Pełnia sezonu letniego

http://www.facebook.com/rzutzdystansu 

Lato w pełni. Wreszcie słońca jest co dzień tyle ile trzeba, żebyśmy grali w koszykówkę kiedy tylko mamy chęć do gry. Nie musimy już czekać na lepszą pogodę, albo na to aż przestanie wiać, padać deszcz, lub aż dzień będzie dłuższy.  Może z tym deszczem to przesadziłem, bo czasami rzeczywiście popada, ale zdecydowanie przez większą część letnich dni pogoda jest dla nas idealna do tego, aby grać w naszą ulubioną grę.

Jestem ciekaw czy nauczyliście się czegoś nowego w ciągu wiosennych miesięcy? Czy poprawiliście jakieś elementy swojej gry, aby latem już być bardziej pewnym siebie w trakcie gierek na boiskach? Czy dodaliście do swojej gry jakieś nowe rzeczy? Jeżeli jeszcze nie, to korzystajcie z lata i spróbujcie. Macie sporo dni na to, aby być jeszcze lepszymi koszykarzami i koszykarkami.

Ja muszę przyznać, ze wiosną trenowałem jak zwykle rzuty z dystansu. Cóż, chcę rzucać coraz lepiej i co najważniejsze coraz celniej. Bez trenowania tego elementu gry nie będę lepszym rzucającym. Ale oprócz prób poprawiania swojego rzutu, starałem się także znaleźć trochę czasu na to, aby zacząć lepiej panować nad piłką podczas kozłowania. Zacząłem więc ćwiczyć po prostu kozłowanie piłki raz lewą, raz prawą ręką, a także proste przekozłowywanie mojego wysłużonego Spaldinga z jednej do drugiej ręki.  Nie chcę się chwalić (naprawdę!), ale wydaje mi się, że kozłuję lepiej niż jeszcze zimą i na początku wiosny.

Poprawiłem trochę chwyt piłki i panowanie nad nią, można powiedzieć, że jestem z piłką oswojony jeszcze lepiej niż jakiś czas temu.  To ważne i cieszę się z tego, ponieważ nie ukrywam, ze zależy mi tym, aby stale poprawiać ten element gry. Choćby ze względu na to, że nigdy nie byłem w kozłowaniu i panowaniu nad piłką zbyt dobry. Serio. Właśnie dlatego chcę wciąż starać się poprawiać grę z piłką i właśnie trening z kozłowaniem piłki samemu jest czymś nad czym chciałbym dalej koncentrować się podczas wypadów na boisko.

Poprawiłem trochę swoją grę na koźle, ale to nie wszystko. Próbuję też ostatnio ćwiczyć crossovery. Tyle, że nie zależy mi na ćwiczeniu tego zwykłego ominięcia przeciwnika w czasie gry poprzez zamarkowanie zwodu w prawo, lub w lewo i przekozłowania piłki z ręki do ręki. Próbuję nauczyć się tego crossovera z przekozłowaniem piłki pod nogą, a następnie wykonania rzutu lub wejścia pod kosz. To ten, który często robił kiedyś Allen Iverson, a wciąż robi go co jakiś czas Derrick Rose. Przyznam, że dla mnie ćwiczenie tego elementu na samym początku było dość trudne i miałem dać sobie spokój, ale po jakimś czasie zauważyłem u siebie poprawę w licznych próbach wykonywania tego zwodu. W tym momencie ćwiczę go dalej. Nie ukrywam, ze naprawdę ucieszyłem się, że daję radę. Na razie póki co próbowałem wykonać ten crossover tylko kilka razy w luźnych gierkach 1×1. Z różnym skutkiem. Może za kilka tygodni będzie już na tyle nieźle, że z pełną swobodą zrobię to w czasie jakiegoś meczu? Mam nadzieję, że właśnie tak będzie.

*

 A teraz temat z innej beczki. Obserwuję ostatnio w mediach sytuację Przemka Karnowskiego i jego prób otrzymania oferty od któregoś z klubów NBA. Mam szczerą nadzieję, że pomimo tego, że został pominięty w Drafcie przez managerów klubów z najlepszej koszykarskiej ligi na świecie, to da radę spełnić swoje marzenie. Przemek to przecież nasz rodak i to jest świetne, że próbuje dalej. Prawdziwi twardziele nigdy się nie poddają! Nasz Przemek (bo chyba mogę powiedzieć, że nasz, prawda?) jest prawdziwym fighterem i dowodem na to może być choćby fakt, że po drafcie od razu zgłosił się do ligi letniej i w barwach Charlotte Hornets próbował pokazać wszystkim swoją wartość na parkiecie. Nie udało mu się co prawda to wszystko tak jakby tego sobie pewnie życzył, ale nie otrzymał zbyt wielu minut do gry. Nie miał więc zbyt dużej możliwości pokazać wszystkiego co by chciał. Ale właśnie to Przemka zmobilizowało do jeszcze cięższej pracy i po rezygnacji z gry w barwach Charlotte Hornets od razu spróbował swoich sił w kolejnych meczach ligi letniej, tyle, że tym razem w barwach Orlando Magic. I co? Poszło mu świetnie w meczu przeciwko New York Knicks, w którym udowodnił swoją wartość. Zdobył 14 punktów i 5 zbiórek przez 25 minut gry i pokazał się ze znacznie lepszej strony. A już w kolejnym meczu w koszulce Orlando Magic nasz rodak po prostu szalał na parkiecie! Zdobył 20 punktów, 9 zbiórek i 3 asysty i co najważniejsze pokazał na co go naprawdę stać w meczu przeciwko Charlotte Hornets, od których jeszcze kilka dni wcześniej nie otrzymał szans na dłuższą grę. Trafił 6 na 9 rzutów z gry i wszystkie rzuty z linii osobistych. Był to ostatni mecz Przemka Karnowskiego w lidze letniej i możemy już tylko czekać na to czy otrzyma zaproszenie od jakiejś drużyny z NBA na obóz przygotowawczy przed nowym sezonem. Oby tak było. Życzę więc Przemkowi podpisania kontraktu w NBA i tego, żeby próbował dalej. Bo najważniejsze to próbować dopóki jest szansa.

Poza tym, to w tym okresie letnim być może zmieni barwy klubowe Marcin Gortat. W sumie to chciałbym zobaczyć go w koszulce San Antonio Spurs. Wydaje mi się, że pasowałby do tej drużyny idealnie. Patrzę więc co jakiś czas na to co dzieje się na rynku transferowym i czekam też gdzie podpiszą kontrakty Derrick Rose, Brandon Jennings, oraz Iman Shumpert z Cleveland Cavaliers, który w letnich miesiącach lubi ponagrywać sobie nowe kawałki rapowe. Jeżeli jeszcze ich nie słuchaliście, a lubicie czasem posłuchać rapu to sprawdźcie jego twórczość na YouTube, bo warto.

*

 Ale żeby nie było, że oglądam tylko koszykówkę zza oceanu, co jest nieprawdą, to chciałbym pogratulować koszykarkom drużyny Ślęzy Wrocław zdobycia tytułu mistrzowskiego w Basket Lidze Kobiet. Oglądałem te mecze finałowe i przyznam, że często emocje były spore!

Szczególnie podobała mi się gra rozgrywającej i rzucającej Marissy Kastanek, która pochodzi z USA i w Ślęzie gra już od dwóch sezonów. Wcześniej grała w koszykówkę między innymi w Szwecji, w Portoryko i w Czechach. Karierę zawodową zaczynała jednak w USA.

Marissa Kastanek świetnie zaprezentowała się w pierwszym meczu finałowym z Wisłą Kraków, w którym zdobyła 16 punktów i 6 zbiórek, a później, już w meczu numer 2 zdobyła 30 punktów dla swojej drużyny. Zdecydowanie zachwycała swoją postawą i przyznam szczerze, że wcześniej nie pasjonowałem się za bardzo żeńską koszykówką.  Oglądając jednak zagrania tej koszykarki, takie choćby jak jej rozgrywanie piłki, ustawianie się w odpowiednich pozycjach do rzutu, czy po prostu samą skuteczność rzutów z gry można było naprawdę spędzić emocjonujące chwile oglądając finały Basket Ligi Kobiet.

Zwróciłem też uwagę na Zuzannę Sklepowicz, która również miała kilka naprawdę świetnych momentów gry i w drugim meczu tego finału zdobyła 10 punktów, 2 asysty i trafiając 2 rzuty na 3 zza linii trzech punktów, grając przy tym na ponad 66% skuteczności rzutów z gry.

Gratuluję wszystkim koszykarkom Ślęzy zdobycia tytułu mistrzowskiego na który w pełni zasłużyły.

Przegapiłem za to niestety mecze Play-Off w Polskiej Lidze Koszykówki mężczyzn, ale pracowałem w porach, kiedy odbywały się te mecze i na to już nie miałem czasu.

Cieszę się też, że koszykarze Legii Warszawa wywalczyli awans do najwyższej koszykarskiej klasy rozgrywkowej w Polsce. Życzę im dalszych sukcesów! Kto wie, może wpadnę na jakiś mecz w nowym sezonie?

*

  Sezon letni w pełni. W czasie obserwowania tego co dzieje się na transferowym rynku w NBA, wyjazdów w fajne miejsca, czy to nad morze, w góry, czy gdziekolwiek i luzowania się na urlopach i wakacjach nie zapominajcie o koszykówce! Grajcie coraz lepiej i cieszcie się grą w czasie letnich miesięcy.

 

 

Reklamy

Rzut osobisty

http://www.facebook.com/rzutzdystansu

Rzut osobisty w koszykówce to moment, w którym gra na kilka chwil spowalnia i wszyscy zawodnicy na parkiecie łapią przez ten czas nowe siły. Jeden z nich staje na linii rzutów osobistych, wykonuje jakiś swój rytuał z piłką, którym może być na przykład wykonanie kozłowania przed sobą, czy też podrzucenie piłki w górę, a następnie wykonany w skupieniu rzut piłką w kierunku obręczy.

 Lato natomiast to moment, w którym większość z nas ma urlopy, młodsi z nas mają upragnione wakacje i wszystko na dwa miesiące trochę zwalnia. Te właśnie dwie rzeczy, czyli element gry, którym jest rzut osobisty, oraz okres letni zainspirowały mnie do tego, aby napisać parę słów o kilku rzeczach, które na co dzień gdzieś tam są pomijane i wydaje mi się, że niewiele o nich się mówi.

 Rzut osobisty oddawany z odległości czterech metrów od kosza sprawił, że postanowiłem napisać o tym czym jest istotny element treningu, którym jest…przerwa w treningu. Dokładnie tak.  Trening w koszykówce to oczywiście podstawowy element osiągnięcia sukcesu i pewnie, że ważne jest to, aby wciąż poprawiać swoje możliwości rzutowe, sprawność w kozłowaniu, zwody, siłę, szybkość i koncentrację. Właśnie dlatego trenujemy i trenujemy.

