Tai-Chi jako źródło pozytywnej energii dla koszykarza

http://www.facebook.com/rzutzdystansu

Od jakiegoś czasu szukam inspiracji do tego, aby wciąż poprawiać swoją grę nie tylko poprzez samo trenowanie koszykówki, ale także poprzez inne możliwe sfery rozwoju fizycznego i mentalnego. Szukam bardzo często różnych dróg i możliwości, które mogą mnie przybliżyć do stopniowego i systematycznego odkrywania takich źródeł, które korzystnie wpływają nie tylko na ciało, ale także na umysł. Dzięki temu poznałem jakiś czas temu Tai Chi i przyznam szczerze, że owoc moich poszukiwań okazał się strzałem w dziesiątkę.

tai-chi-best-man-2

Tai Chi jest gimnastyką medytacyjną, polegającą na wykonywaniu płynnych i harmonijnych ćwiczeń ruchowych które korzystnie wpływają na organizm człowieka. Od jakiegoś czasu i ja staram się regularnie ćwiczyć ten starożytny system ćwiczeń ruchowych i dlatego właśnie postanowiłem napisać coś więcej o tym, czym w zasadzie dla mnie Tai Chi jest. Czy wszyscy, którzy grają w koszykówkę powinni zabrać się za uprawianie tej formy ćwiczeń w celu poprawy i ulepszenia swoich możliwości w grze w koszykówkę?

Tai Chi powstało w XI wieku w Chinach i jest zarówno chińską sztuką walki, jak również ćwiczeniami ruchowymi mającymi wiele wspólnego z gimnastyką medytacyjną ciała i umysłu mającą na celu poprawę funkcjonowania organizmu. Ten system ćwiczeń ruchowych, który powstał w Chinach jest nie tylko sztuką walki, ale również ćwiczeniami zdrowotnymi zakorzenionymi w tradycji taoistycznej. Tradycja ta słynie z kultywowania sztuk zdrowia i długowieczności.

tai-chi-best-man-4

Napisałem kiedyś artykuł o Robercie Parishu i jego medytacjach https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/06/09/medytacje-roberta-parisha/ i przyznam szczerze, że tematem zainteresowałem się od razu. Parish będąc zawodnikiem Boston Celtics jeszcze latach 80-tych ubiegłego stulecia regularnie medytował przed każdym meczem i oprócz tego uprawiał właśnie Tai Chi. Robert Parish grał zawodowo w koszykówkę bardzo długo, bowiem swoją karierę koszykarską zakończył mając 44 lata. Parish w wielu wywiadach twierdził, że to, co pozwoliło mu grać tak długo, to z pewnością właściwa dieta, odpowiednia ilość snu i systematyczne uprawianie Tai Chi.

Pozytywna energia

Regularne ćwiczenie dowolnego stylu Tai Chi pomaga nam stworzyć samemu pozytywną energię. Być może niektórym wyda się to nieco dziwne, ale ja podczas ćwiczeń z każdą minutą czuję się coraz lepiej, mogę nawet powiedzieć, że po 25 minutowym treningu czuję się szczęśliwszy niż tuż przed nim. Być może wpływ na to ma naturalne wytwarzanie serotoniny, czyli hormonu szczęścia, który wytwarza nasz organizm podczas wysiłku fizycznego. Ale w Tai Chi jest jeszcze pewna istotna rzecz, mianowicie uważa się, że każdy człowiek posiada naturalną energię, która płynie przez ciało. Podczas wykonywania ćwiczeń Tai Chi energia ta jest odblokowywana jeszcze bardziej i przepływa przez nasze ciało jeszcze swobodniej.

Jak poznawać Tai Chi?

Tai Chi nie wymaga od nas wiele oprócz tego, żeby regularnie wykonywać ćwiczenia zawarte w tym systemie, które już poznaliśmy i w miarę możliwości poszerzać swoją wiedzę na temat nowych ćwiczeń. Po co poszerzać swoją wiedzę w tym zakresie?

Wiedza na temat Tai Chi potrzebna nam jest, abyśmy znali możliwie jak najszerszą gamę ćwiczeń, których w podstawowym stylu Tai Chi jest naprawdę bardzo wiele. Dzięki temu, że zapoznamy się z większą gamą ćwiczeń będziemy mieli możliwość dopasowania ich do siebie i swoich możliwości.

Tai Chi posiada naprawdę bardzo szeroką gamę różnego rodzaju ćwiczeń, które mają swoje nietypowe nazwy, takie choćby jak: „Biały żuraw rozwija skrzydła”, „Odganianie małpy”, „Czesanie grzywy dzikiego konia”, „Łapanie wróbla za ogon”, czy „Granie na lutni”.

Są zarówno dłuższe i krótsze formy Tai Chi i istnieje wiele styli. Na przykład w stylu Yang mamy dokładnie 88 ćwiczeń (kroków) do opanowania, ale są też rozwinięte wersje tego stylu, w których kroków jest niekiedy nawet ponad 100. My natomiast możemy wybrać takie ćwiczenia z wybranego stylu Tai Chi, które będą nam potrzebne tylko do tego, aby po opanowaniu ich mogły przysłużyć się nam do poprawy gry w koszykówkę. W ćwiczeniach takich najważniejsze wydaje się być rozciąganie mięśni. Ja do tej pory nauczyłem się tylko nieco ponad dwudziestu a i tak z reguły wykonuję tylko 10 do 15 ćwiczeń z jednego, podstawowego stylu.

tai-chi-best-man-3

Co nam daje Tai Chi?

Regularne uprawianie Tai Chi pomaga nam się zrelaksować, a także rozciągnąć trochę zmęczone po treningu, lub dłuższej grze mięśnie. Ćwiczenia zawarte w Tai Chi są zresztą tak skonstruowane, aby pozytywnie wpływały na nasz organizm nie tylko fizycznie, ale także psychicznie.  Regularna gimnastyka poprawia bowiem naszą gibkość, zwinność, ale również uspokaja nasz umysł. Powolne ruchy, które wykonujemy w trakcie treningu wpływają pozytywnie na nasze myśli i mogą naprawdę również trochę uspokoić. Dzięki systematycznemu uprawianiu tych ćwiczeń ja czuję się silniejszy, spokojniejszy i być może nawet trochę młodszy.

Co jest jeszcze istotne? Warto powiedzieć może jeszcze o tym, że aby regularnie uprawiać Tai Chi wystarczy nam około 20 lub 30 minut dziennie na trening. Ćwiczenia możemy wykonywać zarówno w pokoju w domu, lub w mieszkaniu, jak również na powietrzu, na przykład w parku. Warto wtedy jednak znaleźć jakieś spokojniejsze i bardziej ciche miejsce, aby móc dobrze skoncentrować się na wykonywanych ćwiczeniach.

Tai Chi a koszykówka

 Tai Chi u kogoś, kto gra w koszykówkę może rozwijać również instynkt, czujność, refleks i co ważne- równowagę, co zdecydowanie przydaje się podczas gry. Efekty ćwiczeń zawartych w systemie Tai Chi można odczuć już po kilkunastu sesjach treningowych, ale te największe korzyści z uprawiania dowolnego stylu Tai Chi odczuwa się dopiero po kilku miesiącach w miarę regularnych ćwiczeń. Ja na przykład jestem przekonany, że dzięki Tai Chi poprawiłem zdecydowanie swój rzut z półdystansu, koncentrację i umiejętność spokojnego oddychania podczas biegania po parkiecie lub po boisku w czasie meczów.

tai-chi-kosz-3

Na parkiecie jestem bardziej opanowany i spokojny, myślę też, że poprawiłem swoje koszykarskie IQ, bowiem lepiej orientuję się na przykład w tym gdzie mam się ustawić, jak bronić zawodnika z piłką i kiedy starać się być w centrum akcji, a kiedy po prostu sobie odpuścić. Tai chi z pewnością uczy równowagi i to nie tylko w sensie fizycznym, ale też psychicznym. Tai Chi pomaga zmysłom lepiej pracować, co z kolei pozytywnie wpływa przy okazji gry w meczach koszykówki.

Ćwiczenia te świetnie wpływają też na układ mięśniowy i oddechowy. Tai Chi doskonali nasze ciało i umysł i pozytywnie wpływa na nasz organizm. Jesteśmy bardziej skoncentrowani, rozluźnieni i silniejsi, co zdecydowanie może przydać się każdemu kto regularnie gra w koszykówkę.

Jak się uczyć Tai Chi?

Na samym początku poznawanie Tai Chi może okazać się trochę niełatwe, niektóre ćwiczenia bowiem są naprawdę skomplikowane. Jest jednak sporo dostępnych książek o tym jak się uczyć Tai Chi i swoją wiedzę można pogłębiać  nie tylko poprzez czytanie fachowej literatury, ale także poprzez naukę z dostępnych na YouTube kanałów na których instruktorzy pokazują jak wykonywać poszczególne kroki.

Mam nadzieję, że zachęciłem Was do poznania Tai Chi.  Każdy kto gra w koszykówkę i uprawia jakąkolwiek inną dyscyplinę sportu z pewnością może dzięki Tai Chi rozwinąć nie tylko swoją kondycję fizyczną, ale także mentalną, do czego Was wszystkich zachęcam.

 

 

 

Rzucający obrońca nie jest „soft”

Miałem okazję usłyszeć i przeczytać ostatnio sporo komentarzy na temat tego, jakim to „mięczakiem” jest zawodnik, który pełni rolę rzucającego obrońcy w drużynie koszykarskiej. Właśnie dlatego postanowiłem, że napiszę parę słów o tym dlaczego rzucający obrońca w koszykarskiej drużynie odgrywa bardzo ważną, a nawet wręcz kluczową rolę i co najważniejsze, bynajmniej nie jest mięczakiem, który potrafi tylko rzucać z dystansu.

 Sporo słyszy się ostatnio o „nowej erze koszykówki”, która w większości opiera się na stylu gry nazwanym „small ball”. Gra w stylu small ball jak pewnie wszyscy z Was wiedzą polega głównie na tym, żeby największą rolę w drużynie  odgrywali zawodnicy rzucający z daleka. Ci zawodnicy mają za zadanie dostarczać punkty swojej drużynie nie poprzez siłowe wjazdy pod kosz przeciwnika i przepychanki pod tablicą, a bardziej poprzez znalezienie się w odpowiedniej pozycji na parkiecie, która umożliwiłaby w miarę swobodny rzut i zdobycie punktów z dalszej odległości od kosza. Najlepiej przy tym jeszcze, żeby ci zawodnicy oddawali swoje rzuty zza linii trzech punktów i robili to tak, aby były one celne.

rzucajacy-obronca-blog

Przykładem tego typu zawodników w lidze NBA są niżsi i raczej drobniej zbudowani zawodnicy, tacy choćby jak: Stephen Curry z Golden State Warriors, DJ Augustin z Orlando Magic, Seth Curry z Dallas Mavericks, Ish Smith z Detroit Pistons, Jeff Teague i Aaron Brooks z Indiany Pacers, Austin Rivers z LA Clippers, czy Isaiah Thomas z Boston Celtics. Jest też Jamal Crawford z LA Clippers. Wymieniać można by tak jeszcze długo. W każdym razie wszyscy oni zdecydowanie najczęściej widoczni są na obwodzie, aniżeli gdzieś w okolicach pomalowanego pola i jest to jasna sprawa, biorąc pod uwagę ich wzrost (nie mają zwykle więcej niż 190 cm) i gabaryty (nie ważą zwykle więcej niż 75-80 kg).

Pojawiają się teorie, że rzucający obrońca nie musi posiadać wysokiego koszykarskiego IQ. Według mnie to nieprawda. Teorie te głównie oparte są na tym, że rzucający obrońca nie rozgrywa piłki, a więc nie musi zbyt wiele myśleć na parkiecie. Choć taki zawodnik może być niższy (podobnie jak rozgrywający), to teoretycznie nie musi dbać o rozprowadzanie piłek, rozciąganie gry, odpowiednie konstruowanie akcji od samego początku i przede wszystkim nie musi dysponować odpowiednim przeglądem pola (to robi przecież rozgrywający). Cóż, nie zgadzam się z tym a przykładem rzucającego obrońcy, który potrafi rozgrywać niech będzie choćby James Harden.

