w pierwszym miesiącu rozgrywek też nie był optymistyczny.

Sytuacja jednak zmieniła się na lepsze i teraz Wizards na czele z Johnem Wallem (który zdobywa średnio 23.5 pkt, 10 asyst, 4 zbiórki i 3 przechwyty na mecz) i Marcinem Gortatem (11.5 pkt, 12.0 zbiórek i 1 blok na mecz w tym sezonie) grają lepiej. Czy jednak na tyle lepiej, aby dalej grać razem i wspólnie poprowadzić tą drużynę do Play-Offs w tym sezonie?

Co będzie dalej i jak będzie wyglądała gra „Czarodziejów” z Waszyngtonu tego nie wie nikt. Widać jednak, że coś się zmieniło na lepsze i jest szansa na poprawę. Być może więc w trakcie okienka transferowego, które już w lutym klub ze stolicy USA wzmocni się jeszcze jakimś wartościowym zawodnikiem i wymieni kogoś z aktualnego składu drużyny? Kto to będzie? Być może Trey Burke, który spisywał się jak do tej pory przeciętnie (5 pkt, 1 asysta i 0.5 zbiórki na mecz), choć zanotował świetny występ w grudniowym meczu z Brooklyn Nets, w którym zdobył 27 punktów, 2 zbiórki i 2 asysty trafiając 10 z 12 rzutów z pola i mając 100% skuteczność zza linii trzech punktów (trafił rzutów na 5 prób!) Może warto więc jeszcze dać szanse temu zawodnikowi na wykazanie się.

 Pojawiały się plotki, że Wizards są zainteresowani rzucającym obrońcą Willem Bartonem z Denver Nuggets, który w tym sezonie zdobywa średnio 13.6 pkt, 2.7 zbiórki i 4.7 asysty na mecz i jest znaczącym zawodnikiem w drużynie z Denver, która być może będzie chciała się przebudować. A więc kto wie, być może Wizards powalczą jeszcze o odzyskanie honoru i swojej pozycji w konferencji wschodniej.

Póki co więc Marcin Gortat i John Wall grają razem i nie zanosi się na transfer któregokolwiek z tych zawodników do innego klubu. Zobaczymy jak będzie wyglądała gra Wizards w styczniu. Dalsza część tego sezonu zapowiada się więc ciekawie, może nawet równie ciekawie jak rysunki mojego syna, które dorzucam do tego artykułu. Kilka lat temu, kiedy Przemek miał sześć lat narysował Marcina Gortata. Kilka dni temu natomiast narysował sobie Johna Walla. Progres w kresce jest zdecydowany! Być może taki właśnie progres zanotuje też drużyna z Waszyngtonu na czele z naszym rodakiem, czego im właśnie życzę.