Staramy się wciąż być coraz lepsi i wyzwalamy z siebie niesamowite pokłady energii, które są niezbędne do tego, aby grać jak najlepiej. Udaje nam się to raz lepiej, raz gorzej. Ale wciąż próbujemy. Zmęczeni, po którymś z kolei meczu, lub treningu jesteśmy zadowoleni ze swojej gry mniej lub bardziej, ale często gdzieś tam jednak nie odczuwamy pełnej satysfakcji ze swojej gry i tego co pokazaliśmy na boisku. Mówimy sobie wtedy: „no, było OK, ale następnym razem będę rzucał lepiej”, albo: „grałem dobrze, ale źle zrobiłem ten dwutakt i nie zdobyłem punktów spod kosza…”, lub: „to był nawet fajny mecz, ale nie byłem wystarczająco skoncentrowany.”

 Tego typu myśli to po prostu chęć bycia coraz lepszym, jeszcze lepszym. Można powiedzieć, że to perfekcjonizm i dążenie do doskonałości. W sporcie to bardzo ważna cecha. Szczerze mówiąc bez niej sportowiec nie jest sportowcem. Ale czy aby na pewno właśnie w tym momencie, kiedy chcemy być jeszcze lepsi, jeszcze skuteczniejsi i jeszcze bardziej podziwiani przez innych lub po prostu przez samych siebie nie powinniśmy trochę w y l u z o w a ć? Choćby po to, aby po prostu nabrać nowych sił i nowej energii.

Chwila na odpoczynek po intensywnym treningu jest równie ważna co sam trening. Pozwala zregenerować się naszemu organizmowi, odpocząć naszym stawom i mięśniom. Pozwala na odbudowanie siebie i to zarówno fizycznie jak też mentalnie. Warto po dłuższej grze znaleźć czas na to, aby po prostu odpocząć. Zawodnicy muszą odpocząć. Drużyna musi odpocząć. Złapać dystans do tego jakie wyniki osiągała w poprzednim sezonie. Do tego co trzeba jeszcze poprawić. Do tego kto grał dobrze w obronie, a kto nie. Kto lepiej rzuca, a kto więcej podaje. Trener też musi odpocząć. Każdemu należy się chwila przerwy na regenerację i złapanie nowych sił.

W czasie takiej przerwy nasz organizm rozluźnia się i stajemy się spokojniejsi. Fajnie, jeżeli damy radę gdzieś wyjechać. Wtedy odpoczywamy od codzienności, poznajemy nowe miejsca. To wszystko sprawia, że łapiemy dystans. A właśnie taki dystans jest niezbędny do tego, żeby spojrzeć na siebie i swoje osiągnięcia z dystansem i zastanowić się nad dalszymi celami. Co jest nam niezbędne do tego, żeby być lepszym? Czego potrzebujemy, żeby lepiej grać w koszykówkę? Co może pomóc nam żeby być lepszymi trenerami?

Ale nie tylko o koszykówkę tu chodzi.  Chodzi też o to, że kiedy odpoczniemy i zregenerujemy się, to ten dystans może sprawić, że po odpoczynku będziemy lepszą wersją samych siebie. A wtedy może osiągniemy w nowym sezonie lepsze wyniki? Może wtedy będziemy celniej rzucać, lepiej podawać, lub robić szybsze zwody? Może wtedy będziemy potrafili lepiej dotrzeć do naszych zawodników, aby być dla nich jeszcze lepszymi trenerami?

Jakiś czas temu po długiej przerwie od koszykówki, która trwała dobre kilka lat, wyszedłem pewnego dnia na stare boisko na moim osiedlu. To było pięć lat temu. Wziąłem swoją starą piłkę do koszykówki, poszedłem na to boisko z zardzewiałymi obręczami i zacząłem po prostu rzucać. Rzucałem tylko z linii osobistych. Przychodziłem na to boisko przez około miesiąc i z tego co pamiętam był to sierpień. Przychodziłem, wyjmowałem z plecaka swoją piłkę, stawałem na linii osobistych i rzucałem, rzucałem… Robiłem głównie tylko to. Koncentrowałem się wyłącznie na tym elemencie gry, którym jest rzut osobisty. To właśnie sprawiało, że czułem się zrelaksowany, ale skoncentrowany. Co było dalej? Tu o tym nie napiszę, bo już kiedyś napisałem. Możecie dalszą część tej historii przeczytać tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/04/17/czekajac-na-celny-rzut/

W każdym razie to przychodzenie na stare boisko i rzucanie z linii osobistych i pełen luz, który wtedy czułem doprowadziły mnie do fajnych rzeczy, którymi między innymi jest ten blog. Linia rzutów osobistych, z której oddawałem po około 50, 70, a później i więcej takich rzutów dziennie, które mnie rozluźniały sprawiła, że poczułem niesamowitą inspirację do tego, aby koszykówka znowu była jakąś częścią tego co robię na co dzień. Wtedy trochę zwolniłem, znalazłem czas na to, aby przemyśleć parę rzeczy i zacząć na nowo swoją przygodę z koszykówką.

Warto więc na moment oderwać się od wszystkiego, szczególnie w okresie letnim i być może nie rezygnować z grania w koszykówkę, która przecież również jest dla wielu z nas relaksem. Może zamiast gry w meczu wystarczy przyjść na boisko w jakimś przyjemnym miejscu i po prostu trochę porzucać? Bez presji kumpli, lub koleżanek krzyczących „podaj!” , „obrona!” czy „rzucaj!”. Zamiast tego zastąpić to wsłuchaniem się w siebie, w kozłowanie piłki, w moment kiedy po rzucie wpada w obręcz. Właśnie to może sprawić, że odkryjemy na nowo wiele ważnych, istotnych dla nas rzeczy. Może właśnie wtedy przyjdą nam do głowy nowe pomysły co do tego w jaki sposób możemy poprawić swoją grę, żeby być jeszcze lepszymi koszykarzami i trenerami? Ale niech one przyjdą do nas wtedy, kiedy jesteśmy zrelaksowani. Bez presji. Na pełnym luzie. Niech te pomysły przyjdą do nas naturalnie. Właśnie tego w okresie wakacyjnym Wam życzę.

Jak to jest być fanem Brooklyn Nets?

http://www.facebook.com/rzutzdystansu

 Pytałem ostatnio swojego psa jak to jest nosić od urodzenia barwy klubu Brooklyn Nets. Spojrzał na mnie z dziwną miną (takową zresztą robi dość często) i wtedy zrozumiałem. Niefajnie. Edmund- bo tak nazywa się mój czworonożny przyjaciel- zdecydowanie nie chciał kontynuować  wątku barw klubowych Netsów na jego futrze i dalej rozmawiać na ten temat. Nie dziwię mu się. Nets są na dnie Konferencji Wschodniej i po tym sezonie zajęli ostatnie miejsce na Wschodzie z bilansem 20-62. To już zresztą drugie z rzędu rozgrywki, w których drużyna z Brooklynu gra poniżej oczekiwań swoich fanów.

Okej…Ten nieco kuriozalny wstęp to tylko takie śmieszno-nieśmieszne preludium do tego co chciałbym napisać o fanach klubu z Brooklynu i o tym czego możemy oczekiwać w najbliższych tygodniach i miesiącach. Fanach, którzy są spragnieni zwycięstw. My, fani nowojorskiej drużyny chcielibyśmy bowiem wszyscy, żeby wreszcie coś zaczęło się zmieniać na lepsze w klubie z najfajniejszej dzielnicy Nowego Jorku.

Jak to zrobić?

Cóż, w tym sezonie na Brooklynie nie pozyskają zawodnika z pierwszych miejsc Draftu pomimo tego, że klub wylosował pierwszy wybór w loterii do tego właśnie draftu. Wybór ten bowiem przejęli Boston Celtics. Jak do tego doszło nie będę tu wyjaśniał. Musiałbym skrytykować managerów i właściciela klubu z Brooklynu, którzy w poprzednich latach w zamian za pozyskanie między innymi Kevina Garnetta i Paula Pierce’a oddali picki w drafcie. Kto chce niech sprawdzi sobie wszystko na odpowiednich stronach w necie.

Kogo mogą pozyskać Nets z dalszych miejsc w Drafcie?

W przeddraftowych mockach mówi się, że z 22 numerem w I rundzie tego draftu Nets wybiorą Terrance’a Fergusona. Ferguson to rzucający obrońca z drużyny uniwersyteckiej Adelaide, który notował średnio 4.6 pkt i 1.2 zbiórki na mecz. Nie jest więc wybitnym zawodnikiem, ale ma w sobie to coś czego być może jeszcze nie widać, a co sprawi, że za jakiś czas przy odpowiednim koszykarskim rozwoju i szlifie stałby się specem od trafień z dystansu. Ferguson jest dość chudy bo przy swoich 201 cm wzrostu wazy tylko ponad 80 kg, ale rzucający obrońca nie musi być przecież siłaczem. Ważne, żeby potrafił rzucać, znajdować sobie odpowiednie pozycje do oddawania tych rzutów no i nauczył się dobrej obrony.

Netsi mają też drugi wybór w pierwszej rundzie draftu i będą wybierać kolejnego zawodnika z 27 numerem. Kto to może być? Może silny skrzydłowy D.J. Wilson z Uniwersytetu w Michigan, który w swoim trzecim roku gry w lidze akademickiej znacząco poprawił swoją grę. Zdobywał średnio 11 punktów, 5.3 zbiórki i 1.3 asysty na mecz. A to przecież dopiero 21 latek. Mimo wszystko już potrafił pokazać na parkietach NCAA co potrafi, między innymi kiedy 1 stycznia 2017 roku zdobył 28 punktów, 14 zbiórek i 6 asyst w przegranym 83:86, ale dopiero po dogrywce meczu przeciwko drużynie Iowa State .

Nets mają też wybór w II rundzie Draftu i wybiorą kogoś z numerem 57. Nie jest więc tak źle jak to mówią z tym Draftem. Być może GM’owie Netsów dadzą radę pozyskać jakiegoś wartościowego debiutanta, który za jakiś czas rozwinie się i stanie wartościową postacią w składzie drużyny z Brooklynu.

Co z wolnymi agentami?

W necie na stronach związanych z klubem z Brooklynu można przeczytać, że GM’owie Nets są zainteresowani pozyskaniem Kentaviousa Caldwella-Pope’a z Detroit Pistons. Zawodnik ten miniony sezon może zaliczyć do bardzo udanych. Zaliczał średnio 13.8 pkt, 2.5 asysty i 3.3 zbiórki na mecz, będąc wielokrotnie kluczowym zawodnikiem drużyny z Detroit. To dopiero trzeci sezon jego gry w NBA, a rozwija się w odpowiednim tempie i być może za jakiś czas ten rzucający obrońca będzie naprawdę zawodnikiem, którego wiele klubów mogłoby Netsom pozazdrościć. Na Brooklynie chcą podobno zaoferować mu maksymalny kontrakt, a jak wiedzą wszyscy zainteresowani NBA taki kontrakt to coś, co zdecydowanie przyciąga graczy nawet do gry w drużynach, które są na dnie ligi.