Zostawmy jednak na chwile NBA w spokoju i zajmijmy się koszykówką w bliższym dla nas wydaniu, czyli tą amatorską. Gdziekolwiek nie grałby rzucający obrońca (czy to w USA, czy na szkolnym boisku) to musi on przecież znać się na takich podstawowych elementach gry jak to gdzie się ustawić i jak bronić zawodnika, którego kryje. Musi też mieć rozwinięty instynkt i wiedzieć kiedy rzucać, a kiedy lepiej nie, a przede wszystkim musi wykazać się takim instynktem w obronie i mieć bardzo dobrze rozwinięte zdolności związane z odpowiednim „wyczuciem” piłki przy wykonywaniu rzutów na przykład zza łuku. Takich zdolności nie musi posiadać na przykład rozgrywający. Rozgrywający nie musi mieć „celownika”, bo przecież nie oczekuje się od niego rzucania z dystansu. Kto w drużynie potrafi celnie rzucać oprócz rzucającego obrońcy? Kto dysponuje takim rzutem z półdystansu jak właśnie rzucający obrońca? Kto potrafi tak kozłować i ma taki ballhandling? Silny skrzydłowy? Center? Zdecydowanie nie.

rzucajacy-obronca-blog-3

Każdy więc pełni na parkiecie swoją rolę i nie wolno tu umniejszać atutów rzucającego obrońcy w jakikolwiek sposób.

Zawodnicy tacy grają nie tylko w NBA, bowiem koszykarzy mierzących około 185 cm i ważących około 75 kg jest cała masa i takich graczy spotykam na przykład w czasie meczów w amatorskiej lidze koszykówki w moim mieście. Jest więc nas całe mnóstwo i mówię „nas”, ponieważ ja również przy swoim wzroście 180 cm i wadze nawet poniżej 70 kg pozwoliłem sobie zaliczać siebie do tego typu zawodników, czyli do rzucających obrońców. Jeżeli gram, to na pozycji rzucającego obrońcy. Dlaczego akurat na tej pozycji? Cóż, pod koszem niewiele bym zdziałał z racji swojej postury, a poza tym ja po prostu lubię być obrońcą i rzucać z daleka (choć kiedyś tego nie lubiłem). Serio. Jaram się, kiedy jestem w obronie i bronię określonej strefy przed zawodnikiem z piłką tak samo, jak wtedy kiedy stoję na obwodzie w ofensywie i czekam na podanie, aby w dogodnym dla siebie momencie rzucić piłkę z dystansu w kierunku obręczy.

nad-obrecza-zdjecie-hala

  Wiecie co? Rzucający obrońca musi wykonać kawał solidnej pracy nad sobą, żeby móc być w tym na tyle dobry, żeby jego rzuty były celne. Na tyle celne, żeby trafić na indywidualnym treningu  25-30 rzutów na 50 (to akurat znów o mnie).  W większości jednak trafiam raczej średnio około 20-23/50. Nie jestem więc aż tak świetnym rzucającym zawodnikiem, ale staram się.

A teraz trochę moich osobistych spostrzeżeń co do gry rzucającego obrońcy. Mogę się też pochwalić, a co tam. Miałem kiedyś 100% skuteczności w meczu w ciągu 5 minut gry. Rozegrałem właśnie taki mecz w maju 2016 roku. Dlaczego tylko w ciągu 5 minut? Co z resztą minut? Cóż, reszty minut nie było. Nie było, ponieważ grałem w tym meczu właśnie tylko te 5 minut. Czy gdybym grał dłużej moja skuteczność rzutowa wciąż wynosiłaby 100%? Pewnie nie.

Kolejny przykład. Trening, luźna gierka 5×5. Biegam po parkiecie od czterech, może pięciu minut. Jak do tej pory mam tylko 1 asystę na swoim koncie i nie miałem piłki w rękach w ofensywie. Kiedy jestem w obronie i  bronię swojej strefy i zawodnika z piłką, atakująca nas drużyna nie zdobywa punktów, ale to akurat nie ja przechwyciłem piłkę. Starałem się natomiast być bardzo aktywny w obronie swojego zawodnika. Kolejna akcja, znowu w obronie. Zawodnik z piłką przede mną kozłuje, robi jeden zwód, drugi, ale bronię tak, że nie udaje mu się podać do innego zawodnika z jego drużyny, ani też wejść pod kosz, lub znaleźć się na czystej pozycji do oddania rzutu. Podaje więc nieprecyzyjnie i moja drużyna znowu przejmuje piłkę. Biegnę wtedy na prawe skrzydło (kiedy atakujemy na kosz drużyny przeciwnej) i otrzymuję podanie stojąc na linii trzech punktów. Patrzę przed siebie, skaczę i rzucam. Trafiam. 3 punkty. Po około minucie znów otrzymuję piłkę na linii rzutów za trzy. Robię to samo, ale tym razem nie trafiam, a w kolejnej akcji w ofensywie piłka trafia w moje ręce, kozłuję przez chwilę, rozglądam się i podaję na prawe skrzydło do centra, który po dwutakcie i pewnym wejściu pod kosz zdobywa punkty. Zaliczyłem asystę. Po około 10 minutach gry schodzę z boiska. Mam na koncie 3 punkty i 2 asysty na skuteczności rzutowej 50%. To fakty, nie wymysły.

Możecie pomyśleć, że:

a)to nic wielkiego, to zdobycie tych 3 punktów i 2 asyst przez 10 minut gry, albo, że

  1. b) chwalę się i mieć gdzieś te przechwałki, lub pomyśleć, że
  2. c) zdobycie 3 punktów i 2 asyst przy 50% skuteczności rzutowej to już „coś” biorąc pod uwagę też to jak skutecznie zagrałem w obronie.

Ale ja nie podałem tych przykładów po to, żeby się chwalić. Napisałem o nich po to, żeby coś przekazać. Czy zawodnik mierzący 180 cm i ważący 64 kg grający co prawda przez niewiele minut, ale na niezłej skuteczności rzutowej wynoszącej w wyżej podanych przykładach odpowiednio 100% i 50% może być nazwany przymiotnikiem soft? Czy taki zawodnik może być nazwany miękkim, jeżeli w obronie sprawdza się bardzo dobrze, bowiem kiedy przebywa na parkiecie drużyna przeciwna po przeprowadzonych akcjach ofensywnych daje radę przez około 10 minut gry umieścić piłkę w koszu w 2,3 akcjach na 7? Myślę, że nie.

 Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bynajmniej naprawdę nie dlatego, żeby się  czymkolwiek chwalić. Nie. Pokazałem te konkretne przykłady i napisałem akurat o sobie, ponieważ jest mi najłatwiej przedstawić wartość rzucającego obrońcy ze swojej perspektywy.

rzucajacy-obronca-blog-2

Wracamy do początku. Napisałem, że usłyszałem sporo komentarzy na temat tego jakimi mięczakami są rzucający obrońcy. Wiele osób na forach portali koszykarskich pisze o tym, jakim to mięczakiem jest na przykład Stephen Curry. Ci z Was, którzy ogarniają temat wiedzą o co chodzi. Piszą o tym, że nie poradził sobie w Finałach 2016 roku i jest „done”, że potrafi tylko rzucać z daleka. Spora grupa osób pisze też, że taka „small ballowa” koszykówka to gra dla mięczaków, którzy nie mają siły. Każdy ma prawo mieć swoje zdanie i w porządku. Ale ja nigdy nie zgodzę się z takimi stwierdzeniami, że koszykówka oparta na rzucaniu z dystansu i bronieniu to koszykówka dla mięczaków i że tylko gra twarda, oparta na pewnych wejściach pod kosz to prawdziwa gra, taka jak trzeba! Tak twierdzi wiele, naprawdę wiele osób.

Nie zgadzam się z tym, bo według tych teorii wspomniani wcześniej zawodnicy tacy jak Ish Smith, czy Aaron Brooks, James Harden lub Austin Rivers byliby soft. Dla mnie moi drodzy to kompletna bzdura. Bo czy Austin Rivers, który w meczu swojej drużyny LA Clippers z Orlando Magic rozegranym 14 grudnia 2016, zdobywając 25 punktów i trafiając 7 razy na 10 za „trzy” prowadząc swoją drużynę do zwycięstwa może być nazwany mięczakiem? Czy mięczakiem jest Aaron Brooks, który w meczu rozegranym 26 grudnia pomiędzy Indiana Pacers a Chicago Bulls dał solidnego bloka pod koszem wyższemu od siebie o 30 centymetrów Robinowi Lopezowi zaliczając jednocześnie przy tym przechwyt? Wątpię.

Wszyscy, którzy mają 180 cm i ważą niewiele ponad 70 kg wiedzą doskonale ile wysiłku trzeba włożyć w to, żeby w czasie 1,5 godzinnego treningu rzucić 200-250 razy z dystansu. Ile trzeba mieć pary w mięśniach, żeby rzucić w tym czasie na przykład 150 razy za trzy. Bo sorry, ale trochę mieć trzeba. I co najważniejsze, ile trzeba mieć wyczucia, żeby przynajmniej 40% z tych rzutów wpadło do kosza.

Wszystko to, czyli efektywność i skuteczność takich zawodników w ataku (celne podania, dobry kozioł i przegląd pola gry, oraz celne rzuty), a także efektywność w obronie (odpowiednia postawa i umiejętność zastawiania zawodnika z piłką, bronienie dostępu w swojej strefie i drogi pod kosz, umiejętność przechwycenia piłki, dobry refleks, blokowanie podań i nawet zwykłe machanie rękoma w celu przeszkadzania aby atakujący zawodnik z piłką nie miał jak wykonać rzutu) składa się na niewątpliwie dużą wartość zawodnika pełniącego rolę rzucającego obrońcy w drużynie koszykarskiej. Taki zawodnik może być niezwykle przydatny w grze, jeżeli oczywiście odpowiednio się jego zdolności wykorzysta. Taki zawodnik nigdy nie będzie soft i nazywanie właśnie takim przymiotnikiem rzucających obrońców jest błędem.

Zdecydowanie bardziej więc pasowałoby nazywanie takich zawodników przymiotnikiem strong. Już sama logika podpowiada, że niscy gracze, którzy biorą udział w grze przystosowanej bardziej dla wysokich i silniejszych to ludzie, którzy ze swoich braków potrafią stworzyć potencjał. A potencjał to możliwość. Bardziej niż soft są więc smart i strong. Prawda?

 

 

 

 

 

Gortat i Wall nadal grają razem

Pamiętacie początek tego sezonu NBA? Washington Wizards rozpoczęli go od bilansu 2-8 w pierwszych dziesięciu meczach, aby pod koniec listopada dojść do 6 wygranych i 11 przegranych. W drużynie nie kleiło się wiele rzeczy i nawet Marcin Gortat powiedział dziennikarzom, że „mają najgorszą ławkę w całej lidze NBA”, za co oczywiście otrzymał reprymendę od trenera. W dalszej części sezonu powstrzymywał się już od komentarzy i dziennikarzy nawet unikał.

 A później zaczęły się pojawiać plotki dotyczące jego ewentualnego transferu do innego klubu…

Jeżeli mam być szczery, to ja chętnie zobaczyłbym Gortata w koszulce innego klubu. Jeżeli ktoś jest ciekawy dlaczego, to odpowiem po prostu, że uwielbiam transfery w NBA! Poza tym byłaby to jakaś zmiana i nasz rodak, z którego powinniśmy być dumni mógłby być może osiągnąć coś jeszcze w swojej i tak już bardzo barwnej i bogatej koszykarskiej karierze. A z pewnością może coś więcej niż II runda Play-Offs, gdzie kilka sezonów temu dotarł właśnie z Wizards.

gortat-blog

Gdzie Marcin Gortat mógłby powalczyć na przykład o awans do Finału Konferencji? Kiedy o tym myślałem, to od razu zobaczyłem Gortata ze swoją „13” na koszulce w San Antonio Spurs. Wydaje mi się, że pasowałby do systemu gry Popovicha. Oprócz tego pod względem swojego wieku i doświadczenia koszykarskiego idealnie wpasowałby się w drużynę z Teksasu.

W jakim klubie jeszcze mógłby grać Marcin Gortat? Nie wiem. Może w Oklahomie? Transfer Gortata za Stevena Adamsa mógłby być OK… Może Indiana Pacers? Al Jefferson średnio spisuje się tam w tym sezonie, ale szczerze mówiąc, to naprawdę nie mam pojęcia gdzie Marcin Gortat mógłby jeszcze grać  i w sumie to nie chciałbym już dalej drążyć tego tematu, ponieważ póki co sytuacja w klubie z Waszyngtonu zmieniła się trochę na lepsze i forma Marcina Gortata również wskoczyła na wyższy poziom. Nasz rodak zaczął grać coraz lepiej i na dowód tego można przedstawić jego kilka najlepszych występów z początku tego sezonu.