Kolejnym graczem, którego Nets mogą pozyskać w przerwie letniej jest Brandon Jennings. Ten rozgrywający zawodnik ekipy z Waszyngtonu posiada charyzmę i coś, co sprawia, że zdecydowanie pasowałby do klubu z Brooklynu. Jest twardy, nieustępliwy i ma charakter. Jako młody chłopak ogrywał się często na osiedlowych boiskach w dzielnicy Compton w Los Angeles, więc wie doskonale co to znaczy twarda gra. Mógłby sprawdzić się jako zmiennik dla Jeremy’ego Lina. Ostatnio jednak Jennings nie grał tak jak jeszcze kilka sezonów temu i jego sprowadzanie z Wizards może wydawać się trochę ryzykownym ruchem.

 Zamiast Jenningsa na pozycję rozgrywającego można byłoby sprowadzić Jeffa Teague’a z Indiany Pacers. Teague grał nieźle w swoim pierwszym sezonie w rodzinnej Indianie zdobywając średnio 15.3 pkt, 7.8 asysty i 3 zbiórki na mecz, ale nie jest wykluczone, że w przerwie letniej zmieni klub, choć jak twierdzi Indiana to jego miejsce i chciałby już tam pozostać. Teague nie zawodził w I rundzie Play-Offs i przeciwko Cavaliers w żadnym meczu nie zdobył mniej niż 15 punktów.

 Następny zawodnik, którym są zainteresowani Brooklyn Nets to Shabazz Muhammad z Minnesoty Timberwolves. Muhammad zaliczył bardzo udane tygodnie gry po Weekendzie All-Star i zdarzało się, że sypał trójkami w kilku meczach zdobywając przy tym ponad 20 punktów. Ten niski skrzydłowy, który gra także jako rzucający obrońca dobrze wiedział co robi starając się grać coraz lepiej, bowiem od lipca będzie wolnym agentem. Dzięki swojej dobrej grze podwyższył swoją wartość na transferowym rynku. Zapewne chciałby grać w drużynie, gdzie otrzymywałby trochę więcej minut. Wydaje się, że mógłby zdecydowanie przydać się w grze zza łuku i gra w Nets byłaby dla niego być może dobrą opcją, aby wreszcie pokazać swoją wartość na parkiecie.

Rudy Gay z Sacramento Kings to może być kolejne wzmocnienie składu drużyny Netsów. Gay to już weteran parkietów ligi NBA i być może spełniałby nie tylko typowo koszykarską rolę w drużynie z Brooklynu. Rudy Gay mógłby być mentorem dla młodszych zawodników. Taki gracz to często bardzo ważna postać drużyny. To ktoś, kto potrafi przemówić do innych zawodników i sprawić, żeby mieli większą wolę zwycięstwa. Ale czy aby na pewno Rudy Gay byłby do takiej roli odpowiednim zawodnikiem? Czy posiada taką mentalność? Kilkukrotnie uciekał z klubów, w których przestało mu się podobać, jak choćby z Toronto Raptors i w poprzednim sezonie będąc zawodnikiem Sacramento Kings już od rozpoczęcia sezonu mówił, że chce odejść z Kings żądając wymiany. Wymiany z jego udziałem jednak nie było i Rudy Gay pozostał w drużynie z Sacramento. Swoimi trójkami i rzutami z półdystansu mógłby jeszcze pokazać coś na parkiecie w hali Barclays Center na Brooklynie przez przynajmniej następne dwa sezony.

 Być może managerowie z Brooklynu spróbują sprowadzić Derricka Rose’a, który nie miałby daleko. W poprzednim sezonie grał w Nowym Jorku tyle, że w Knicks. Wiele osób krytykuje jego grę i twierdzi, ze to już nie ten sam zawodnik co kiedyś. Ale przecież Rose przeszedł dwie kontuzje, z których się podniósł i jeżeli potrafił w poprzednim sezonie zdobywać średnio 18 pkt, 4.4 asysty, 3.8 zbiórki na mecz mając wciąż gdzieś tam jeszcze ten swój niesamowity ciąg na kosz, to na Brooklynie mógłby naprawdę się przydać. Rose to również gwiazdor, który przydałby się w klubie z Brooklynu choćby po to, aby odświeżyć trochę klimat i nastroje wśród fanów brooklyńskiej drużyny.

Podobno na Brooklynie będą też chcieli wymienić Brooka Lopeza i jestem ciekaw kogo ewentualnie udałoby im się w zamian za niego ściągnąć. Możliwe, że byłaby to wymiana za picki w Drafcie, ale z jaką drużyną? Tego nie wie na razie nikt.

 Jest też spora szansa, że z Europy zawita niebawem do NBA Milos Teodosić, który jest objawieniem ostatnich miesięcy gry w lidze rosyjskiej  w CSKA Moskwa. Teodosić to zawodnik już w pełni dojrzały, można powiedzieć, że weteran, który jest aktualnie w swoim najlepszym okresie gry. Ten rozgrywający zawodnik, który może również grać na pozycji rzucającego obrońcy jest aktualnie obiektem zainteresowań kilku klubów z ligi NBA i chęć pozyskania go wśród menagerów poszczególnych klubów z dnia na dzień rośnie. Jako pierwsi swoją chęć pozyskania tego zawodnika wyrazili właśnie GM’owie z Brooklynu.

Szanse w nowym sezonie

Drużyna z Brooklynu nie musi być w kolejnym sezonie znów ekipą, która będzie tylko przegrywała. Szans na poprawę sytuacji należy szukać właśnie w osobach wolnych agentów, którzy mają doświadczenie w lidze i nie są „żółtodziobami” tak jak to bywa z zawodnikami przychodzącymi do ligi z college’ów. Nie jest więc może takie złe to, że Nets akurat nie pozyskają nikogo z pierwszych miejsc w tym i w kolejnym drafcie. Drużynę można przecież budować na doświadczonych wolnych agentach, którzy stopniowo w miarę poprawy gry Netsów mogą chcieć tam grać. Bo przecież Brooklyn jest w Nowym Jorku. W mieści, w którym jest wiele możliwości, szans i atrakcji, a koszykarskiego klimatu nie brakuje.

Jeżeli managerowie Nets pozyskają odpowiednich zawodników i dobiorą ich tak, żeby stanowili w miarę zgraną, lubiącą siebie nawzajem ekipę koszykarzy, to być może pojawiłaby się już w najbliższym sezonie niewielka szansa na to, aby włączyć się do walki o ostatnie miejsce premiowane awansem do Play-Offs? To oczywiście niepoprawny optymizm i klub z Brooklynu zapewne nie znajdzie się na 8 miejscu na Wschodzie, ale kto wie… W lidze nie takie rzeczy się już działy.

Fani

A jeżeli chodzi o fanów klubu z Brooklynu, takich choćby jak ja i mój pies, to cóż mogę powiedzieć…

Nasza ulubiona drużyna nie zagra być może w Play-offs przez kilka następnych sezonów i nie wybierze w Drafcie żadnego wartościowego zawodnika aż do 2019 roku. Warto jednak tu podkreślić „być może”. Bo czy na pewno nie da rady pozyskać nikogo wartościowego z 22 i 29 numerem w Drafcie tego nie da się na razie stwierdzić.

Spencer, który kiedyś zjadł batona

Pozostaje więc tylko na razie delektować się najlepszymi zagraniami Netsów z poprzedniego sezonu regularnego z odtworzeń na YouTubie. Ja na przykład niedawno wstałem, zaparzyłem herbatę i w  pewien deszczowy dzień czerwca wpisałem na YouTube „Spencer Dinwiddie best moments/season 2016/17”. Zacząłem oglądać najlepsze akcje i zagrania zawodnika z numerem „8” na koszulce drużyny Netsów.

 Spencer Dinwiddie to ten zawodnik, który kiedyś grając jeszcze w drużynie Detroit Pistons usiadł na ławce rezerwowych, a później próbował zjeść czekoladowego batonika tak, żeby nikt w wypełnionej ludźmi hali sportowej („The Palace of Auburn Hills” w Detroit) na ponad 20.000 miejsc tego nie zauważył. Ale ktoś jednak zauważył. Tym kimś był kamerzysta. Spencera delektującego się czekoladowym batonem na ławce rezerwowych zobaczył cały świat. Ja też. Możecie zresztą o tym przeczytać tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/11/28/spencer-dinwiddie-zjadl-batona/

Nieważne. W każdym razie dla mnie od tamtej pory Dinwiddie jest nie tylko zawodnikiem Netsów, którego lubię za jego grę i śmieszną sytuację z batonikiem, ale także „Czekoladowym Spencerem”, który swoich sił powinien spróbować w jakiejś reklamie słodyczy. Dziwię się, że producenci batona „Three Musketeers” jeszcze nie dali mu żadnej propozycji reklamowej lub stanowiska ambasadora ich batoników.

Ale tak bardziej serio, to lubię Spencera przede wszystkim za to, że oprócz batonów lubi koszykówkę i wciąż rozwija swoją grę dodając nowe elementy. Takie choćby jak znajdowanie odpowiedniej pozycji do oddania rzutu, czy rozegranie akcji z efektownym wejściem pod sam kosz. Rzuca częściej i rzuca celniej. W poprzednim sezonie notował  7.3 pkt, 3.1 asysty i 2.8 zbiórki w ciągu średnio 12 minut gry spędzanych na parkiecie. Miał też kilkanaście naprawdę niesamowitych zagrań, które warto obejrzeć sobie w Internecie.

Być fanem Brooklyn Nets nie jest więc łatwo. Trzeba wierzyć w odbudowę drużyny i wizerunku klubu. Czekamy zatem na draft i na offseason. Liczymy na to, że GM’owie Netsów dokonają właściwych wyborów we wspomnianym wcześniej Drafcie i wzniosą się na wyżyny swoich umiejętności, aby przekonać najlepszych dostępnych na rynku wolnych agentów zawodników do tego, aby założyli w nowym sezonie koszulki drużyny z Brooklynu. Najważniejsze to wierzyć i być dobrej myśli.

Ja póki co wyjdę na spacer z psem, a później wrócę i przy kubku dobrej zielonej herbaty obejrzę sobie najlepsze zagrania Netsów z poprzedniego sezonu.

 

 

 

 

 

Zen jako źródło wsparcia w koncentracji u koszykarza

 W dyscyplinie sportowej, którą jest koszykówka istnieje kilka ważnych elementów, którymi powinien dysponować  koszykarz. Elementami tymi są przede wszystkim: siła, atletyzm, szybkość, wytrzymałość, zwinność i odpowiednia motoryka. Cechy te są niezbędne do tego, aby osoba uprawiająca koszykówkę miała szansę osiągnąć cokolwiek w tej dyscyplinie. Oprócz wyżej wymienionych cech jest także jeszcze jeden niezwykle istotny element, którym powinien cechować się koszykarz. Tym elementem jest koncentracja.

 Wytrenowanie takich cech jak siła, szybkość, zwinność oraz na przykład motoryka ruchu to przede wszystkim praca wykonywana systematycznie i regularnie na treningach. Dzięki takiej pracy nad tymi elementami można osiągnąć naprawdę dobre efekty już po kilku tygodniach odpowiednio prowadzonych treningów zawodnika. Siłę możemy trenować po prostu na zajęciach w siłowni, lub podczas bardziej intensywnych ćwiczeń w hali (także z piłką). Szybkość można wytrenować również podczas treningów z drużyną. Podobnie jest ze zwinnością i motoryką ruchów, które przychodzą z czasem u każdego zawodnika w naturalny sposób.