W listopadzie najlepsze występy Gortata, to:

-przegrany mecz przeciwko Chicago Bulls (12 listopada), w którym zdobył 18 pkt, 14 zbiórek, 2 asysty i 1 blok

-przegrany mecz przeciwko Miami Heat (19 listopada), w którym zdobył 10 punktów, 16 zbiórek, 4 asysty i 5 bloków)

-wygrany mecz przeciwko Phoenix Suns (10 punktów, 13 zbiórek, 1 asysta i 1 blok), oraz

– przegrany mecz przeciwko drużynie z Oklahomy (12 punktów, 11 zbiórek, 2 asysty i 1 blok)

W grudniu sytuacja w drużynie zaczęła się jednak poprawiać, pomimo plotek dotyczących Johna Walla. Spekulowano, że być może będzie chciał on zmienić drużynę i przenieść się na przykład do Sacramento Kings, gdzie stworzyłby duet wspólnie ze swoim dobrym znajomym z drużyny z college’u, De Marcusem Cousinem. Przyznam, że nawet ja zajarałem się wtedy zmianą koszulki przez Johna Walla i myślałem, że w sumie to Cousins i Wall naprawdę mieliby szansę stworzyć coś wyjątkowego w Sacramento, ponieważ według mnie pasują do siebie koszykarsko i w jakiś sposób też mentalnie. Wall i Cousins grali bowiem razem jako studenci i do dziś są dobrymi znajomymi.

Plotki te jednak przestały być brane na poważnie, kiedy drużyna z Waszyngtonu zaczęła grać lepszą koszykówkę co przełożyło się na zdecydowanie lepsze wyniki i poprawę bilansu. W grudniu Wizards wygrali 10 meczów przegrywając tylko 5 i drużyna osiągnęła bilans 16-16.

Warto tu wspomnieć o świetnej postawie Marcina Gortata, który w grudniu unikał mediów i wywiadów i skoncentrował się po prostu na grze, co przełożyło się na jego naprawdę świetną grę. Były to mecze:

-przegrany mecz z San Antonio Spurs (2 grudnia), w którym zdobył 21 punktów, 18 zbiórek, 2 asysty i 2 bloki

-wygrany mecz z Brooklyn Nets (5 grudnia), w którym zdobył 10 punktów, 12 zbiórek, 2 asysty i 2 bloki

-wygrany mecz z Charlotte Hornets (14 grudnia), w którym zdobył 16 punktów, 12 zbiórek, 2 asysty i 1 blok)

-przegrany, ale tylko 2 punktami 105:107 mecz z Indiana Pacers (19 grudnia), w którym zdobył 21 punktów i 13 zbiórek

-wygrany mecz z Chicago Bulls (21 grudnia), w którym zdobył 14 punktów,  11 zbiórek i 2 asysty

Były także wygrane mecze przeciwko Indiana Pacers i Brooklyn Nets, w których Marcin Gortat odpowiednio zdobywał:

-13 punktów, 16 zbiórek i 4 asysty (przeciwko Indiana Pacers), oraz

-19 punktów i 13 zbiórek przeciwko drużynie z Brooklynu.

W grudniowych meczach Marcin zdecydowanie grał lepiej i realizował na parkiecie założenia ustalone przez trenera drużyny z Waszyngtonu. W kilku meczach zagrał naprawdę jak prawdziwy lider drużyny i swoją postawą pomógł kolegom w zwycięstwach. Aktualnie drużyna z Waszyngtonu ma bilans 16-18 i plotki co do ewentualnych wymian Gortata lub Walla ucichły. Drużyna chce walczyć i tą chęć walki pokazuje w każdym meczu.

Co do Johna Walla, to warto wspomnieć, że przed początkiem sezonu przebąkiwał coś o tym, że jest niezadowolony ze swojego aktualnego kontraktu wartego 80 mln $. W wywiadach wspominał coś o tym, że jego kolega z drużyny, Bradley Beal tego lata podpisał kontrakt na ponad 100 mln $, a przecież to nie Beal jest liderem drużyny z Waszyngtonu, tylko właśnie John Wall. Być może gdzieś tam Wall poczuł się niedowartościowany, później jednak w wywiadach podkreślił, że to bzdura jakoby miałby być zły na działaczy klubu ze stolicy USA na to, że dali większe pieniądze jego koledze z drużyny. Były też plotki o tym, że na parkiecie, a także poza nim Wall i Beal nie za bardzo potrafią się dogadać.

john-wall-rysunek

Wszystko to sprawiło, że pojawiało się wiele sygnałów o możliwym rozwiązaniu drużyny z Waszyngtonu i ewentualnej przebudowie. Bilans 6-11, który zanotowali zawodnicy Wizards w pierwszym miesiącu rozgrywek też nie był optymistyczny.

Sytuacja jednak zmieniła się na lepsze i teraz Wizards na czele z Johnem Wallem (który zdobywa średnio 23.5 pkt, 10 asyst, 4 zbiórki i 3 przechwyty na mecz) i Marcinem Gortatem (11.5 pkt, 12.0 zbiórek i 1 blok na mecz w tym sezonie) grają lepiej. Czy jednak na tyle lepiej, aby dalej grać razem i wspólnie poprowadzić tą drużynę do Play-Offs w tym sezonie?

Co będzie dalej i jak będzie wyglądała gra „Czarodziejów” z Waszyngtonu tego nie wie nikt. Widać jednak, że coś się zmieniło na lepsze i jest szansa na poprawę. Być może więc w trakcie okienka transferowego, które już w lutym klub ze stolicy USA wzmocni się jeszcze jakimś wartościowym zawodnikiem i wymieni kogoś z aktualnego składu drużyny? Kto to będzie? Być może Trey Burke, który spisywał się jak do tej pory przeciętnie (5 pkt, 1 asysta i 0.5 zbiórki na mecz), choć zanotował świetny występ w grudniowym meczu z Brooklyn Nets, w którym zdobył 27 punktów, 2 zbiórki i 2 asysty trafiając 10 z 12 rzutów z pola i mając 100% skuteczność zza linii trzech punktów (trafił rzutów na 5 prób!) Może warto więc jeszcze dać szanse temu zawodnikowi na wykazanie się.

 Pojawiały się plotki, że Wizards są zainteresowani rzucającym obrońcą Willem Bartonem z Denver Nuggets, który w tym sezonie zdobywa średnio 13.6 pkt, 2.7 zbiórki i 4.7 asysty na mecz i jest znaczącym zawodnikiem w drużynie z Denver, która być może będzie chciała się przebudować. A więc kto wie, być może Wizards powalczą jeszcze o odzyskanie honoru i swojej pozycji w konferencji wschodniej.

Póki co więc Marcin Gortat i John Wall grają razem i nie zanosi się na transfer któregokolwiek z tych zawodników do innego klubu. Zobaczymy jak będzie wyglądała gra Wizards w styczniu. Dalsza część tego sezonu zapowiada się więc ciekawie, może nawet równie ciekawie jak rysunki mojego syna, które dorzucam do tego artykułu. Kilka lat temu, kiedy Przemek miał sześć lat narysował Marcina Gortata. Kilka dni temu natomiast narysował sobie Johna Walla. Progres w kresce jest zdecydowany! Być może taki właśnie progres zanotuje też drużyna z Waszyngtonu na czele z naszym rodakiem, czego im właśnie życzę.

 

 

 

Gołąb koszykarz

 Wchodziłem do mieszkania z zakupami zrobionymi przed chwilą w sklepie spożywczym pod moim blokiem, kiedy z pokoju dobiegły mnie okrzyki mojego syna: „Tato, zobacz kto jest na balkonie! Szybko!” Okrzyki były na tyle donośne i emocjonalne, że zdążyłem tylko rzucić torby z zakupami w przedpokoju i czym prędzej wbiegłem do dużego pokoju, aby sprawdzić co się dokładnie dzieje.

 Kiedy otworzyłem pospiesznie drzwi i wbiegłem do pokoju, Agata i Przemek stali przy balkonie z telefonem i robili zdjęcia. Nie miałem pojęcia o co chodzi, tym bardziej, że na balkonie nie zauważyłem nikogo.

-Tato, zobacz kto do nas przyleciał! – powiedział tym razem już trochę bardziej spokojnym tonem mój syn.

-Zobacz gdzie usiadł, tylko podejdź spokojnie i powoli – dodała Agata, po czym pokazała mi wreszcie co się dzieje.

Podszedłem trochę bliżej okna balkonu i wreszcie go zauważyłem. Siedział dość pewnie na parapecie balkonu. Gołąb. Szary, trochę zmęczony, a może po prostu przemęczony gołąb, który najwyraźniej był również miłośnikiem koszykówki. Dlaczego? Usiadł na mojej piłce do koszykówki, którą położyłem na bagażniku mojego roweru.

Staliśmy tak we trójkę i patrzyliśmy na niego, a on patrzył chyba też na nas. Zauważyłem, że mruga dość niemrawo oczami i jest albo zmęczony, albo głodny. Siedział cały czas na tej mojej pomarańczowej piłce i ani myślał z niej sfrunąć, ani chociaż zeskoczyć.

balkon-pilka-blog

-Może trzeba dać mu coś do jedzenia? – zapytałem Agaty.

-Nie wiem, ale możliwe, że naprawdę jest głodny – odpowiedziała.

W pierwszej chwili pomyślałem, że wrócę do przedpokoju i wyjmę z niej chleb, który kupiłem i dam temu niesfornemu gołębiowi-koszykarzowi, aby co nieco się posilił. Ale szybko przypomniałem sobie, że gołębiom i ptakom lepiej dać do zjedzenia coś, co jest po prostu ziarnem. Ptaki bowiem źle trawią chleb i wszelkiego rodzaju bułki, chociaż lubią takie rzeczy jeść.

Poszedłem więc do kuchni i otworzyłem szafkę, w której trzymam płatki owsiane. Nasypałem trochę do nakrętki od słoika i przyniosłem do pokoju. Nie wiedziałem tylko, czy ten gołąb się nie wystraszy i nie odleci.

-Ciiiichoooo…. – powiedziałem do Agaty i Przemka- dam temu gołębiowi coś do jedzenia.

Powoli otworzyłem drzwi balkonu i spojrzałem na gołębia, który nadal siedział na mojej piłce i ani myślał robić cokolwiek innego. Powolnym ruchem postawiłem mu nakrętkę z płatkami owsianymi niemal tuż przed jego dziobem. Właśnie wtedy ten niesforny gołąb sfrunął z mojej piłki prosto na posadzkę balkonową, a następnie zeskoczył i poleciał znowu w kierunku parapetu na balkonie, ale nie odleciał. Po prostu stał teraz w rogu parapetu i po chwili skulił się trochę.

Zauważyłem, że naprawdę może być z nim coś nie tak, postawiłem więc tą nakrętkę od słoika z płatkami owsianymi obok niego. Gołąb nie wystraszył się mnie ani trochę. Siedział po prostu, zmęczony, ale jeszcze z jakimiś zasobami energii i chyba zaczął zasypiać.

-Co mu jest? –zapytał mnie mój syn.

-Nie wiem. Może jest zmęczony i głodny – odpowiedziałem.

Pomyślałem też, że może być chory i najlepiej byłoby wezwać jakiegoś ornitologa, ale może było na to za wcześnie. Niech sobie odpocznie trochę i może kiedy zje te płatki owsiane polepszy mu się i odleci. Zostawiliśmy więc tego gołębia w spokoju i zamknęliśmy balkon.

 *

Kiedy kilka godzin później robiło się już ciemno, pomyślałem, że zobaczę co u gołębia. Może już odleciał? Podszedłem do balkonu i otworzyłem drzwi. Pewnie już pofrunął do swoich gołębiowych ziomków, żeby zagrać z nimi jakiś mecz.

Ale nie. Gołąb nadal siedział skulony w rogu na parapecie balkonu i zauważyłem tylko, że chyba zjadł trochę tych płatków owsianych, które mu zostawiłem, ponieważ nakrętka od słoika stała trochę przesunięta w innym miejscu i płatków owsianych było wyraźnie trochę mniej niż wtedy, kiedy je tam zostawiałem.

Nie miałem pojęcia co z tym gołębiem robić. Pomyślałem jednak, że może niech sobie dalej kima, a jak już się zregeneruje, to odleci. Zamknąłem więc drzwi od balkonu, zasłoniłem okna zasłonami i poszedłem pisać swoje kolejne blogowe wypociny.

 Kiedy skończyłem pisać było już dobrze po 22.00. Wstałem więc od biurka i przeciągnąłem się. Przypomniałem sobie od razu oczywiście o gołębiu, który nas odwiedził. Poszedłem znów do dużego pokoju i uchyliłem drzwi balkonu. Spojrzałem w róg parapetu. Nasz skrzydlaty gość ciągle spał i ani myślał się gdziekolwiek ruszyć.

-Cóż… – pomyślałem- może w takim razie prześpi się i rano odleci.

Nie chciałem go wyganiać. Niech porządnie wypocznie, zregeneruje siły, zje płatków owsianych rano i odleci, jak to gołąb.