A jak trenować koncentrację? W jaki sposób trenować u siebie, lub będąc trenerem ten element u swoich zawodników dzięki któremu będą bardziej skupieni na parkiecie w czasie meczu, a co za tym idzie będą na przykład lepiej oddawali rzuty z półdystansu lub dobrze podawali piłkę do kolegów z drużyny? Co zrobić, żeby taki zawodnik trafiał jak najwięcej rzutów osobistych? Potrzebna do tego jest umiejętność koncentracji.

Koncentrację trenować można na wiele sposobów. Ja chciałbym omówić jeden z nich, który może z początku wydawać się nieco kuriozalny, ale gdy się dłużej zastanowić to właśnie ta metoda może dać najlepsze efekty w szkoleniu.

Koszykarz powinien być skoncentrowany w trakcie całego meczu i podczas wszystkich minut spędzanych na boisku lub parkiecie. Odpowiednie mentalne „wejście w mecz” może przydać się nie tylko przy oddawaniu celnych rzutów, czy właściwym podawaniu do zawodników z drużyny. Koncentracja może pomóc w najważniejszym elemencie gry- w zwycięstwie.

Ćwiczenia oddechowe

Świetnym sposobem na poprawę koncentracji mogą być ćwiczenia oddechowe, które koszykarz powinien wykonywać w hali, lub po prostu w domu. Ćwiczenia takie to medytacja, która często nazywana jest osiąganiem ZEN.

Przez ZEN rozumieć można po prostu spokojną kontemplację. Zen jest czymś, co może pomóc w kontrolowaniu swoich myśli i koncentracji wyłącznie na danym momencie i aktualnej chwili. Tego typu ćwiczenia medytacyjne pozwalają nam doświadczać po prostu każdej chwili w harmonii myśli i w skupieniu. W czasie medytacji nasz umysł i ciało nie jest rozproszone żadnymi bodźcami z zewnątrz, jesteśmy wtedy zrelaksowani i skoncentrowani na tej właśnie konkretnej chwili w której jesteśmy. Skupiamy się tylko na obecności tu i teraz, na ciszy i doznawaniu siebie. Dzięki regularnym medytacjom umysł staje się odświeżony, a świadomość pełniejsza.

W jaki sposób zacząć?

Często najlepsze rozwiązania to te najprostsze. Wystarczy więc usiąść w hali po treningu, lub po prostu w cichym i spokojnym miejscu, zrelaksować się trochę i zamknąć oczy. Najlepiej jest wziąć głęboki wdech, później drugi, a następnie spokojnie oddychać licząc w myślach poszczególne wdechy lub wydechy. Zdecydowanie dobrą rzeczą jest wykonywanie takich ćwiczeń po treningu, kiedy organizm jest zrelaksowany po wysiłku fizycznym. W ZEN chodzi bowiem właśnie o to, aby umysł i ciało nie były zaprzątnięte jakimikolwiek zbędnymi myślami.

Medytacja zwykle nie zajmuje wiele czasu, zaczyna się zwykle od 5 minut i stopniowo z czasem wydłużamy takie praktykowanie skupienia i koncentracji do 10 lub 15 minut. Można oczywiście medytować dłużej, ale to już wyższa szkoła jazdy. Ważna rzecz jest taka, aby w czasie medytowania naprawdę „wyłączyć się” mentalnie od wszystkiego i skoncentrować po prostu na swoim oddechu. Może się oczywiście zdarzyć, że będziemy słyszeć jakieś dźwięki dochodzące do nas z oddali (gdy na przykład jesteśmy w hali) lub na przykład zza okna (kiedy praktykujemy medytację w pokoju). Ważne wtedy jest to, żeby dźwięki te nie absorbowały naszych myśli i po prostu przechodziły dalej.

Bycie „tu i teraz”

Kiedy będziemy już wygodnie siedzieć w odpowiedniej pozycji i oddychać, warto postarać się wyeliminować ze swojego umysłu wszystko co zbędne. Żadne myśli nie powinny „kręcić się” po naszej głowie. Kiedy osiągniemy odpowiedni stan umysłu i ciała, który nie jest osiągnąć na początku zbyt łatwo, poczujemy się w pełni zrelaksowani i wypoczęci.  Właśnie wtedy będziemy nabierali nowych sił. Osiągnięcie odpowiedniego stanu ciała i umysłu w medytacji wiąże się podobnie jak w jakimkolwiek innym treningu z odpowiednią regularnością i systematycznością.

Korzyści

Takie ćwiczenia zdecydowanie zbyt często bywają pomijane w treningu. A to właśnie dzięki regularnej medytacji można rozwinąć  w grze w koszykówce takie elementy jak:

-lepsza umiejętność obserwacji piłki

-lepszy przegląd pola gry (u zawodnika rozgrywającego)

-lepsza koncentracja przy zbieraniu piłki z tablic (u centra)

-lepsza umiejętność wypracowywania dobrych pozycji do rzutu

-lepsza umiejętność kozłowania piłki i pewniejszego jej utrzymywania (tak zwany sprawniejszy ball-handling)

-skuteczniejsze wykonywanie rzutów osobistych (nie wyprowadzą nas ze skupienia i koncentracji podczas wykonywania rzutu inne bodźce na boisku i poza boiskiem)

Zawodnik, który potrafi „być tylko tu i teraz” jest lepiej skoncentrowany na tym co akurat dzieje się na boisku, dzięki czemu jego wkład w grę jest zdecydowanie bardziej pełny. Taki zawodnik może przysłużyć się znacząco do tego, aby wygrać mecz.

Jakie jeszcze korzyści płyną z regularnego medytowania? Otóż regularne praktykowanie ZEN wspomaga pracę układu oddechowego i nerwowego, a także wspomaga umysł. Zen daje nam coś, co przydaje się nie tylko w grze w koszykówkę, ale także w życiu: umiejętność świadomego uczestniczenia w nim.

W jaki sposób i w jakich miejscach można jeszcze praktykować ZEN?

Mówi się, że wszędzie. Można medytować w domu, w pustej hali, ale także na przykład w parku, lub na łonie natury. Świetnie praktykuje się ZEN w lesie. Wystarczy po prostu stanąć na chwilę i przez kilka minut spokojnie oddychając wpatrywać się w drzewa. Może wydawać się to dziwne i trudne do zrealizowania (bo zwykle trudno tak po prostu patrzeć w drzewa przez kilka minut nie robiąc niczego innego), ale to właśnie przynosi później świetne rezultaty w czasie gry w koszykówkę.

Zen a Chrześcijaństwo

Wiele osób może w tym momencie stanąć w opozycji do tego co napisałem wyżej, bowiem może mieć błędne przekonanie, że praktykowanie ZEN koliduje z Chrześcijaństwem i naszą religią, którą w Polsce jest Katolicyzm. ZEN bowiem pochodzi ze Wschodu i jest powiązany z buddyzmem. Według mnie nie jest jednak prawdą, że ZEN koliduje z tym czego nauczał Jezus. We wszystkich religiach jest przecież jeden i ten sam Bóg. ZEN jest więc czymś, co pochodzi od Boga i nie powinno stanowić zagrożenia dla religii, którą wyznajemy. Ważne jednak aby umieć odpowiednio podejść do praktykowania medytacji.

Czym jeszcze jest ZEN?

ZEN jest po prostu umiejętnością obserwacji i bycia w tym co nas otacza w chwili obecnej. Dobry przykład to ten, w którym osoba, która wsiada do autobusu wchodzi do niego, siada na siedzeniu i od razu wyjmuje z kieszeni swój telefon. Wtedy nie wiadomo czy w tym momencie jedzie autobusem, czy może czyta informacje w Internecie, lub być może jeszcze rozmawia z kimś na portalu społecznościowym. Osoba taka robi wtedy kilka rzeczy na raz. A w ZEN nie chodzi o to.

ZEN polega na tym aby doświadczać w pełni chwili obecnej i delektować się nią. Kiedy jedziemy autobusem to jedźmy autobusem, kiedy idziemy drogą to idźmy drogą, kiedy spacerujemy po parku, to spacerujmy po parku, kiedy jedziemy na rowerze, to jedźmy na rowerze, kiedy czytamy książkę, to czytajmy książkę, kiedy piszemy lub rysujemy, to rysujmy. Nie róbmy niczego innego poza tym co w danej chwili robimy. Bądźmy tylko w tej danej chwili. W pełni.

W sporcie właśnie tak przecież jest, że kiedy gramy w meczu, to nie myślimy o niczym innym, jesteśmy tylko i wyłącznie skoncentrowani na danym momencie gry. Właśnie o to przecież chodzi trenerom i zawodnikom, o to aby być w pełni skupionym na swojej grze, prawda?

Znane osoby ze środowiska koszykarskiego praktykujące ZEN i medytację

W środowisku koszykarskim, szczególnie w koszykówce zza oceanu jest wiele osób, które praktykują, lub praktykowały w czasie swojej kariery zawodowej medytację. Takim zawodnikiem jest np. Robert Parish, który dzięki swoim ćwiczeniom oddechowym i ruchowym (Tai-Chi) był aktywnym sportowcem, który karierę zawodową na parkietach ligi NBA zakończył dopiero mając 43 lata. O jego medytacjach możecie zresztą przeczytać tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/06/09/medytacje-roberta-parisha/

Kolejnym znanym koszykarzem, który z kolei uprawiał jogę jest Kareem Abdul-Jabbar. On również do bardzo dojrzałego wieku utrzymywał swoje ciało w dobrej kondycji właśnie dzięki uprawianiu jogi i medytacjom.

Kto jeszcze? Phil Jackson, który w czasie swojej zawodowej kariery grał między innymi w New York Knicks.  W latach 90-tych XX wieku będąc trenerem drużyny Chicago Bulls doprowadził ten zespół do zdobycia kilku tytułów mistrzowskich trenując wtedy Michaela Jordana, Scottiego Pippena i nieokrzesanego Dennisa Rodmana. Później zdobywał jeszcze tytuły mistrzowskie jako trener Los Angeles Lakers będąc trenerem drużyny, w której zawodnikiem był Kobe Bryant. Phil Jackson również praktykuje ZEN i medytację.

 

Jak widać więc coś w tym musi być, że regularne medytowanie może być przydatne w sporcie. Warto więc zastanowić się nad tym, czy skorzystać z medytacji i wprowadzić ten element do treningu mentalnego. Korzyści może być wiele. Najważniejsze to jednak odpowiednie podejście do tego tematu. Wszystkich którzy byliby zainteresowani tym tematem zachęcam do jego dalszego zgłębiania.