Poszedłem więc spać i byłem ciekaw jak sytuacja będzie wyglądała o poranku.

*

 Kiedy się obudziłem, poranne promienie słońca świeciły już na balkonie. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to: Gołąb. Czym prędzej więc wstałem i podszedłem do balkonu. Wyjrzałem zza drzwi i ku memu zdumieniu zauważyłem, że…gołębia już na balkonie nie było. Nakrętka od słoika była wyraźnie przesunięta i płatków owsianych ubyło sporo.

-A więc odleciał… – powiedziałem do siebie.

Zająłem się swoimi sprawami, wyczyściłem trochę bajzel z płatków owsianych, który zostawił po sobie na balkonie nasz gość i poszedłem wziąć prysznic. Kiedy wróciłem do pokoju z czystej ciekawości podszedłem jeszcze raz do okna i nie mogłem uwierzyć w to co zobaczyłem. Na parapecie znowu siedział ten gołąb! Najwyraźniej upodobał sobie darmowe płatki owsiane i spokojny kącik do spania.

 Co było dalej? Otóż ten niesforny gołąb spędził na naszym balkonie jeszcze 2 dni. Siedział cały dzień i spał całą noc, podjadając co jakiś czas płatki owsiane. Na mojej piłce do koszykówki już nie siadał, ponieważ zabrałem ją z balkonu, umyłem i schowałem do szafy.

Dwa dni po tym jak przyleciał do nas pierwszy raz przestał pojawiać się na naszym balkonie. Daliśmy mu jeść i pozwoliliśmy, żeby trochę odpoczął i nabrał sił. Mam nadzieję, że teraz lata gdzieś ze swoimi gołębiowymi braćmi i cieszy się każdym lotem. Może kiedyś wpadnie do nas jeszcze? Wiem, że jeżeli wystawię na balkon znowu swoją piłkę, może to być bardzo możliwe.

Świąteczna koszykówka

W koszykówkę grać można praktycznie o każdej porze roku, choć z tym stwierdzeniem nie szedłbym zbyt daleko, bowiem jeżeli chodzi o miesiące jesienno-zimowe to w tym przypadku tak kolorowo nie jest. Wie o tym chyba każdy kto gra regularnie. Znalezienie hali, w której w chłodniejszych miesiącach roku można byłoby wyluzować i porzucać choćby przez kilkadziesiąt minut tygodniowo czasami bywa dość trudne i dotyczy to nie tylko mniejszych miejscowości. Uwierzcie, że dla osoby takiej jak ja, która już dawno skończyła szkołę i nie bywa w ośrodkach sportowych zbyt często, czyli tam gdzie znajduje się jakaś porządna hala sportowa, znalezienie takiego miejsca gdzie można byłoby pograć zimą może być niełatwe. Często ratuje mnie to, że wpadam po syna do szkoły, gdzie udaje nam się zagrać razem jakąś gierkę 1×1 lub po prostu porzucać.

basketball-santa

A więc gramy najczęściej wiosną, latem i czasami zimą. Ale co zrobić w okresie świątecznym? Czy w święta, po szaleństwie przygotowań do Wigilii i przygotowywania potraw na świąteczne stoły, aby wreszcie w spokojnej atmosferze podzielić się opłatkiem , można byłoby gdzieś pograć? Nie chodzi mi tu o granie w Wigilię, to oczywiste, ale może by tak pierwszego, lub drugiego dnia świąt po świątecznym śniadaniu, lub obiedzie wybrać się gdzieś i porzucać? Mielibyście na to chęć? Bo ja zdecydowanie tak.

Święta Bożego Narodzenia to czas, który spędza się w gronie rodzinnym. Ale chyba nie byłoby niczego niestosownego w tym, aby w któryś dzień świąt wymknąć się na półtorej, lub dwie godziny z domu (oczywiście jak wspomniałem wcześniej po świątecznym śniadaniu, lub obiedzie) i pójść gdzieś porzucać? Byłoby fajnie? Myślę, że tak. Sęk tylko w tym, GDZIE?

Hale w szkołach są zamknięte i nie ma opcji, żeby gdzieś wbić się i pograć. Chyba, że ktoś ma dobre znajomości z dyrekcją miejscowej szkoły, wtedy jest to łatwe. Ale co zrobić, kiedy nie mamy odpowiednich znajomości? Co zrobić, żeby pograć?

Jeżeli pogoda jest łaskawa (a tak przecież bywało w poprzednich latach) i na zewnątrz jest sucho i w miarę ciepło („w miarę” określiłbym jako przynajmniej 8-10 stopni Celsjusza), można wybrać się na przykład do parku i porzucać choćby przez te 20 lub 30 minut w odpowiednim stroju, którym jest ciepła bluza i obowiązkowo czapka zimowa. Ważne, żeby zrobić to w najcieplejszym momencie dnia, czyli w godzinach między 12.00 a 14.00 kiedy Słońce jeszcze świeci (jeżeli oczywiście jest pogodny dzień). Można przy okazji wtedy pójść na spacer z rodziną, której ruch po biesiadach przy świątecznym stole z pewnością dobrze zrobi. Bo ruch to zdrowie!

 Ale co jeżeli pada śnieg, lub deszcz, albo po prostu jest zbyt zimno? Nie grać? Otóż nie! Jest pewne rozwiązanie kompromisowe. Jakie?

Kiedy byłem nastolatkiem miałem zawieszony w swoim pokoju mini-kosz do grania w koszykówkę. Zimą najczęściej „grałem” w koszykówkę w swoim pokoju i pamiętam, że często włączałem sobie jakiś mecz NBA na stacji DSF, która retransmitowała mecze z poślizgiem z poprzedniego dnia. Brałem wtedy swoją mini piłkę do koszykówki i rzucałem do małej tablicy z mini-obręczą. Pamiętam, że sprawiało mi to wtedy sporą radość. Rzucałem wtedy do kosza i wyobrażałem sobie, że jestem na meczu NBA i że gram w jakiejś drużynie. Rzucałem do tego mini-kosza, zbierałem też piłki, które nie wpadły po rzucie i byłem rozgrywającym, centrem i silnym skrzydłowym w jednej osobie.

swiateczna-koszykowka-picture

Znalazłem więc jakieś wyjście z tej sytuacji, w której gra w normalnych warunkach była niemożliwa. Jeśli więc chodzi o świąteczną koszykówkę, to polecam Wam zaopatrzyć się na święta w taki właśnie mini-kosz do grania w koszykówkę w domu. Myślę, że to nie ucieszy tylko Was, ale wszystkich z rodziny także, jeżeli wspólnie wyluzujecie się trochę podczas rzucania. Bo do mini-koszykówki dobra kondycja nie jest przecież potrzebna. Może w nią pograć zarówno małe dziecko, jak też dorosły i nawet wujek, dziadek i babcia…

Koszykówka łączy ludzi i daje radość, także w święta. Pamiętajcie więc o tym i jeżeli dacie radę, to zaopatrzcie się w swoje mini-kosze. Wesołych Świąt!

 

 

 

Rap-sodia z koszykówką w refrenie

Wpatrywałem się w ekran migoczącego telewizora z kubkiem gorącej herbaty w ręku, a w telewizji jak zwykle przedświąteczne reklamy grały pierwszoplanową rolę, kiedy w pewnym momencie coś przykuło moją uwagę przy oknie. Odłożyłem niespiesznie ciepłą jeszcze herbatę z cytryną, wstałem i spojrzałem w kierunku okna. Gęsty śnieg zaczął wreszcie padać, a jego białe płatki coraz bardziej przykrywały szary asfalt na chodnikach i gałęzie na drzewach. Śnieg. Biały, uspokajający śnieg, który znowu pojawił się na chwilę w Polsce.

Nie wiedziałem co robić w to grudniowe senne popołudnie. Włożyłem do wieży starą płytę Outkast „Aquemini”, której uwielbiam słuchać w te nieco ponure, zimowe dni. Włączyłem „play” i przerzuciłem od razu na ten długi, luźny kawałek „Liberation” trwający prawie dziesięć minut. Ten utwór wprawia mnie zawsze w ten sam, przedziwnie mistyczno-relaksacyjny nastrój.

Słuchałem tej płyty będąc nastolatkiem. Pamiętam jak często wracałem ze szkoły i włączałem czasami telewizję na stację DSF i oglądałem jak swoje niesamowite crossovery na parkietach NBA w swoim drugim roku gry robił Allen Iverson w koszulce Philadelphii 76ers. Iverson to był mój ulubieniec, mój idol z charyzmą tak dużą, że gdyby ją podzielić, to można by było obdarzyć nią jeszcze wielu innych koszykarzy. Oglądałem więc te mecze na DSF-ie, a po obejrzanym meczu wyłączałem telewizor i wkładałem do wieży właśnie tą wspomnianą płytę Outkast. W jesienne wieczory delektowałem się każdym jej utworem, począwszy od „Hold On, Be Strong”, przez „Rosa Parks” (do którego zresztą kawałka Big Boi i Andre z Outkast stworzyli świetny klip), po obydwie części „Da Art Of Storytellin”, wspomniany „Liberation” i kończący płytę energetyczny „Chonky Fire”. Słuchając tej płyty wtedy nie wiedziałem jeszcze, że za parę lat to ja będę nagrywał swoje kawałki i swoje płyty, a pierwsze pieniądze w życiu zarobię właśnie stojąc na scenie i rymując do mikrofonu napisane przez siebie do klasycznego beatu zrymowane wersy. Nie wiedziałem też wtedy, że jakiś czas później nagram kilkanaście solowych płyt, które wielkiej furory w specyficznym świecie „showbiznesu rapowego podziemia” co prawda nie zrobią, ale poznam mnóstwo ludzi tu i ówdzie i stanę na scenach kilkunastu klubów w Warszawie. A kiedy Iverson będzie grał już w koszulce Denver Nuggets moje dwie solowe płyty demo będą zdobić wystawę skateshopu w podziemiach na placu Bankowym tuż przy wejściu na stację Metra Ratusz. Kto by pomyślał… Ale to stare dzieje, od kilku lat już nie nagrywam i zostawiam te rzeczy w spokoju.

Śnieg za oknem wciąż padał i powoli robiło się ciemno. Podszedłem jeszcze raz do okna i patrzyłem na osiedlowy krajobraz. Popołudniowy zachód słońca znowu tworzył tą niesamowitą, brązowo-pomarańczową aurę na coraz ciemniejszym niebie. Ta niby-zorza, dzięki której bloki na moim osiedlu stają się na kilka minut oświetlone w unikalny sposób pojawia się na niebie zawsze zimą.

Usiadłem na sofie, a cały pokój ubarwiły dźwięki „Liberation”, kawałka, który przypomina mi swego rodzaju rapsodię, składającą się z kilku segmentów. Melodia w nim zmienia się dwukrotnie. Poczułem luz. Odpaliłem laptopa i zacząłem sprawdzać wyniki meczów NBA z tego tygodnia. O, Clippersi przegrali trzeci mecz z rzędu! Czy to możliwe? Cholera, Doc Rivers odstawił niezłą szopkę! Poczciwy Doc zaprezentował niezły teatrzyk, kiedy chciał rzucić się na sędziego meczu Brooklyn vs. L.A. Clippers. Doc otrzymał przewinienie techniczne za przekroczenie środkowej linii boiska, kiedy zaczął kłócić się o nieodgwizdany faul zawodnika Nets. Na YouTubie obejrzałem tą scenkę kilka razy i choć mój humor odbiegał dalece od dobrego, udało mi się nawet zaśmiać. Nie z Doca Riversa, co to, to nie. Doc to mój bohater! Doc pokazał pazur! Doc zawsze miał i wciąż ma tą swoją kozacką ikrę, której może mu pozazdrościć wielu trenerów w NBA. Doc to pełen profesjonalizm człowieku! Doc to FACH i profeska ziomuś! Nie ma o czym dyskutować. Mój bohater Doc!

Swoją drogą, fajny nosił numer na koszulce kiedy jeszcze grał w Nowym Jorku, czy w San Antonio. 25. Ten sam numer nosi teraz jego syn, Austin, a Doc jest w Clippersach jego…trenerem. Pierwszy taki przypadek w historii koszykówki w lidze NBA i może nie tylko…

hala-bemowo-cover

Wielu ludzi wiesza psy na jego synu i na tym, że podpisał nowy kontrakt z Clippersami. Zazdroszczą, proste… Twierdzą, że to tatuś mu to załatwił, bo w sumie kiedy spojrzeć na to z bliższej perspektywy, to Austin specjalnie wyróżniającym się zawodnikiem w NBA nie jest. Nie jest nawet zawodnikiem pierwszopiątkowym, a w drużynie z L.A. pełni rolę rezerwowego już od samego początku od kiedy się tam znalazł. Ale dla mnie to nieważne. Nawet jeżeli ma ten kontrakt dzięki swojemu ojcu, to co z tego?  W tym wszystkim ważne i zwyczajnie FAJNE jest to, że gra u boku swojego ojca siedzącego (ale częściej stojącego i pokrzykującego do swoich zawodników) przy trenerskiej ławce, który jest chyba mimo wszystko mentorem swojego syna.  W NBA hejtują ten przypadek jak idzie, ale olać to. Nieważne. Najważniejsze, że mamy duet ojciec-syn w NBA i to w tej samej drużynie. Jaram się tym i tego nie kryję. Zawsze będę ich propsował. To wspaniałe.