 

 

 

Gra w „21”

Koszykówka to gra zespołowa, w której najczęściej gra się w systemie 5×5 na pełnowymiarowym boisku i 3×3, 2×2, lub po prostu 1×1 na połowie parkietu. Ale czy tylko? Pewnie, że nie tylko. Jest kilka gier w koszykówkę, które nie kwalifikują się do typowej rywalizacji, choć również posiadają taki element.  Gra, którą szczególnie lubię to „21” i właśnie o niej postanowiłem napisać parę słów.

 Poznałem tą grę dość dawno, będąc jeszcze nastolatkiem, jakoś w 1996 roku. Wtedy ukazywał się jeszcze w kioskach „Magic Basketball”, który co miesiąc czytałem z wielkim zapałem. W czasie wiosennych i letnich miesięcy często wpadałem na osiedlowe boisko do koszykówki, gdzie często grałem z chłopakami z klasy ze szkoły podstawowej. To właśnie tam poznałem grę w „21”. Na czym ona polega?

Zasady są proste. Nie jest to bowiem typowa gra oparta na twarde rywalizacji i walce o każda piłkę. To luźna gierka, która ma na celu nas po prostu rozluźnić i zrelaksować. O co chodzi w grze w „21”?

 Chodzi po prostu o to, aby zdobyć 21 punktów. Grać w tą grę można w dwie i więcej osób, szczerze mówiąc to liczba uczestników może być nieograniczona, wtedy gra jest jeszcze bardziej interesująca. Grę w „21” zaczynamy w ten sposób, że pierwszy z zawodników staje na linii rzutów osobistych i rzuca do kosza. Jeżeli trafi zdobywa 2 punkty i rzuca dalej. Jeżeli nie i piłka odbije się od obręczy lub od tablicy, wtedy piłkę zbiera drugi zawodnik, który stoi od początku gry pod koszem. Ten drugi zawodnik łapie odbitą piłkę i rzuca nią do kosza z miejsca, w którym ją złapał. Jeżeli złapał piłkę w okolicy półdystansu jego ewentualny celny rzut będzie liczył się jako 2 zdobyte punkty, jeżeli złapał piłkę poza linią trzech punktów, to jego celny rzut będzie liczył się jako 3 zdobyte punkty. Jeżeli natomiast złapie piłkę poza linią połowy boiska, wtedy rzuca z tego miejsca, a jego ewentualny celny rzut będzie za 4 punkty. Jeżeli więc drugi zawodnik trafi z miejsca, w którym złapał niecelnie rzuconą piłkę przez pierwszego zawodnika, to staje wtedy na linii rzutów osobistych i rzuca dalej.

Jeżeli trafi z tej linii też rzuca dalej. Rzuca dotąd, dopóki nie trafi i wtedy niecelnie rzuconą piłkę zbiera pierwszy, lub kolejny zawodnik i rzuca z miejsca, w którym ją złapał. Gra się dotąd dopóki któryś z zawodników nie zdobędzie upragnionych 21 punktów. Proste? Pewnie, że tak! Ale uwaga! Jest w tej grze pewna ważna zasada, której nie wolno ignorować. Chodzi o to, że zawodnik, który uzbierał już pewną liczbę punktów i  rzuca po raz kolejny z linii rzutów osobistych nie może rzucić niecelnie w ten sposób, że rzucona piłka nie dotknie ani obręczy, ani tablicy. Co wtedy? Otóż wtedy jego liczba zdobytych wcześniej punktów jest redukowana do…zera! Warto więc rzucać za każdym razem tak, aby nie doprowadzić do sytuacji, w której piłka zostanie rzucona zbyt lekko. Jeżeli jednak zdarzy się sytuacja, w której się „wyzerujemy”, wtedy zaczynamy zdobywać swoje punkty od nowa, natomiast zawodnik/zawodnicy z którymi gramy zachowują swoją zdobytą liczbę punktów i gra toczy się dalej.

 Jest też pewien nietypowy element tej gry, o którym warto wspomnieć. Przypuśćmy, że grają dwaj zawodnicy i pierwszy z nich ma zdobytych 20 punktów, a drugi ma tych punktów 19. Pierwszy zawodnik staje na linii rzutów osobistych i rzuca. Nie może rzucić wtedy po prostu do kosza, aby zdobyć swoje punkty, ponieważ jeżeli trafi, to jego liczba punktów „zeruje” się i z 20 zdobytych wcześniej punktów zrobi się znowu 1, ponieważ zdobędzie 2 punkty, czyli z 20 zrobi się 22, czyli…1. Zawodnik ten będzie miał tylko 1 punkt. A w grze w „21” jak sama nazwa wskazuje chodzi o to, aby zdobyć dokładnie 21 punktów. A więc zawodnik, który ma zdobytych 20 punktów i rzuca z linii osobistych jest w sytuacji niekorzystnej i powinien w tym momencie rzucić piłką tak, aby nie wpadła do kosza. Najlepiej aby rzucił piłkę jak najmocniej o tablicę, lub o obręcz, aby odbiła się możliwie jak najdalej w ten sposób, aby drugi zawodnik nie mógł złapać jej w możliwie bliskim obręczy miejscu. Chodzi po prostu o to, aby miał utrudnione zadanie i nie wygrał meczu z pierwszym zawodnikiem, bo jeżeli ten drugi zawodnik ma już 19 zdobytych punktów, to wystarczy mu jeden celny rzut z półdystansu i wygrywa gierkę.

Wydaje mi się, że opisałem grę w „21” w na tyle jasny sposób, że wszyscy z Was zrozumieją o co chodzi. Założę się też, że większość z Was zna tą grę doskonale, ale mimo wszystko może jest jakaś niewielka liczba osób, które grę w „21” chętnie poznają i będą w nią chętnie grać w celach tylko i wyłącznie rekreacyjnych.

Gra w „21” to luźna gierka, która naprawdę może pomóc nam się zrelaksować na przykład po ciężkim w dniu w pracy i jeżeli chcemy trochę porzucać, ale nie mamy akurat chęci na typową koszykówkę, to gierka w „21” jest w tym momencie idealna na taki relaksujący rozruch. To również świetna gra dla nieco starszych osób, które zdecydowanie w koszykówkę nie grają, ale również chcą się trochę koszykarsko rozruszać i poczuć przez chwilę jak Michael Jordan 😉

Gra w „21” to również świetna gra rodzinna, dla ojców z młodszymi i starszymi synami, dla mam z córkami, dla dziadków i babć z wnukami i tak dalej… Grajcie więc w koszykówkę i cieszcie się nią na wszelkie możliwe sposoby.

Hala czy boisko?

Koszykówka to taka fajna gra, że można w nią grać zarówno na boisku jak też w hali. Wiosną i latem najlepiej gra się na boiskach typu „Orlik” i w parkach przy pięknej pogodzie w promieniach słońca pośród kwitnących drzew. Jesienią, kiedy pogoda się już trochę psuje i częściej niż rzadziej pada deszcz i robi się po prostu zimno najlepiej jest przenieść się na halę i tam cieszyć się grą.

  Ja lubię grać w koszykówkę gdziekolwiek, nieważne czy jest to boisko czy hala. Choć gra sprawia mi radość wszędzie, to przyznam, że nie zawsze jest tak, że akurat mam chęć na grę w hali. Postanowiłem więc podzielić się z Wami spostrzeżeniami dotyczącymi tego jakie są różnice w grze w hali i na boisku. Czy rzeczywiście nie jest to takie istotne gdzie gramy? Gdzie lepiej rozwijamy swoje umiejętności i swoją grę? A więc: hala czy boisko?

Swoje pierwsze kroki w poznawaniu koszykówki pewnie jak większość z Was stawiałem grając na zwykłym asfaltowym boisku osiedlowym. To właśnie tam uczyłem się jak rzucać i w jaki sposób kozłować piłką. Tam też, na tym surowym asfaltowym boisku uczyłem się pierwszych niezdarnych zwodów i crossoverów. Boiska osiedlowe mają jednak to do siebie, że nawierzchnia którą są pokryte to zwykły asfalt, który jest twardy. Nie jest więc najlepszą rzeczą dla naszych kolan, aby grać na nim zbyt intensywnie. Twarda nawierzchnia to na dłuższą metę zguba dla naszych stawów. Lepiej więc na asfalcie cieszyć się grą raczej tylko wtedy, kiedy możemy sobie zrobić trening rzutowy, niż rozgrywać na takiej nawierzchni mecze.

Pewnie, że fajnie jest od czasu do czasu pograć w parku pośród zieleni i śpiewających ptaków, ale jeżeli boisko takie nie posiada innej nawierzchni niż zwyczajny asfalt, to nie podchodźcie wtedy zbyt poważnie do gry i nie angażujcie się w nią w stu procentach. Wasze kolana naprawdę wolą grę na nawierzchni miększej. Jaka to nawierzchnia?

Miększą nawierzchnią dysponują boiska szkolne. Takie boiska to najczęściej typowe „Orliki” z jasno-brązowym lub pomarańczowym kolorem nawierzchni. Grając na takich boiskach zdecydowanie odczujecie, że Wasze zwody są pewniejsze, a kozłowanie zyskuje na dokładności. Gra na takim boisku to naprawdę już trochę inny świat. Na boiskach szkolnych najczęściej też tablice i obręcze konstrukcji do gry w koszykówkę są w lepszym stanie niż w parkach i posiadają też siatki przy obręczach, dzięki czemu rzuca się łatwiej. Poprawia się dzięki temu widoczność obręczy przy rzutach z dystansu. Spróbujcie porzucać do obręczy bez siatki i z siatką. Różnicę zauważycie od razu.

 Na takich szkolnych boiskach świetnie można rozwinąć też swoje umiejętności w panowaniu nad piłką i kozłowaniu. Nawierzchnia typu „Orlik” nadaje się wręcz idealnie do tego, aby nie tylko na takim boisku rzucać, ale również uczyć się kozłowania i panowania nad swoim ciałem w czasie gry.

Skakanie na takiej nawierzchni jest bezpieczniejsze, bowiem jest ona miększa i nasze kolana i stawy nie są tak przeciążone podczas skoków jak przy skakaniu na zwykłym asfalcie. Nawierzchnia na szkolnych boiskach jest miększa i gra na niej to sama przyjemność.

Na boiskach typu „Orlik” można naprawdę nauczyć się gry w koszykówkę i poprawiać wciąż swoje umiejętności choćby podczas zwykłych gierek 1 x 1. Wiosną i latem szkoły najczęściej otwierają swoje boiska w godzinach popołudniowych i wszyscy chętni (także dorośli) mogą z nich korzystać. Warto więc doceniać takie możliwości, ponieważ to już na szczęście nie te czasy, kiedy boiska zamykano przed ludźmi i nie wpuszczano tam nikogo. Wtedy często i gęsto zdarzało się, że amatorzy gier sportowych musieli wchodzić na boiska wspinając się przez siatkę otaczającą szkołę, a później nie raz salwować się ucieczką przez rozzłoszczonym dozorcą szkolnym. Na szczęście tamte czasy minęły i dziś każdy amator sportu może z powodzeniem z boisk szkolnych korzystać.

Ważne jednak przy tym, aby ciesząc się grą na lepszej nawierzchni nasze obuwie też przystosowane było do gry w koszykówkę, o czym chyba nie muszę przypominać.