Obejrzałem skrót meczu Clippersów z Brooklynem i zacząłem oglądać migawkę z meczu Milwaukee- Cleveland, w którym to ekipa z Milwaukee wygrała z mistrzami NBA. Średnia drużyna, która tylko próbuje w tym sezonie włączyć się do walki o play-offs pokonała LeBrona i jego świtę! Niesamowite! Ale bohaterem tego spotkania wcale nie byli zawodnicy z Milwaukee, o nie. To J.R. Smith z Cavs zagrał znowu pierwsze skrzypce w tym meczu. Tym razem odstawił typowy dla siebie aktorski popis, kiedy zamiast ustawić się w obronie podczas akcji ekipy z Milwaukee podszedł do ławki drużyny „Kozłów” i przybił pionę z weteranem Jasonem Terry’m. Tak po prostu. Twój ziomal to twój ziomal i nieważne, że gra w przeciwnej drużynie. Przywitać się trzeba zawsze! Kiedy więc J.R. olał obronę i przybijał piątkę szczerząc się do Terry’ego, ekipa z Milwaukee zdobyła kolejne punkty. LeBron nie wiedział co się dzieje. Nie rozumiał. Cóż, tak to czasami bywa. Ach ten niesforny J.R.! A w wywiadach tyle razy mówił, że „po 30-tce świat wygląda już inaczej i pewne rzeczy nigdy nie będą już takie same (…)” Dla niego chyba jednak wiek to naprawdę tylko numer, bo wciąż pokazuje swoją dojrzałą niedojrzałość co jakiś czas. Ale wiecie co? Jak dla mnie, to nie ma w tym niczego złego. Serio.

Odstawiłem laptopa i wziąłem jeszcze łyka swojej chłodnej już herbaty. Za oknem wciąż padał gęsty śnieg, a w pokoju rozbrzmiewał kolejny utwór Outkastu. Przez moment się zamyśliłem i nawet już zacząłem trochę nudzić, kiedy w pewnej chwili spojrzałem w kierunku swojej szafy w przedpokoju. Przypomniałem sobie wkurzonego Doca, który na trenerskiej ławce został powstrzymany przez swojego asystenta Sama Cassela, aby przypadkiem nie pokazać jakiegoś prawego sierpowego temu cholernie wkurzającemu sędziemu i niesfornego J.R. Smitha przybijającego piątkę z Jasonem Terry’m.  Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Wiedziałem już co robić. Podszedłem do szafy i wyjąłem z niej swoją starą, poczciwą piłkę Spaldinga. Spakowałem ją do torby do której włożyłem też spodenki, koszulkę na zmianę, coś do picia, batonika i moje Jordany, w których grałem jak do tej pory tylko kilka razy. Ubrałem się i wyszedłem z domu.

*

 Kiedy wszedłem do hali panowała cisza. Byłem tylko ja, zielono-brązowy parkiet i dwanaście tablic z obręczami. Nastrój. To coś, co w tej hali zawsze było i jest unikalne. Podszedłem do linii osobistych i rzuciłem 10 razy. Piłka wpadła do kosza pięć razy. Jak na grudzień, w którym forma zawsze spada mi do naprawdę niskiego poziomu, to nie było źle. Rozruszałem się trochę, rzuciłem jeszcze kilkanaście razy z półdystansu i zauważyłem, że mój kumpel Dżony właśnie wszedł do hali. Dżony też przez jakiś czas był raperem. Nie Johnny tylko właśnie Dżony. Jego artystyczny pseudonim to Hurricane Tongue. Obrał sobie taką ksywę, ponieważ potrafił bardzo szybko składać słowa, stąd właśnie wszyscy mówili, że typ ma giętki i szybki język. Dżony nigdy nie nagrał pełnej solowej płyty, czasami tylko nagrywał jakieś tam kawałki i tylko wtedy kiedy naprawdę mu się chciało. Udzielił się też kilka razy gościnnie  na kilku demówkach naszych kumpli, ale głównie freestylował. Fristajl to było coś co kochał robić głównie na imprezach. Fristajlowaliśmy często, raz nawet chyba nagraliśmy ten nasz fristajl, ale nie wiem czy ten kawałek zachował się na jego komputerze. Dżony, podobnie jak ja, od kilku już lat nie nagrywa i nie zajmuje się rapem. Ale nadal lubi słuchać nowości. Ostatnio polecił mi Big Seana.

hala-bemowo-4

Lubimy z Dżonym grać w koszykówkę. Zawsze zresztą lubiliśmy. Zastanawiam się dlaczego my, ex-raperzy tak bardzo lubimy tę grę? Może chodzi tu o to, że dźwięk odbijanej o podłoże piłki przypomina nam trochę brzmienie beatu? Byłoby to nieco dziwne, ale możliwe, że coś w tym jest.

-Jak tam Ziom, jest forma? – zapytałem Dżonego.

-Może być… – odpowiedział, po czym dodał – Zagrajmy dzisiaj jeden na jednego, tym razem ci nie daruję.

Spojrzałem niezbyt pewnie, ale wiedziałem, że w sumie chętnie zagram.

-Widziałeś co zrobił J.R. Smith w meczu z Milwaukee? – zapytałem.

-Taaa, najważniejsze to zbić pionę z kumplem, hahahahaha! –zaśmiał się Dżony, po czym zaczął rzucać z półdystansu.

Hala była nadal pusta, więc pobiegłem pod drugi kosz. Chciałem się trochę rozgrzać przed naszym meczem. Porzucałem też trochę z półdystansu. Rzuciłem pięćdziesiąt razy z lewej strony tablicy, ale wpadło tylko siedemnaście rzutów. Przeszedłem na prawą stronę boiska i trochę wkurzony swoją gorszą formą zacząłem oddawać rzuty bardziej starannie. Każdy rzut traktowałem poważnie, dla mnie to nie było zwykłe rzucanie do kosza, ja traktowałem to na serio. To zaprocentowało. Rzuciłem celnie tym razem dwadzieścia osiem rzutów na pięćdziesiąt i poczułem się trochę lepiej. Trochę zmęczony podszedłem do Dżonego pod drugi kosz.

nad-obrecza-zdjecie-hala

-Gramy? – zapytałem.

-Zaczynaj – odpowiedział mi.

-Jakie zasady? Amerykańskie, zdobywamy po punkcie do jedenastu, a „trójka” jest za dwa punkty?

-Może być – zgodził się Dżony.

Zaczęliśmy grać. Kozłowałem piłkę niespiesznie, robiąc co chwilę zwód raz w jedną, raz w drugą stronę. Pierwsze punkty zdobyłem ja, kiedy kompletnie zmyliłem Dżonego markowanym rzutem za trzy i robiąc wcześniej zwód w prawo wszedłem pod kosz pewnie z dwutaktu. Po chwili to Dżony nie pozostał mi dłużny, kiedy dwie jego następne akcje doprowadziły do wyniku 3:1, kiedy raz rzucił ładną trójkę, a za drugim razem wszedł na kosz robiąc wcześniej unik. Stałem z piłką przy linii trzech punktów i będąc już trochę wkurzony poczułem się w pewnym momencie mocny jak kiedyś, tak mocny, że zrobiłem pewny wjazd na kosz ze zwodem w stylu Iversona. Nie był to klasyczny crossover, ale coś podobnego. Zdobyłem punkty i było 3:2. W kolejnej akcji Dżony zakozłował się przy próbie wejścia na kosz, wtedy ja odebrałem mu piłkę, wyszedłem za linię trzech punktów i rzuciłem pewnie za trzy. Celnie. Wygrywałem 4:3, a mój kumpel w kolejnej akcji znowu nie poradził sobie wchodząc pod kosz. Byłem jednak chyba trochę szybszy i to mi się przydało. Kiedy rzucał wchodząc pod kosz, przechwyciłem piłkę blokując jego rzut, znowu szybko wyszedłem za linię trzech punktów i zanim zdążył do mnie dobiec rzuciłem celnie kolejną trójkę, czyli „dwójkę”.

-6 do 3 dla mnie! – krzyknąłem.

-Rzeczywiście – odpowiedział wyraźnie lekko wkurzony tym faktem Dżony.

Znowu zaczęliśmy grać. Kozłowałem piłkę na półdystansie, a mój kumpel z całych sił starał się bronić jak tylko potrafił najlepiej. Próbowałem robić zwody to w jedną, to w drugą stronę, ale za każdym razem nie byłem tam gdzie trzeba i nie dawał mi znaleźć wolnego miejsca. W końcu rzuciłem z półdystansu, ale niecelnie. Piłka znowu była moja, bo zebrałem ją szybko z tablicy. Wybiegłem za linię trzech punktów, ale Dżony był tuż przy mnie. Obydwaj wiedzieliśmy, ze ta akcja może być kluczowa. Kozłowałem piłkę szybko, próbując robić zwód w prawo, ale nie dawałem rady go zmylić. Skubaniec bronił bardzo dobrze. W końcu zrobiłem to samo, co na początku meczu, tyle, że tym razem zrobiłem zmyłkę markując próbę wejścia na kosz, ale cofnąłem się i zyskując trochę miejsca zrobiłem jeszcze jeden zwód w prawo, tym razem naprawdę wbiegając pod kosz i pewnym dwutaktem z prawej strony boiska rzuciłem piłkę hakiem w stylu Kareema Abdul-Jabbara. Wpadła! Było już 7:3. Poczułem się zajebiście zmęczony, ale wiedziałem, że trzeba grać dalej.

W kolejnej akcji kozłowałem piłkę stojąc na pełnym luzie na linii trzech punktów i w pewnym momencie ruszyłem do przodu, ale kozłując zgubiłem piłkę. Stanąłem pod tablicą jakby trochę zamyślony i zmęczony i właśnie wtedy praktycznie znikąd wyrwał mnie z tego stanu brzęk świszczącej siatki obręczy. To był pierwszy rzut Dżonego od dłuższego czasu i w dodatku celny.

-7:5, rzuciłem tróję, czyli dwóję! – krzyknął mój kumpel.

Oddałem mu piłkę i patrzyłem w jego kierunku stojąc w pozycji obronnej z rękoma uniesionymi wysoko. Chciałem bronić i nie zamierzałem tego tym razem spieprzyć. Dżony spróbował wejścia pod kosz z dwutaktu i nie udało mu się. Broniłem za dobrze. Kiedy wchodził w pomalowane pole pod koszem wyrwałem mu pewnym ruchem piłkę z ręki i od razu wybiegłem znów za linię trzech punktów. Spojrzałem na niego, a on na mnie. Zaczął biec w moim kierunku i kiedy był już blisko zamarkowałem rzut, a wtedy szybkim zwodem w prawo zniżyłem się i ruszyłem pod kosz. Nie miał już szans i zdobyłem kolejne punkty. Było 8:5 dla mnie.

W kolejnej akcji kozłowałem powoli, na luzie, jakby od niechcenia. To uśpiło trochę Dżonego i wyszedł tym swoim luźnym krokiem znów za linię trzech punktów, ale właśnie wtedy ja zacząłem od razu biec w kierunku tablicy. Zanim się spostrzegł i odwrócił piłka była już znowu w obręczy. Rzuciłem po dwutakcie i było 9:5. Nawet nie próbował biec pod tablicę, wiedział bowiem, że jestem szybszy.

-Stary! Gdzie ty się nauczyłeś t a k grać?! – krzyknął. Wydawał się być zdziwiony i trochę wkurzony, ale też rozbawiony naszym zaciętym meczem.

-Trochę ostatnio grałem. Muszę ci pokazać kto tu rządzi – odpowiedziałem, uśmiechając się przy tym. Wiedział już, że nie będzie to mecz dla zabawy. Podał mi piłkę, abym rozpoczął swoją kolejną akcję.

Rozegrałem tym razem piłkę bardziej starannie, wciąż patrząc czy przypadkiem nie biegnie w moim kierunku. Nic z tych rzeczy. Tym razem rzuciłem za trzy, czyli za 2 punkty, ale niecelnie. Mój kumpel zebrał piłkę i wybiegł szybko za linię „trójek”. Biegłem już w jego kierunku, ale przeczekał to i zrobił zwód w lewo, później w prawo i zmylił mnie. Zmyłka udała mu się idealnie.  Kiedy był na wolnej pozycji za linią trzech punktów zrobił szybki zwód w tył i zyskał wystarczająco dużo miejsca, aby znów rzucić celnie za trzy.

-No, nieźle, nieźle! Gratuluję. Michael Jordan z ciebie! – powiedziałem do Dżonego.

-A jak! 9:7 Ziom! – odpowiedział.

Właśnie wtedy zauważyłem to jego cholerne spojrzenie. Wiedziałem już, ze zacznie teraz grać na poważnie i nie wydawało mi się.

Rzucił celnie przy kolejnej akcji za trzy i był już remis 9:9. Znowu zaczął rozgrywać piłkę, ale zmarnował swoją szansę na kolejne punkty przy nieudanej próbie wejścia pod kosz. Sprzedałem mu niezłego bloka i przejąłem piłkę.

Kozłowałem spokojnie i czekałem co zrobi. Powoli zacząłem zbliżać się do tablicy. Wiedziałem, że nie powinienem rzucać teraz za trzy, bo jeżeli nawet trafię, to nie będzie to wygrana „po męsku”. Musiałem więc władować się jakoś pod kosz. Zanim zdążył do mnie dobiec rzuciłem celnie z półdystansu. Było 10:9 dla mnie i wiedziałem, że teraz albo nigdy.

Stałem na bocznej linii rzutów za trzy i kozłowałem. Czekałem. Wiedziałem, że muszę znowu władować się pod kosz i zdobyć ten cholerny zwycięski punkt. Nie wiedziałem tylko jak. W pewnym momencie Dżony zaczął z wyciągniętymi do góry rękoma zbliżać się w moim kierunku. Wtedy zrobiłem zwód w lewo, a następnie w prawo i kumpel znalazł się kilkanaście centymetrów ode mnie. Poczułem jak jego ręka musnęła piłkę, którą kozłowałem, ale nie dał rady jej przechwycić. Zrobiłem pewny krok do przodu i przełożyłem sobie piłkę z lewej do prawej ręki za plecami i wchodząc pewnie pod kosz dwutaktem wykonałem celny rzut.

– Jedenaście do dziewięciu! Wygrałem! – wrzasnąłem w jego kierunku.

– Cholera, przegrałem! – odpowiedział mi i zaśmiał się przy tym.

Byłem już tak zmęczony, że nie miałem siły stać i usiadłem na parkiecie, a ze swojej torby wyjąłem wodę i byłem tak spragniony, że wypiłem prawie całą półlitrową butelkę na raz.

Kumpel usiadł obok mnie. Siedzieliśmy przez chwilę, zmęczeni grą i patrzyliśmy na ten zielono-brązowy parkiet i delektowaliśmy się tą rzadko spotykaną ciszą w hali. Byłem zmęczony, ale zadowolony. Wygrałem co prawda luźną gierkę jeden na jednego, ale dla mnie to było coś.

-Nieźle grasz, naprawdę nieźle grasz ziomuś – powiedział Dżony.

-Dzięki, starałem się – odpowiedziałem.

-Są dzisiaj jakieś dobre mecze? Obstawiamy coś? – zapytałem.

-Nie obstawiam już NBA, to nie ma sensu. W tym tygodniu było kilka „pewniaków” na które postawiłem hajs i nie wyszło. Brooklyn Nets wygrali z Clippersami, czujesz?

-Wiem, oglądałem jak Doc Rivers się wkurzył na sędziego.

-Daj spokój…Netsi grali bez Jeremy’ego Lina i mimo tego wygrali.

-Lin nie jest jakiś wyjątkowy przecież… – odpowiedziałem.

-Wiesz co, niby nie jest, ale kiedy gra to jednak swoje do gry wnosi. A tym razem nie grał i mimo to Brooklyn wygrał ten mecz…Szkoda gadać, nie obstawiam już…

Dżonego wyraźnie zdenerwował fakt przegranej kasy w totomixie. Cóż, tak to bywa. Byłem ciekaw za ile obstawił, ale dałem sobie luz i nie zapytałem go już o to.

-Jedziemy? Jestem zmęczony… – powiedziałem.

-Tak, spadamy – odpowiedział mi Dżony.

hala-nowa

*

 Wracaliśmy do domu samochodem Dżonego. Odpalił radio, w którym leciał jakiś kawałek Lady Gagi. Pogadaliśmy trochę o tym i owym jadąc przez zaśnieżone, uśpione zimowym wieczorem miasto.

-Zobacz, zamknęli tą cholerną Górczewską, bo będą budować metro – powiedziałem do Dżonego.

-Tak, ale wiesz co, to dobrze, że to robią. Pomyśl, będzie można w 10 minut dojechać do Centrum spod bloku. W 10 minut stary…

-Tak, ale zanim do tego dojdzie trzeba będzie jeździć w kierunku Śródmieścia naokoło i to przez kilka lat…

-Olać to, najważniejszy jest progres – odpowiedział Dżony – progres i tylko progres!

-Może i tak… – odpowiedziałem nie mając siły dalej zgłębiać tego tematu.

Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby pogadać dłużej. Podwiózł mnie pod mój blok.

-Fajnie się grało, ziom. Następnym razem to ja ci dam wygrać – powiedziałem.

-Spoko, na to liczę! Trzym się! – odpowiedział.

Wysiadłem i wstąpiłem na chwilę do sklepu. Kupiłem wodę mineralną, miód i magazyn w którym na okładce było zdjęcie Marcina Gortata. A co tam, chętnie przeczytam z nim wywiad.

Wszedłem do mieszkania i rzuciłem swoją torbę na podłogę. Wziąłem szybki prysznic, a później wszedłem do pokoju i usiadłem na fotelu. Przejrzałem magazyn z Gortatem na okładce i przeczytałem wywiad, w którym opowiadał o swojej fundacji, o ciężkiej pracy nad tym, żeby osiągać swoje sportowe cele i o tym jaki ostatnio kupił samochód. Na zdjęciu był ten jego srebrny Porsche. Może i nawet trochę bym mu go zazdrościł, gdybym miał prawo jazdy. Spoko. Fajnie, że mamy Polaka w NBA.

Gdy przeglądałem magazyn usłyszałem dźwięk otwieranego zamka w drzwiach. Agata właśnie wróciła z Przemkiem do domu.

-Tato, wiesz co?! – krzyknął do mnie od razu syn.

-Co takiego? – zapytałem.

-Dostałem czwórkę z plusem z klasówki z angielskiego! – odpowiedział uradowany Przemek.

-Łaaał! Serio ziomuś? Czwórkę z plusem?

-Taaak! Czwórkę z plusem!

Ucieszyłem się. W końcu uczyliśmy się do tej klasówki wszyscy troje razem z Przemkiem. Możliwe, że nawet to mnie bardziej zależało na dobrej ocenie z tej klasówki niż mojemu synowi. Czwórka z plusem poprawiła mi więc humor jeszcze bardziej.

-Wspaniale. Cieszę się bardzo! A wiesz dlaczego ją dostałeś? – zapytałem.

Syn spojrzał na mnie z dziwną miną.

-Dlaczego? – zapytał.

-Bo się uczyłeś do tej klasówki, ziomuś. Właśnie dlatego – odpowiedziałem.

-Fajnie. Następnym razem dostanę szóstkę! – krzyknął.

-Spoko. Ale czwórka jest rewelacyjna. Cieszę się, naprawdę – odpowiedziałem, po czym dodałem – Wiesz, że Rudy Gay nie chce grać już w Sacramento Kings?

-Nie chce? Dlaczego? – zapytał mnie syn.

-Pewnie przestało mu się tam podobać. Najprawdopodobniej zmieni klub jeszcze w tym sezonie.

-I gdzie będzie grał? – zapytał mnie syn.

-Nie wiem, jeszcze nikt tego nie wie. Mówiło się o Oklahomie, może będzie wymiana z Washington Wizards…

-Oby trafił do ”Czarodziejów”! – odpowiedział Przemek.

-Dlaczego? – zapytałem.

-Bo tam gra Marcin Gortat!

Spojrzałem na syna i zamyśliłem się. Hm…Gay w Waszyngtonie? No nie wiem…A jeżeli już to za kogo…? Może za…Johna Walla! Przecież Wall i Cousins gadali ostatnio w wywiadach, że chcieliby może grać razem, tak jak kiedyś w college’u w Kentucky. W sumie to oni nawet pasują do siebie pod względem mentalnym i stylu gry, mogliby być dla siebie nawzajem niezłym uzupełnieniem…

Syn pobiegł do swojego pokoju, żeby zagrać w Minecrafta, a ja stanąłem przy oknie w kuchni i patrzyłem na zaśnieżoną ulicę, zastanawiając się nad tym o czym przed chwilą rozmawialiśmy z synem.

-John Wall w koszulce Sacramento Kings… – pomyślałem. No, no… To byłoby c o ś…

 

 

 

Koszykarska energia

Sfera mentalna w sporcie zawsze wydawała mi się fascynująca. Często kiedy jestem na boisku i rzucam do kosza zastanawiam się co czuł Michael Jordan kiedy stawał przed wyzwaniem, którym było zdobycie kolejnego mistrzostwa NBA. Skąd Kobe Bryant czerpał siłę do tego, żeby grać na tak wysokim poziomie przez tyle sezonów? Skąd wziął energię, żeby zdobyć 81 punktów w meczu? W jaki sposób to się dzieje, że Stephen Curry trafia 77 rzutów za trzy pod rząd na treningu?

 Dobra energia jest potrzebna wszystkim ludziom, a szczególnie właśnie tym, którzy grają w koszykówkę, lub uprawiają jakikolwiek sport. Energia dodaje nam siły i mocy do tego, abyśmy mieli chęci żeby trenować i stawać się coraz lepszymi w dyscyplinie, którą uprawiamy. Wszystko to właśnie i nie tylko to sprawiło, że zacząłem myśleć bardzo intensywnie nad dobrą energią, która jest nam niezbędna do tego, żeby zdobywać wyznaczone sobie cele.

 Przyszedłem kilka dni temu w średnim humorze na boisko do parku, żeby porzucać piłką. Po prostu porzucać, żeby się zrelaksować i odpocząć od wszystkiego co akurat przeszkadzało mi pozytywnie myśleć tego dnia. Pomyślałem, że dziś porzucam trochę z linii osobistych i trochę z półdystansu. Może spróbuję rzucić też kilka „trójek”. Po krótkiej rozgrzewce stanąłem jak zwykle na linii rzutów osobistych. Zacząłem rzucać. Pierwszy rzut, drugi rzut, trzeci rzut…Rzucałem cały czas nie myśląc o niczym. Rzucałem, podchodziłem do odbitej od obręczy, lub rzuconej celnie piłki i wracałem na linię osobistych. I tak w kółko. Później zacząłem rzucać z półdystansu. Liczyłem rzuty.

Kiedy rzucałem skoncentrowałem się tylko na piłce i obręczy. W którymś momencie zacząłem słyszeć odgłosy śpiewających ptaków na drzewach wokół boiska w parku, w kolejnej chwili dostrzegłem spadający z drzewa liść. Z każdym rzutem zaczynałem czuć się coraz lepiej. Przez tą dłuższą chwilę byłem tylko ja, piłka, ta niesamowita moc mojej koncentracji i rzuty, które wpadały do obręczy coraz częściej.

Właśnie wtedy poczułem to. Kiedy wpadłem w trans, w ten swego rodzaju amok rzucania, który znają dobrze wszyscy grający w koszykówkę czułem się już inaczej niż jeszcze kilkanaście minut wcześniej kiedy wszedłem na boisko. Ten stan koncentracji mojego umysłu i ciała pozwolił mi odizolować się od wszystkiego na ten dłuższy moment, w którym rzucałem piłką do obręczy. Po 20 rzutach osobistych, 50 z półdystansu i kolejnych 20 zza linii trzech punktów przestałem rzucać i czułem jak ta niesamowita, pozytywna energia krąży w moim organizmie. Moje myśli też stały się pozytywne. Poczułem się mocniejszy. W pewnej chwili zorientowałem się nawet, że uśmiecham się sam do siebie.