A jak to jest z graniem w hali? W chłodniejszych miesiącach roku nie ma często możliwości aby pograć gdzieś indziej, wiec pozostaje tylko hala. Jakie są pozytywy gry w koszykówkę w hali?

Hala to miejsce, w którym nawierzchnia również nie jest tak twarda jak asfalt, dla naszych stawów jest więc to równie dobre miejsce do gry jak boiska w szkołach. Są jednak różne hale i często różnią się one nawierzchnią. W nowych halach nawierzchnia najczęściej jest bardzo dobrej jakości i gra na niej to czysta przyjemność. Są jednak hale starsze, które nie dysponują już tak dobrą jakościowo nawierzchnią.

Zdarza się, że w tych starszych halach piłka czasami odbija się inaczej w niektórych miejscach. Szczerze mówiąc to nie wiem czym dokładnie jest to spowodowane. W każdym razie bywałem w halach, w których odbita od parkietu piłka odbijała się często niżej w okolicy linii trzech punktów, a wyżej na środku hali. Nie było to najprzyjemniejsze uczucie, bo nie panowałem wtedy nad piłką i miałem wrażenie, że nie potrafię kozłować. Na szczęście takie hale to rzadkość i z reguły parkiet do gry utrzymany jest w dobrej jakości.

Granie w hali różni się natomiast od grania na boisku najczęściej też tym, że jest po prostu głośniej. Nie jest więc czasami łatwo skoncentrować się w halach na grze tak dobrze jak na boisku. Odgłosy i okrzyki grających osób słychać bardziej i nawet otwarte okna nie zmienią tego w jakiś znaczący sposób. Jeżeli więc przed nami jakiś ważny mecz i chcielibyśmy skoncentrować się przed nim jak najlepiej, to warto wtedy przyjechać do hali trochę wcześniej. Wtedy nie ma jeszcze wszystkich osób i możemy zrobić sobie trening rzutowy w trochę większym spokoju, co pomoże nam się skoncentrować przed meczem.

Przed grą lub treningiem w hali najlepiej jest pootwierać jak najwięcej okien, aby do środka wpadało świeże powietrze. To zdecydowanie może poprawić jakość naszej gry i sprawi, że nie będzie duszno.

Nawierzchnia w halach często sprawia tez wrażenie śliskiej. Co wtedy? Dobrze jest wziąć po prostu szczotkę, położyć na niej szmatę i przetrzeć trochę parkiet. Hala to spora powierzchnia, nie jest więc najprzyjemniejszą rzeczą czyszczenie jej wtedy, kiedy akurat chcemy grać. Czasami jednak warto to zrobić, aby gra sprawiała nam później większą przyjemność.

Jak widać jest trochę różnic w jakości gry w koszykówkę w parku, na profesjonalnych boiskach i w halach. Ja zdecydowanie preferuję grę na szkolnych boiskach, ponieważ właśnie tam gra mi się po prostu najlepiej. Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, żeby dobrze się bawić. Wtedy gra sprawia przyjemność wszędzie.

 

Small Ball jest OK

http://www.facebook.com/rzutzdystansu 

Odkąd pamiętam zawsze wolałem rzucać z dystansu, lub kończyć akcje choćby rzutem z pół-haka niż wchodzić pod kosz. Kiedy grałem w koszykówkę będąc nastolatkiem bywało, że wchodziłem pod tablicę i nawet nie raz zdobywałem punkty, ale zdarzało się to rzadko. Zdecydowanie wolałem rzucać. Najlepiej rzucać tak, żeby trafiać. Nie lubiłem rzutów za trzy punkty, ale z półdystansu i o ile wtedy mój arsenał działań w ofensywie to były tylko i wyłącznie właśnie rzuty z półdystansu, o tyle dziś kiedy jestem trzydziestoparolatkiem rzuty z daleka to dla mnie przede wszystkim te zza linii trzech punktów. Wolałem rzucać wtedy i wolę rzucać teraz. Rzucanie piłką do obręczy z dystansu było po prostu dla mnie fajniejsze. Dokładnie tak jest do tej pory.

Kiedy oglądałem mecze NBA w latach 90-tych wszyscy fascynowali się grą pod tablicami, przepychaniem się łokciami i fantazyjnymi dwutaktami. Były jeszcze wsady do kosza i do dziś pamiętam ten, który wykonał Kobe Bryant w konkursie wsadów podczas All-Star Weekendu w 1997 roku. Był to jego pierwszy sezon w lidze i Bryant popisał się dwutaktem z przełożeniem piłki pod nogą w czasie lotu, po czym wykonał solidny „dunk”. To było coś niezwykłego.

Dzisiaj, dokładnie dwadzieścia lat później koszykówka wygląda już nieco inaczej. Mniej jest gry pod tablicami, a więcej na obwodzie. Wiele osób ten styl gry bardzo zachwala, a z drugiej strony jest spora grupa fanów koszykówki, która taką grę krytykuje. Pierwsi twierdzą, że rzut zza łuku wreszcie się rozwinął i nie jest tylko niewielką częścią tej gry. Wreszcie można zobaczyć, że niemożliwe naprawdę jest możliwe kiedy koszykarze trafiają do obręczy niemal z połowy boiska. Drudzy z kolei uważają, że taka gra nie jest już fizyczna, nie ma w tego typu grze już takiego elementu rywalizacji, który był wcześniej. Kto ma rację?

Według mnie pomimo tego, że panuje obecnie w koszykówce era small-ball, która polega na grze opartej na bardzo częstym konstruowaniu akcji mających na celu zdobycie punktów zza łuku, to nadal koszykówka jest grą fizyczną. Nadal to gra, w której wiele jest elementów twardej, nieustępliwej walki, przepychanek pod tablicami i tego typu zagrań. Nie przekonają mnie opinie Charlesa Barkleya, dla którego obecna gra w koszykówkę to gra dla mięczaków, nie przekonają mnie hejterzy Stephena Curry’ego, którzy twierdzą, że w rzucie z dystansu nie ma walki, elementów rywalizacji i twardej gry. To nieprawda.

Charles Barkley zapomniał już chyba o tym, że kiedy on grał na parkietach NBA obok niego biegali tacy zawodnicy jak Mahmoud Abdul-Rauf, Steve Kerr, Reggie Miller (ten to miał rzut!) , czy ojciec Stephena, Dell Curry. Była więc już wtedy spora rzesza graczy, których wizytówką był właśnie rzut z dystansu, a nie siłowa gra pod tablicami.

Gracie w koszykówkę? Myślę, że duża część z Was zapewne tak. Zastanówcie się, czy podczas gry, kiedy kozłujecie piłkę gdzieś w okolicy łuku i zamierzacie minąć swojego obrońcę szybkim crossoverem, lub w jakikolwiek inny sposób, to czy kiedy to robicie nie czujecie elementu rywalizacji? Czy kiedy mijacie obrońcę i przepychacie się bliżej tablicy lub linii osobistych, aby później nie wchodzić dalej pod kosz, tylko w odpowiednim momencie podskoczyć i wykonać rzut w kierunku obręczy, to nie używacie do tego siły? Używacie. Obrońca, który Wam w tym przeszkadza również używa do tego siły i tak samo jak Wy jest zmęczony. A więc jednak jest w koszykówce opartej na rzucaniu z dystansu element fizyczności i rywalizacji.

Wiele osób twierdzi, że rzuty z dystansu zmieniły koszykówkę na niekorzyść, ale ja się z tym twierdzeniem nie zgadzam. Rzuty z dystansu po prostu koszykówkę ubarwiły. Dały więcej możliwości wykazania się na boiskach tym niższym zawodnikom, którzy kiedyś byli zwyczajnie dyskryminowani. Nie dawano im większej szansy faworyzując tych wyższych. Właśnie przez to koszykówka stała się powszechnie znaną „grą dla wysokich ludzi”, co moim zdaniem nie wyszło jej na dobre. Pewnie, że przydałoby się, żebyś miał więcej niż metr pięćdziesiąt jeżeli chcesz coś osiągnąć w tej grze, ale umówmy się, jeżeli nie wyglądasz jak LeBron James to i tak jest OK.

Większość osób woli jednak pograć w piłkę nożną. Po pierwsze dlatego, że to najbardziej popularna gra zespołowa na świecie, a po drugie może właśnie dlatego, że ludziom ta gra wydaje się po prostu łatwiejsza. Trzeci powód to może właśnie ten związany ze wzrostem. Większość woli piłkę nożną, ponieważ „są za niscy”. Efektem tego, przynajmniej w Polsce jest to, że koszykówka znajduje się dziś nadal w niszy wśród sportów drużynowych.

Ta sytuacja bardzo zmieniła się w latach 90-tych, kiedy w Polsce zaczęto transmitować mecze ligi NBA, a w kioskach ukazywały się pisma takie jak „Magic Basketball”, i „Pro Basket” w których można było o NBA poczytać i nasz kraj ogarnął szał koszykówki. Ale trwało to tylko kilka lat. Jest mimo wszystko lepiej, dzięki temu również, że mamy w najlepszej koszykarskiej lidze świata naszego rodaka, Marcina Gortata, który co prawda pierwszym Polakiem w NBA nie jest, bo byli przecież przed nim Cezary Trybański, który zaczynał w Memphis Grizzlies, oraz Maciej Lampe, który grał w Phoenix Suns. Ale to Marcinowi Gortatowi naprawdę udało się osiągnąć coś więcej w koszykówce za oceanem. To właśnie znacznie przyczyniło się do większego zainteresowania koszykówką w naszym kraju. Nadal jednak to nie jest jeszcze to miejsce, które koszykówka jako sport mogłaby osiągnąć w Polsce.

Jest natomiast Small-Ball. Znienawidzona przez wielu era small-ballu tak naprawdę nie odbiera koszykówce elementów rywalizacji, finezji, czy fizyczności. Przyczynia się raczej do tego, że więcej niższych osób może zasmakować tej gry i spróbować swoich sił na boiskach. I nieważne gdzie to robi: w meczach zawodowej koszykówki, w ligach amatorskich, w parkach, czy po prostu na szkolnych boiskach. Ważne, że więcej osób może spróbować w koszykówce swoich sił, nauczyć się tej gry, która tak bardzo rozwija nie tylko fizyczną, ale także mentalną sferę człowieka.

Era Small-Ballu dodała koszykówce jeszcze więcej barw. Według mnie jest więc zdecydowanie OK.

 

 

Wiosenne granie czas zacząć!

Słońca co dzień jest coraz więcej, dnia przybywa, robi się coraz cieplej, a parki powoli zaczynają robić się coraz bardziej pełne uśmiechniętych ludzi. Wiosna nadeszła! Wraz z nią zaczyna się jak co roku wiosenne granie i znów będziemy mieli więcej możliwości aktywnego spędzania wolnego czasu i co za tym idzie- więcej gry w koszykówkę.

Wraz z możliwościami jakie daje wiosna, my możemy postawić sobie nowe cele. Jakie one mogą być? To oczywiście cele związane z polepszeniem naszej gry. Wszyscy z Was, którzy grają w koszykówkę systematycznie, zapewne znają doskonale swoje atuty na boisku. Znacie też zapewne swoje wady. Wiosna to czas, w którym mamy lepsze możliwości ku temu, aby trochę ulepszyć swoją grę.