Taka właśnie energia pozwala nam wszystkim poczuć się lepiej i skoncentrować na tej właśnie chwili i aktualnym momencie. Możemy się zrelaksować i co najważniejsze bardziej uwierzyć w siebie. Bo jak nie wierzyć w siebie, kiedy trafiasz 8 na 10 rzutów osobistych? Jak nie uwierzyć w siebie, kiedy z każdą kolejną serią do kosza wpada coraz więcej rzutów z półdystansu? U Michaela Jordana, Kobe’go Bryanta, czy Stephena Curry’ego działa to dokładnie w taki sam sposób! Pozytywna energia buduje coraz większą wiarę w siebie i w swoje możliwości.

koszykarska-energia-1

Właśnie w ten sposób działa ta energetyczna moc, którą możemy sami stworzyć. Jak to zrobić? Skąd brać pozytywną energię? Ja poszedłem do parku, żeby porzucać piłką do kosza i zrelaksować się. A więc można taką dobrą energię zdobyć właśnie w parku, lub w jakimkolwiek miejscu, gdzie jest możliwość kontaktu z naturą. Co prawda park to nie rezerwat przyrody, ale mimo wszystko obecność drzew wokół może dać nam tą cenną energię. Szum drzew często uspokaja i wprawia w lepszy nastrój. Udowodnione bowiem jest przez naukowców, że drzewa mają działanie łagodzące i odprężające.

Możecie pomyśleć, że to nieco dziwne, ale do drzew warto się nawet przytulać. Dzięki temu drzewo może dać nam wiele cennej energii, której potrzebujemy. Istnieje wiele gatunków drzew i każdy z tych gatunków działa inaczej. Drzewa iglaste na przykład wydzielają olejki eteryczne, które świetnie wpływają na nasz układ oddechowy. Nie wierzycie? W porządku. Spróbujcie w takim razie spaceru po lesie i sprawdźcie jak się wtedy poczujecie. Ze swojej strony mogę powiedzieć tylko tyle, że jeżeli szukacie dobrej energii, to w lesie znajdziecie ją na pewno.

kosz-blog-nowy

Oprócz spaceru, lub treningu w jakimś przyjemnym miejscu, którym może być wspomniany wcześniej park, również zdrowy sen z pewnością może dodać nam cennej energii. Ważne, żeby przesypiać przynajmniej 8 godzin na dobę. Nie będę już tu nudził, że warto przed snem przewietrzyć pokój, lub wyłączyć telewizor aby się wyciszyć. W każdym razie dobry, zdrowy sen to podstawa do tego, abyśmy nabrali przez noc nowej energii na następny dzień.

 Można też stworzyć sobie taką energię również w inny sposób. Dobrym pomysłem jest systematyczne robienie czegoś, co najbardziej lubimy. I nie chodzi tutaj wcale tylko o sport. Lubicie grać w szachy? Rzućcie wszystko i zagrajcie z kimś. Szachy nie za bardzo, ale może warcaby, lub gra w karty? A może jazda na rowerze? Świetnie! Zróbcie to! Lubicie czytać książki, majsterkować, a może rysować? Zacznijcie to robić! Najlepiej z kimś, kogo lubicie. Wystarczy, że skoncentrujecie się tylko na tym w pełni, żeby po kilku chwilach zauważyć pozytywną energię, która zacznie w Was buzować.

unikalnosc-boisk-zdjecie

W stworzeniu sobie takiej dobrej energii pomagają też medytacja i ćwiczenia Tai-Chi, które wykonywał w trakcie swojej długiej zawodowej kariery koszykarskiej Robert Parish. Możecie o tym przeczytać tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/06/09/medytacje-roberta-parisha/

Świetnym sposobem wydobycia cennej energii do działania jest też wizualizacja. Jeżeli macie przed sobą ważny mecz, to warto przynajmniej na dzień przed nim usiąść w jakimś spokojnym miejscu i odprężyć się, zamknąć oczy i zacząć wyobrażać sobie mecz, który jest przed Wami. Warto sobie wtedy wyobrazić jak zdobywacie punkty, biegacie po boisku, celnie podajecie, lub zbieracie piłkę z tablicy. Trzeba myśleć tylko o tym, że wszystko się Wam udaje i drużyna wygrywa mecz. Takie właśnie wizualizacje są również bardzo pomocne w osiąganiu dobrej energii.

Co w tym wszystkim najważniejsze, to również fakt, że taką pozytywną energię, którą sobie stworzymy możemy przekazywać dalej. Możemy przekazywać ją innym ludziom. W jaki sposób? Czasami wystarczy zwykły uśmiech do kogoś. Wtedy pojawi się jeszcze większe pozytywne nastawienie do świata i ludzi, a reszta zrobi się już sama. Właśnie tak to działa.

Jeżeli macie swoich ulubionych zawodników z NBA, lub z jakiejś innej ligi, to obejrzyjcie sobie na przykład na YouTubie jakieś skróty meczów w których grali ci zawodnicy. Warto popatrzeć w jaki sposób kozłują piłką, jak mijają obrońców, robią zwody, czy rzucają. To może nauczyć Was czegoś nowego i dodając energii zmotywować do tego, aby i Wasza gra była coraz lepsza.

Mentalność w sporcie to niesamowicie ważna rzecz. Bez siły mentalnej żaden sportowiec nie byłby w stanie osiągnąć jakiegokolwiek sukcesu. Nieważne czy jesteście zawodowcami grającymi w pierwszej lidze, trenerami, czy pasjonatami koszykówki grającymi w lidze amatorskiej. Siła mentalna i odpowiednie nastawienie jest potrzebne każdemu, nie tylko sportowcom. Jest to potrzebne wszystkim ludziom. Właśnie dlatego warto taką siłę w sobie pielęgnować. Jak? Poprzez robienie tego, co sprawia nam największą przyjemność i doskonalenie się w tym. Warto pozwolić sobie na to, żeby to co lubimy pochłonęło nas od czasu do czasu w pełni. Siła takiej właśnie koncentracji buduje coraz większą pozytywną energię, dzięki której będziemy szczęśliwsi, zdrowsi i pełni energii, aby zdobywać cele, które chcemy osiągnąć.

koszykarska-energia-3

 

 

 

 

 

 

Niski wzrost a koszykówka

Niski wzrost. Jaki to właściwie jest ten „niski” wzrost w koszykówce? Biorąc pod uwagę to, że koszykarze w większości są wysokimi ludźmi, mierzącymi najczęściej dobrze ponad 2 metry, to kto w takich kategoriach porównywania wzrostu będzie niski? Czy ktoś, kto ma metr siedemdziesiąt będzie niski? Czy ktoś kto ma metr osiemdziesiąt pięć będzie niski? Otóż tak.

Zastanawiałem się niedawno jak to jest z tym wzrostem. Czy będąc niskim można osiągnąć cokolwiek znaczącego grając w koszykówkę? Bo przecież koszykówka to w sumie sport dla wysokich ludzi. Przypominałem sobie wtedy jak bardzo kiedyś chciałem osiągnąć wzrost 188 cm, którym to wzrostem mógł pochwalić się Mike Bibby, o czym zresztą możecie przeczytać więcej tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/05/27/mike-bibby-ma-metr-osiemdziesiat-osiem/

Wychodząc z takiego właśnie założenia, że wszyscy poniżej 190/200 cm to niscy lub niżsi zawodnicy, wniosek jest taki, że jestem niski. Ja, ze swoim metrem osiemdziesiąt jestem bardzo niski! Zresztą kiedy gram często jestem najniższym zawodnikiem na boisku, nietrudno mi więc było dojść do tego oczywistego wniosku.

Zacząłem więc zastanawiać się nad pewną rzeczą. Czy niscy koszykarze mają w ogóle szanse na to, aby cokolwiek więcej osiągnąć w grze? Jeśli mówię „cokolwiek więcej” to mam na myśli coś naprawdę wyjątkowego. Szczerze powiem, że mam swoją własną teorię na temat wzrostu w koszykówce.

Po pierwsze to niscy zawodnicy mają (a przynajmniej mogą mieć) pewną przewagę nad wysokimi. Mogą bowiem swój niski wzrost wykorzystać przeciwko tym wysokim graczom w najlepszy możliwy sposób, którym jest panowanie nad piłką, a także dobra umiejętność kozłowania i robienia zwodów między wysokimi zawodnikami. Nawet bardzo niski rozgrywający może przecież tak rozegrać akcję wykorzystując przy tym swoje umiejętności w manewrowaniu pomiędzy wysokimi graczami (jeżeli dysponuje również świetnym przeglądem pola), że wyżsi zawodnicy mogą nie mieć zbyt wiele do powiedzenia. Ale aby niski zawodnik zdobył takie umiejętności musi oczywiście wykonać wiele pracy nad sobą i swoją grą.

Po drugie natomiast, to moim (i z pewnością nie tylko moim) zdaniem wzrost odgrywał istotną rolę o wiele bardziej w tej „dawnej” koszykówce, tej koszykówce sprzed wielu lat, kiedy pierwsze skrzypce grali centrzy, lub silni wysocy skrzydłowi. Gra oparta na dwóch wysokich, którzy „robili grę” pod obydwoma tablicami była charakterystyczna w latach 70-tych, 80-tych i 90-tych, choć i w tym okresie zaczęli pojawiać się w NBA tacy zawodnicy jak Steve Kerr, Mahmoud Abdul-Rauf (185 cm wzrostu), Damon Stoudamire (178 cm wzrostu), czy Brevin Knight (178 cm wzrostu), którzy potrafili rzucić za trzy i to naprawdę nieźle. Był przecież Jason Williams (185 cm wzrostu), który grał tak niesamowicie, że wiele osób oglądając jego grę w tamtych czasach (wybrany został w drafcie 1998 roku przez Sacramento Kings) dziwiło się, że biały zawodnik może grać w taki sposób. Williams wyprawiał na parkiecie naprawdę niesamowite rzeczy. Niscy koszykarze byli zawsze szybcy i zwinni, a na pewno szybsi od zawodników wysokich. Wtedy jednak mimo wszystko bardziej opłacało się być wysokim. A jak jest teraz?

Dziś rządzi często w koszykówce „era small-ballu”. Znacznie częściej rzuca się te cholerne „trójki”, których tak wielu trenerów po prostu nie znosi. A te „trójki” rzucają najczęściej właśnie niżsi zawodnicy. Wiele osób z pewnością nie zgodzi się z tym, że skoro czasy się zmieniają to i gra też powinna się zmieniać. Ale tak właśnie jest, bo…czasy się zmieniają i gra się zmienia. Po prostu. Popatrzcie na Golden State Warriors. Dobra, nie zdobyli mistrzostwa w tym roku, ale co wyprawiał Stephen Curry przez przynajmniej trzy ostatnie sezony?! To prawdziwa magia. Curry robił to wszystko nie mając wcale 200 centymetrów wzrostu.

Spróbowałem przypomnieć sobie niskich zawodników, którzy grali lub grają jeszcze w różnych ligach. Przypomniałem sobie kilku, najczęściej tych, którzy grali w NBA, bowiem to właśnie tę ligę koszykówki znam najlepiej.

Pierwszym zawodnikiem, o którym pomyślałem od razu był Allen Iverson. Cóż, „The Answer” był moim ulubionym koszykarzem z ligi NBA. Iverson trafił do NBA w 1996 roku z pierwszym numerem w drafcie. Ale to wie pewnie każdy z Was i nie będę tu opisywał szczegółowo jego biografii. Ważną rzeczą jest natomiast fakt, że mając tylko nieco ponad metr osiemdziesiąt udało się Iversonowi tak wiele  osiągnąć w lidze „wielkich ludzi”. We wrześniu Allen Iverson trafił do Galerii Sław NBA, co może być wystarczającym dowodem na to, że niski wzrost nie musi stanowić żadnej przeszkody w osiągnięciu czegoś więcej niż byciem przeciętnym w koszykarskim fachu.

Iversona zna praktycznie każdy fan koszykówki i w sumie to cóż to za przykład? Ktoś może powiedzieć, że tacy zawodnicy jak Iverson to tylko wspaniały przypadek. Otóż nie. Tych niskich ludzi, którym udało się osiągnąć w koszykówce wielkie rzeczy jest więcej.

Wybrany z ostatnim, 60. numerem w drugiej rundzie draftu przez Sacramento Kings Isaiah Thomas to rozgrywający, którego wzrost to 175 cm. Zastanawiałem się co czuł podczas draftu, kiedy z każdym następnym wywołanym numerem, do komisarza ligi Davida Sterna podchodził po gratulacje kolejny i kolejny zawodnik z NCAA. Isaiah Thomas zapewne czuł się niesamowicie niedoceniony. Prawdopodobnie nawet przestawał już wierzyć w to, że jakikolwiek klub wybierze go w tym cholernym drafcie. Ale kiedy już otrzymał swoją szansę i z ostatnim numerem wybrano właśnie jego, żarty się skończyły. Isaiah już w pierwszym sezonie w NBA udowodnił wszystkim niedowiarkom, że jest z pewnością wart tego wyboru. Zdobywał jako debiutant 11.5 pkt, 2.6 zbiórki i 4 asysty na mecz. Ten filigranowy rozgrywający stał się z miejsca ważnym ogniwem drużyny z Sac-Town.  Jego zwody, opanowanie i rzut z dystansu wiele razy wskazywały kryjącym go zawodnikom miejsce w szeregu.

isaiah-thomas-card-new

Isaiah z każdym kolejnym sezonem grał coraz lepiej, ale po trzech sezonach w Sacramento postanowiono go wymienić. Trafił najpierw do Phoenix Suns, a następnie do Boston Celtics, gdzie grał fenomenalną koszykówkę w ubiegłym sezonie zdobywając średnio 22.2 pkt, 3 zbiórki, 6.2 asysty i 1 przechwyt na mecz, a jego drużyna zagrała w Play-Offs. Wzrost więc  nie przeszkodził mu w osiąganiu czegoś więcej niż tylko byciem przeciętnym zawodnikiem w najlepszej koszykarskiej lidze świata.