Jeżeli jesteście dobrzy w zbieraniu, wejściach na kosz i kozłowaniu, ale swoich rzutów w czasie meczów nie oddajecie na takiej skuteczności jaka byłaby dla Was satysfakcjonująca, możecie czas wiosenny przeznaczyć na doskonalenie właśnie tego elementu gry. Wystarczy trochę częściej wyjść na boisko (a wiosna to moment, który zdecydowanie temu sprzyja) i porzucać przez kilkadziesiąt minut do kosza na okolicznym boisku.

Jak doskonalić rzuty?

To proste. Warto podczas takiego indywidualnego treningu rzucić na przykład 50 razy z lewej i z prawej krawędzi boiska (najlepiej zza linii trzech punktów), 50 razy z półdystansu z lewej i z prawej strony kosza, oraz 50 razy z linii osobistych. Po kilku takich treningach z pewnością zauważycie postęp w swoich rzutach i poczujecie większą moc rzutową, a co najważniejsze uwierzycie w siebie na boisku jeszcze bardziej. A jak wiecie wiara w siebie i w swoje możliwości to dla koszykarza rzecz pierwszorzędna.

A może jesteście dobrzy w rzucaniu, a gorsi w zbieraniu? Przydałby się wtedy trening w zbieraniu piłki spod kosza.

Jak doskonalić zbiórki?

Aby udoskonalić swoją grę w zbieraniu piłki z tablicy warto przyjść na boisko w większej grupie i przećwiczyć wspólnie ten element gry. Najłatwiejszą metodą jest chyba taki pomysł:

Osoba, która chce udoskonalić się w zbiórkach staje pod koszem w okolicy linii osobistych, natomiast za nią staje nasz kolega, lub koleżanka. Nasz znajomy rzuca piłką o tablicę w taki sposób, aby nie trafić w obręcz, po czym my musimy po prostu zebrać odbitą o tablicę piłkę. Świetnie byłoby gdyby za nami ustawiło się kilka osób, które piłkę będą rzucać raz po raz, abyśmy utrzymali stosunkowo szybkie tempo w zbieraniu piłek z tablicy. Nauczymy się wtedy lepszej koncentracji i zwinności w zbieraniu. Będziemy po jakimś czasie również szybsi. Im więcej takich niecelnie rzuconych piłek zbierzemy w czasie naszego treningu, tym bardziej polepszymy swoje zdolności również w kwestii oceny tego, w które miejsce poleci odbita od tablicy piłka. Po jakimś czasie nauczymy się tego tak, że wystarczy, że będziemy tylko śledzić ruch rotacyjny rzuconej piłki przez zawodnika z przeciwnej drużyny, a już będziemy wiedzieli gdzie się ustawić, żeby piłkę złapać i co ważne- zaliczyć zbiórkę. Nasz instynkt dodatkowo nam w takiej ocenie pomoże. Taką zdolność oceny tego gdzie się dokładnie ustawić, aby zebrać rzuconą piłkę posiadał Dennis Rodman, który jak zapewne wiecie był królem zbiórek w czasie swojej gry między innymi dla Chicago Bulls pod koniec lat 90-tych.

Mógłbym dalej pisać tu o doskonaleniu poszczególnych elementów gry w koszykówkę, ale wierzę, że sami również macie świetne pomysły co do tego typu treningów doskonalących inne aspekty gry. Wrócę więc do wątku wiosennego i tego ile radości znów daje nam, koszykarzom i koszykarkom wiosenny okres.

Jak pisałem wcześniej do parków i na boiska przychodzi coraz więcej ludzi i coraz więcej chętnych do gry. Wiosną lubię przejść się do parku popołudniu, wtedy gdy słońce nie grzeje już tak mocno i powietrze jest trochę przyjemniejsze. Wtedy gra sprawia największą przyjemność. Rzucamy piłką w okolicznym parku najczęściej z moim synem, który gra z miesiąca na miesiąc coraz lepiej. Kiedy ostatnio przyszliśmy trochę pograć i zaczęliśmy nasz mecz, Przemek rozpoczął grę i zanim zdążyłem się obejrzeć już rzucił pierwsze punkty na 100% skuteczności. Serio J Swoją 100% skuteczność rzutową utrzymał co prawda tylko w pierwszej minucie naszego meczu, ale mimo wszystko ucieszyłem się, kiedy zobaczyłem ten rzut. Mój syn przed meczem nie oddaje kilkunastu rzutów rozgrzewkowych, w przeciwieństwie do mnie. Ja muszę zawsze się odpowiednio rozgrzać. Tym bardziej zadziwił mnie tym swoim pierwszym wiosennym celnym rzutem w naszym ulubionym parku.

Często wpadamy też z kumplem na okoliczne boisko w parku, lub przy szkole i gramy nasze bardziej zaawansowane gierki 1×1. Wtedy trenujemy też często rzuty z dystansu. Czasami przyjdą też jakieś inne osoby, które zaczną rzucać na drugim koszu. Wtedy po jakimś czasie zapraszamy ich do gry, lub to oni nas zapraszają i gramy pełną parą! Kiedy tak gramy w promieniach wiosennego słońca i pośród coraz bardziej zielonych drzew wokół, wszystko na te kilkadziesiąt chwil staje się dla nas po prostu koszykówką.

Korzystajcie więc z wiosennych chwil na boiskach w parkach, bo chyba tam wiosną gra się najprzyjemniej i doskonalcie swoją grę, aby być coraz lepszymi zawodnikami. Ale nie tylko. Koszykówka kształtuje przecież także naszą osobowość i to najczęściej w pozytywny sposób. Warto więc korzystać z wiosny na wszelkie możliwe koszykarskie sposoby.

 

 

 

Trening zręcznościowy w koszykówce

Koszykówka jest sportem, w którym oprócz takich elementów gry jak skuteczne rzucanie do obręczy, czy umiejętność zrobienia dwutaktu, zasłony, ustawienie się w odpowiednim miejscu w czasie gry, odpowiednia obrona, czy umiejętność wejścia pod kosz, ważne jest także kozłowanie. Umiejętność panowania nad piłką to podstawowa rzecz w koszykówce.

Aby stać się dobrze kozłującym zawodnikiem, który dysponuje ważną w koszykówce zręcznością trzeba więc trenować ten element gry jak najczęściej. Warto przyjść czasem na boisko kiedy nie ma na nim zbyt wielu osób, a czasem najlepiej nawet kiedy nie ma tam nikogo i jest więcej miejsca. Świetną rzeczą byłoby gdybyśmy wzięli ze sobą wtedy nie jedną, ale dwie piłki. Po co nam dwie piłki? Z jedną piłką możemy zrobić kilka ćwiczeń, które pomogą nam opanować lepiej kozłowanie. Z dwoma piłkami natomiast można wykonać już trochę bardziej zaawansowane ćwiczenia, które udoskonalą naszą zręczność jeszcze bardziej.

Ćwiczenia z jedną piłką mogą wyglądać następująco:

-bieg z piłką wzdłuż boiska z kozłowaniem jedną ręką

-bieg z piłką wzdłuż boiska z kozłowaniem lewą i prawą ręką na przemian

-bieg z piłką wzdłuż boiska z wykonaniem zwodu raz w prawo, raz w lewo

-bieg z piłką od jednego kosza do drugiego z przekozłowaniem co chwilę piłki pod nogami

Napisałem wcześniej, że warto byłoby wziąć na nasz trening dwie piłki. Ćwiczenia z dwoma piłkami mogą wyglądać w ten sposób:

-marsz z dwoma piłkami wzdłuż boiska ze spokojnym kozłowaniem dwoma rękoma

-bieg z dwoma piłkami wzdłuż boiska z dynamicznym kozłowaniem dwoma rękoma

Są też ćwiczenia trochę bardziej zaawansowane takie jak:

-marszobieg z dwoma piłkami od jednego kosza do drugiego z przełożeniem co jakiś czas piłek z jednej ręki do drugiej

-kozłowanie piłek dwoma rękoma w pozycji kucznej z przełożeniem co jakiś czas piłek z jednej ręki do drugiej

-bieg z  piłkami wzdłuż boiska z kozłowaniem dwoma rękoma i zmianą kierunku biegu

Zręcznościowy trening w koszykówce może być wykonywany nie tylko piłkami do koszykówki. Warto wziąć ze sobą także piłki do tenisa. Co można zrobić z piłkami do tenisa na boisku do koszykówki?

Można przyjść z drugą osobą i spróbować wykonać ćwiczenie, które do treningu zręcznościowego pasuje idealnie. Jest to proste ćwiczenie, które jednak może na początku sprawiać trochę trudności. Jeżeli jednak wykażemy się cierpliwością, z pewnością opanujemy to ćwiczenie w niedługim czasie do perfekcji. Jakie to ćwiczenie?

Wygląda to w ten sposób, że stajemy naprzeciwko siebie z osobą nam towarzyszącą. Każdy z nas ma w ręku po dwie piłki do tenisa. W lewej ręce trzymamy jedną piłkę, a prawą ręką rzucamy w tym samym momencie do siebie drugą piłkę do tenisa tak, aby w momencie lotu piłek przełożyć piłkę z naszej lewej ręki do prawej, po czym lewą ręką złapać  piłkę rzuconą w naszym kierunku przez kolegę. Piłka, która do nas leci musi zostać złapana. Niełatwe? A może nawet trudne? Tym lepiej! W tym ćwiczeniu chodzi właśnie o to, aby stopień trudności był trochę wyższy. W ten sposób świetnie możemy opanować takie cechy jak:

-koncentracja, która w koszykówce jest bardzo ważna

-zręczność

-współpraca (na niej przecież opiera się gra w koszykówkę!)

Trening zręcznościowy możemy uatrakcyjnić jeszcze takimi elementami jak:

-bieg z kozłowaniem piłki do tenisa wzdłuż boiska raz lewą, a raz prawą ręką

-bieg z kozłowaniem piłki do tenisa wzdłuż boiska z podskokiem co jakiś czas

-marsz z kozłowaniem piłki do tenisa z wykonaniem zwodu raz w lewo, a raz w prawo (tak, dobrze przeczytaliście, to jest bardzo dobre ćwiczenie).

Żonglerka to również bardzo dobre ćwiczenie, które może pomóc nam doskonalić nasz chwyt piłki. Warto wziąć więc też dwie, lub trzy piłki do tenisa i przez kilka minut pożonglować nimi. Ćwiczenie z żonglowaniem piłek jest bardzo dobre na koncentrację i umiejętność chwytania piłki.

Na zakończenie naszego treningu zręcznościowego można również trochę się rozluźnić wykonując ćwiczenia z piłką do tenisa przy tablicy. Ćwiczenia przy tablicy mają nauczyć nas jeszcze lepszej koncentracji. Są to następujące ćwiczenia:

-rzut piłką do tenisa o tablicę lewą ręką i złapanie piłki po odbiciu od tablicy ręką prawą

-rzut piłką do tenisa o tablicę prawą ręką, zrobienie w tym czasie obrotu, po czym złapanie piłki ręką lewą

-rzucanie raz lewą, raz prawą ręką piłek do tenisa o tablicę i łapanie ich.

Można też wykonać ćwiczenie z piłkami do tenisa przy tablicy z drugą osobą, które polega na tym, że:

-stajemy obok siebie i każdy ma swoją piłkę do tenisa, po czym na okrzyk rzucamy piłki do tenisa o tablicę w poprzek, tak żeby po odbiciu się od niej piłka leciała w kierunku naszego kolegi stojącego obok, który musi piłkę złapać.

Wbrew pozorom niektóre z tych ćwiczeń są niełatwe i można się po kilkunastu próbach zniechęcić. Ale nie zniechęcajcie się! To ważne, żeby mimo wszystko próbować opanować ćwiczenia zręcznościowe z piłkami do tenisa, ponieważ później możemy mieć z tego same korzyści. Jakie? Cóż, spróbujcie wykonać ćwiczenia, które opisałem wyżej. Kiedy po dłuższym treningu piłkami do tenisa weźmiecie do ręki piłkę do koszykówki, zobaczycie jak łatwo jest Wam nią kozłować i jaka ona jest duża! Zauważycie jak łatwo idzie Wam kozłowanie piłką do koszykówki w porównaniu z tym co jeszcze przed chwilą robiliście z piłkami do tenisa.

Prawda, że łatwo? Ja też tak myślę. Właśnie o to chodzi w treningu zręcznościowym. Nie jest on może najprzyjemniejszy, ale naprawdę pomaga w późniejszym panowaniu nad piłką. Po treningu zręcznościowym, który możecie wykonać przecież nawet tylko raz na jakiś czas, na przykład raz na tydzień będziecie grać w koszykówkę jeszcze lepiej. I właśnie tego Wam życzę, abyście byli coraz lepszymi koszykarkami i koszykarzami.

 

Tai-Chi jako źródło pozytywnej energii dla koszykarza

http://www.facebook.com/rzutzdystansu

Od jakiegoś czasu szukam inspiracji do tego, aby wciąż poprawiać swoją grę nie tylko poprzez samo trenowanie koszykówki, ale także poprzez inne możliwe sfery rozwoju fizycznego i mentalnego. Szukam bardzo często różnych dróg i możliwości, które mogą mnie przybliżyć do stopniowego i systematycznego odkrywania takich źródeł, które korzystnie wpływają nie tylko na ciało, ale także na umysł. Dzięki temu poznałem jakiś czas temu Tai Chi i przyznam szczerze, że owoc moich poszukiwań okazał się strzałem w dziesiątkę.

tai-chi-best-man-2

Tai Chi jest gimnastyką medytacyjną, polegającą na wykonywaniu płynnych i harmonijnych ćwiczeń ruchowych które korzystnie wpływają na organizm człowieka. Od jakiegoś czasu i ja staram się regularnie ćwiczyć ten starożytny system ćwiczeń ruchowych i dlatego właśnie postanowiłem napisać coś więcej o tym, czym w zasadzie dla mnie Tai Chi jest. Czy wszyscy, którzy grają w koszykówkę powinni zabrać się za uprawianie tej formy ćwiczeń w celu poprawy i ulepszenia swoich możliwości w grze w koszykówkę?

Tai Chi powstało w XI wieku w Chinach i jest zarówno chińską sztuką walki, jak również ćwiczeniami ruchowymi mającymi wiele wspólnego z gimnastyką medytacyjną ciała i umysłu mającą na celu poprawę funkcjonowania organizmu. Ten system ćwiczeń ruchowych, który powstał w Chinach jest nie tylko sztuką walki, ale również ćwiczeniami zdrowotnymi zakorzenionymi w tradycji taoistycznej. Tradycja ta słynie z kultywowania sztuk zdrowia i długowieczności.

tai-chi-best-man-4

Napisałem kiedyś artykuł o Robercie Parishu i jego medytacjach https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/06/09/medytacje-roberta-parisha/ i przyznam szczerze, że tematem zainteresowałem się od razu. Parish będąc zawodnikiem Boston Celtics jeszcze latach 80-tych ubiegłego stulecia regularnie medytował przed każdym meczem i oprócz tego uprawiał właśnie Tai Chi. Robert Parish grał zawodowo w koszykówkę bardzo długo, bowiem swoją karierę koszykarską zakończył mając 44 lata. Parish w wielu wywiadach twierdził, że to, co pozwoliło mu grać tak długo, to z pewnością właściwa dieta, odpowiednia ilość snu i systematyczne uprawianie Tai Chi.

Pozytywna energia

Regularne ćwiczenie dowolnego stylu Tai Chi pomaga nam stworzyć samemu pozytywną energię. Być może niektórym wyda się to nieco dziwne, ale ja podczas ćwiczeń z każdą minutą czuję się coraz lepiej, mogę nawet powiedzieć, że po 25 minutowym treningu czuję się szczęśliwszy niż tuż przed nim. Być może wpływ na to ma naturalne wytwarzanie serotoniny, czyli hormonu szczęścia, który wytwarza nasz organizm podczas wysiłku fizycznego. Ale w Tai Chi jest jeszcze pewna istotna rzecz, mianowicie uważa się, że każdy człowiek posiada naturalną energię, która płynie przez ciało. Podczas wykonywania ćwiczeń Tai Chi energia ta jest odblokowywana jeszcze bardziej i przepływa przez nasze ciało jeszcze swobodniej.

Jak poznawać Tai Chi?

Tai Chi nie wymaga od nas wiele oprócz tego, żeby regularnie wykonywać ćwiczenia zawarte w tym systemie, które już poznaliśmy i w miarę możliwości poszerzać swoją wiedzę na temat nowych ćwiczeń. Po co poszerzać swoją wiedzę w tym zakresie?

Wiedza na temat Tai Chi potrzebna nam jest, abyśmy znali możliwie jak najszerszą gamę ćwiczeń, których w podstawowym stylu Tai Chi jest naprawdę bardzo wiele. Dzięki temu, że zapoznamy się z większą gamą ćwiczeń będziemy mieli możliwość dopasowania ich do siebie i swoich możliwości.

Tai Chi posiada naprawdę bardzo szeroką gamę różnego rodzaju ćwiczeń, które mają swoje nietypowe nazwy, takie choćby jak: „Biały żuraw rozwija skrzydła”, „Odganianie małpy”, „Czesanie grzywy dzikiego konia”, „Łapanie wróbla za ogon”, czy „Granie na lutni”.

Są zarówno dłuższe i krótsze formy Tai Chi i istnieje wiele styli. Na przykład w stylu Yang mamy dokładnie 88 ćwiczeń (kroków) do opanowania, ale są też rozwinięte wersje tego stylu, w których kroków jest niekiedy nawet ponad 100. My natomiast możemy wybrać takie ćwiczenia z wybranego stylu Tai Chi, które będą nam potrzebne tylko do tego, aby po opanowaniu ich mogły przysłużyć się nam do poprawy gry w koszykówkę. W ćwiczeniach takich najważniejsze wydaje się być rozciąganie mięśni. Ja do tej pory nauczyłem się tylko nieco ponad dwudziestu a i tak z reguły wykonuję tylko 10 do 15 ćwiczeń z jednego, podstawowego stylu.

tai-chi-best-man-3

Co nam daje Tai Chi?

Regularne uprawianie Tai Chi pomaga nam się zrelaksować, a także rozciągnąć trochę zmęczone po treningu, lub dłuższej grze mięśnie. Ćwiczenia zawarte w Tai Chi są zresztą tak skonstruowane, aby pozytywnie wpływały na nasz organizm nie tylko fizycznie, ale także psychicznie.  Regularna gimnastyka poprawia bowiem naszą gibkość, zwinność, ale również uspokaja nasz umysł. Powolne ruchy, które wykonujemy w trakcie treningu wpływają pozytywnie na nasze myśli i mogą naprawdę również trochę uspokoić. Dzięki systematycznemu uprawianiu tych ćwiczeń ja czuję się silniejszy, spokojniejszy i być może nawet trochę młodszy.

Co jest jeszcze istotne? Warto powiedzieć może jeszcze o tym, że aby regularnie uprawiać Tai Chi wystarczy nam około 20 lub 30 minut dziennie na trening. Ćwiczenia możemy wykonywać zarówno w pokoju w domu, lub w mieszkaniu, jak również na powietrzu, na przykład w parku. Warto wtedy jednak znaleźć jakieś spokojniejsze i bardziej ciche miejsce, aby móc dobrze skoncentrować się na wykonywanych ćwiczeniach.

Tai Chi a koszykówka

 Tai Chi u kogoś, kto gra w koszykówkę może rozwijać również instynkt, czujność, refleks i co ważne- równowagę, co zdecydowanie przydaje się podczas gry. Efekty ćwiczeń zawartych w systemie Tai Chi można odczuć już po kilkunastu sesjach treningowych, ale te największe korzyści z uprawiania dowolnego stylu Tai Chi odczuwa się dopiero po kilku miesiącach w miarę regularnych ćwiczeń. Ja na przykład jestem przekonany, że dzięki Tai Chi poprawiłem zdecydowanie swój rzut z półdystansu, koncentrację i umiejętność spokojnego oddychania podczas biegania po parkiecie lub po boisku w czasie meczów.

tai-chi-kosz-3

Na parkiecie jestem bardziej opanowany i spokojny, myślę też, że poprawiłem swoje koszykarskie IQ, bowiem lepiej orientuję się na przykład w tym gdzie mam się ustawić, jak bronić zawodnika z piłką i kiedy starać się być w centrum akcji, a kiedy po prostu sobie odpuścić. Tai chi z pewnością uczy równowagi i to nie tylko w sensie fizycznym, ale też psychicznym. Tai Chi pomaga zmysłom lepiej pracować, co z kolei pozytywnie wpływa przy okazji gry w meczach koszykówki.

Ćwiczenia te świetnie wpływają też na układ mięśniowy i oddechowy. Tai Chi doskonali nasze ciało i umysł i pozytywnie wpływa na nasz organizm. Jesteśmy bardziej skoncentrowani, rozluźnieni i silniejsi, co zdecydowanie może przydać się każdemu kto regularnie gra w koszykówkę.

Jak się uczyć Tai Chi?

Na samym początku poznawanie Tai Chi może okazać się trochę niełatwe, niektóre ćwiczenia bowiem są naprawdę skomplikowane. Jest jednak sporo dostępnych książek o tym jak się uczyć Tai Chi i swoją wiedzę można pogłębiać  nie tylko poprzez czytanie fachowej literatury, ale także poprzez naukę z dostępnych na YouTube kanałów na których instruktorzy pokazują jak wykonywać poszczególne kroki.

Mam nadzieję, że zachęciłem Was do poznania Tai Chi.  Każdy kto gra w koszykówkę i uprawia jakąkolwiek inną dyscyplinę sportu z pewnością może dzięki Tai Chi rozwinąć nie tylko swoją kondycję fizyczną, ale także mentalną, do czego Was wszystkich zachęcam.