Po nim na mojej liście jest też Nate Robinson, który co prawda już nie gra w NBA, ale jeszcze kilka sezonów temu odgrywał ważną rolę jako rozgrywający Denver Nuggets. Jego wzrost? Metr siedemdziesiąt pięć. Dokładnie tyle, ile mierzy Isaiah Thomas. W dodatku Robinson wygrał konkurs wsadów podczas Weekendu All-Star. Dokonał tego dwukrotnie.

nate-robinson-card-new

Robinson miał niesamowity przegląd pola, świetnie rzucał, był szybki, zwinny i przede wszystkim miał to coś, co nazywamy charakterem. Bez charakteru bowiem nie miałby czego szukać w NBA. Aktualnie w NBA nie gra, jest już dobrze po trzydziestce i jeżeli chodzi o ligę NBA to ostatnio grał w LA Clippers, gdzie zdobywał tylko 5 punktów i 2 asysty na mecz.  Jego gry w New Orleans Pelicans nie liczę, zagrał bowiem w poprzednim sezonie 2015/16 tylko w dwóch meczach dla tej drużyny łącznie spędzając na parkiecie 11 minut. Ale kto wie, może lubiany przez większość trenerów z NBA Robinson założy jeszcze koszulkę jakiegoś klubu z NBA.

Kto następny? Może Aaron Brooks? Typ ma 180 centymetrów i gra z numerem „0” na koszulce. Ale zerem bynajmniej nie jest. Owszem, miał swoje gorsze momenty w lidze i nigdy nie grał na szczególnie wyjątkowym poziomie w NBA, ale jednak potrafił grając w Houston Rockets w sezonie 2009/10 wystąpić we wszystkich 82 meczach sezonu regularnego, w których notował średnio 19.6 pkt, 2.6 zbiórki i 5.3 asysty na mecz. Później nie rozegrał już tak dobrego sezonu, ale w rozgrywkach 2014/15 grając w koszulce Chicago Bulls zdobywał średnio 11.6 pkt, 2 zbiórki i 3.2 asysty na mecz. Rozegrał wtedy w barwach ekipy z Chicago również pełny sezon regularny.

aaron-brooks-card-new

Brooks potrafi rzucić za trzy, to z pewnością jest jego znak rozpoznawczy. We wspomnianym przeze mnie wcześniej sezonie 2014/15 rzucał za trzy na skuteczności 38%. Może to nie są wyjątkowe statystyki, ale pamiętajcie, że mówimy o zawodniku, który gra w lidze NBA mając tylko 180 cm i ważąc 77 kg!

Kto jeszcze? A, no tak…Muggsy Bogues! Wystarczy, że napiszę o jego wzroście, bowiem 159 centymetrów powie Wam wszystko. A jednak to właśnie Tyrone „Muggsy” Bogues stał się inspiracją dla milionów koszykarzy na całym świecie, którzy dzięki niemu uwierzyli w siebie jeszcze bardziej. Bo jeżeli ktoś taki jak on mógł grać w NBA na bardzo przyzwoitym poziomie przez czternaście sezonów, to przecież wszystko jest możliwe!

wzrost-2

Muggsy rozpoczął swoją karierę w Washington Bullets w sezonie 1987/88 i początkowo miał być chyba tylko kimś w rodzaju „maskotki” drużyny i zawodnikiem przyciągającym fanów wyłącznie w celach marketingowych. Ale jak się później okazało zdecydowanie zasłużył na grę w NBA. Bogues grał później jeszcze w Charlotte Hornets, Golden State Warriors i swoją karierę zakończył w Toronto Raptors.

muggsy-bogues-card-new

Muggsy, choć bardzo niski był postrachem olbrzymów w NBA. Miał bowiem niesamowitą szybkość, zwinność i łatwość w panowaniu nad piłką i przechwytywaniu jej. Na parkiecie był dosłownie wszędzie, a wysocy zawodnicy musieli mieć się na baczności, bowiem Muggsy’ego trudno było na boisku…zauważyć. Potrafił pojawić się obok wysokich zawodników wtedy, kiedy najmniej się go spodziewali i dosłownie wyrwać im piłkę. W swoim najlepszym sezonie 1994/95 w Charlotte Hornets zdobywał średnio 11 punktów, 3.3 zbiórki, 8.7 asysty i 1.3 przechwytu na mecz. Napisał i wydał nawet własną książkę pod wiele mówiącym tytułem: „In The Land Of The Giants”.

W latach 70-tych natomiast w lidze NBA grał Nate Archibald. Mierzący 185 centymetrów koszykarz wybrany został z 19 numerem draftu przez Cincinatti Royals, którzy później przekształcili się w Kansas City Kings. Ten niski zawodnik notował jako debiutant 16 punktów i 5 asyst na mecz, natomiast już w swoim drugim sezonie w NBA zdobywał średnio ponad 28 pkt i 9 asyst na mecz.

Archibald podobno z wielką gracją manewrował z piłką między obrońcami przeciwnej drużyny, miał niesamowity chwyt i z niespotykaną precyzją potrafił w tamtych czasach kozłować piłką. Popularny Nate grał później jeszcze w New York Knicks, a na przełomie lat 70-tych i 80-tych grał w Boston Celtics. Swoją karierę zawodniczą zakończył w roku 1984 w Milwaukee Bucks.

nate-archibald-card

Wspomniani przeze mnie wyżej zawodnicy to tylko mała kropla w…powiedzmy- jeziorze niższych koszykarzy z ligi NBA. Oprócz nich przychodzą mi na myśl też: mierzący 180 cm Phil Pressey (aktualnie Golden State Warriors), Ish Smith (183 cm, Detroit Pistons), Seth Curry (188 cm, Dallas Mavericks), Tim Frazier (185 cm, New Orleans Pelicans) i DJ Augustin (180 cm, Orlando Magic).

Kiedy czasami oglądam na YouTubie najlepsze akcje tych zawodników i dostrzegam jak niesamowite rzeczy robią z piłką, jakie robią zwody i jak świetnie potrafią rzucać, to nie żałuję, że sam też mam tylko 180 centymetrów. Wierzę, że sporo można osiągnąć grając w koszykówkę wśród wyższych zawodników. Wszystko jest tak naprawdę w naszym umyśle i nieważne jest w sumie to ile mamy wzrostu. Ważne jest to ile mamy chęci i wiary w siebie i w swoje możliwości.

 

(Na zdjęciach karty z kolekcji Panini, Upper Deck i Fleer z zawodnikami)

 

 

 

 

 

 

Koszykarska pełnia

Koszykówka nigdy nie pokocha mnie tak, jak ja ją kocham- uświadomiłem sobie to niedawno po kilku dłuższych przemyśleniach. Bo przecież choćbym nie wiem co robił, oraz jak intensywnie grał będąc już po trzydziestce, to pewnych elementów tej gry już nie przeskoczę. Nie będę już coraz lepszy. Pewnie, że niektóre elementy w grze można poprawiać zawsze, ale tylko do pewnego momentu. Uświadomiłem sobie też, że nie zagram w żadnej lidze oprócz tej amatorskiej. Zresztą gram w takiej lidze w  drużynie, w której pełnię bardziej rolę ostatniego rezerwowego, grającego dla samej radości z gry, niż po to, żeby ustanawiać jakiekolwiek rekordy, czy poprawiać swoje statystyki w zdobytych punktach, asystach, czy w zbiórkach. Gram, bo mam z tego fun w najczystszej możliwej postaci. Po prostu.

Myślałem więc o tym, po co mi w zasadzie ta koszykówka? Co ona mi właściwie daje? Czy jest sens grać? Po co grają wszyscy ci, którzy nie są zawodowcami, tylko zwykłymi amatorami? Niby wiadomo, że posiadanie swojej pasji to jedna z najwspanialszych rzeczy, jakie może mieć człowiek. Ale czy koszykówka oprócz samej radości z gry i poprawy kondycji daje coś jeszcze? Czy warto w tą koszykówkę grać pocąc się niemiłosiernie w parkach i halach sportowych? Co może dać koszykówka, oprócz koszykówki samej w sobie?

boisko-w-parku-2-blog

Myślałem i myślałem. A kiedy debatowałem sam ze sobą nad wszystkimi „za” i wszystkimi „przeciw” odnośnie tego czy warto grać, podczas moich przemyśleń nasuwał mi się wciąż tylko jeden wniosek: WARTO.

Koszykówka to niełatwa dyscyplina sportu. Nie wystarczy po prostu rzucić piłką w kierunku obręczy. Grając w koszykówkę trzeba uruchomić nie tylko nasze mięśnie, ale także nasz umysł. Ta gra ma to do siebie, że trzeba poznać pewne schematy i zależności, które nią rządzą. Bez poznania ich nie będziecie dobrymi koszykarzami. Po prostu.

A więc jak się okazuje koszykówka daje nam oprócz samej radości z gry i rozwoju formy fizycznej, także rozwój umysłowy. Od kiedy gram znowu ( bo miałem dłuższą przerwę), zauważyłem u siebie po pewnym czasie wiele pozytywnych cech, które wcześniej gdzieś mi umykały. Nie byłem na pewno tak skoncentrowany i skupiony na pewnych rzeczach, które są w życiu ważne, a do których wcześniej nie przywiązywałem, bądź po prostu nie potrafiłem przywiązywać swojej uwagi. A to ważne sprawy. Nie będę opisywał tu dokładnie wszystkiego, ale są wśród nich z pewnością takie, jak zadbanie o swój rozwój duchowy. Tak, rozwój duchowy.

Może to zabrzmieć nieco abstrakcyjnie, ale ja dzięki koszykówce, którą odkryłem na nowo dobrych kilka lat temu przypomniałem sobie o całej gamie rzeczy, które zawsze były dla mnie ważne, ale które zaczęły gdzieś mi umykać w miarę stopniowego wchodzenia w dorosłość. Nie będę jednak się tu  rozpisywał o tym wszystkim. Napiszę tylko o kilku nowych rzeczach, które poznałem interesując się koszykówką na nowo.

Po pierwsze dzięki koszykówce poznałem ludzi. Nowych ludzi. Na początku przychodziłem na osiedlowe boisko, żeby porzucać samemu, ale po jakimś  czasie zacząłem wpadać na różne boiska i w różne miejsca, które bezpośrednio związane były z pograniem w kosza. Właśnie w tych miejscach spotykałem ludzi, którzy podobnie jak ja grali. Dzięki temu, że ich poznałem już wkrótce nie grałem sam, tylko właśnie z nimi. A jakiś czas później zostałem rezerwowym zawodnikiem w amatorskiej lidze koszykówki. Odkąd zacząłem grać znowu występ w takim meczu koszykówki był moim marzeniem. Właśnie to marzenie udało mi się spełnić.

Oprócz tego, że poznałem ludzi poznałem też czym jest…medytacja i ćwiczenia Tai-Chi. Któregoś dnia czytałem artykuł o Robercie Parishu, zawodniku, który grał w lidze NBA dość długo. Swoją karierę sportową zakończył mając 43 lata. Zastanawiałem się nad tym co takiego robił, że udało mu się trzymać formę przez tyle lat.

Okazało się, że Robert Parish zawsze dbał o siebie. Dbał. Ale jak? W jaki sposób? Czy tak jak każdy sportowiec, po prostu odżywiał się zdrowo, pił dużo wody, unikał używek, czy słodyczy? Otóż nie tylko. Dowiedziałem się, że Robert Parish przez wiele lat medytował i robił ćwiczenia Tai-Chi. Właśnie to pomagało mu zachować zdrowie i witalność, ale przede wszystkim spokojny umysł i równowagę psychiczną.

Zainteresowałem się więc czym jest w zasadzie to całe Tai-Chi. Poczytałem trochę, pooglądałem filmiki instruktażowe w Internecie. I wiecie co? Spróbowałem. A po kilku próbach Tai-Chi stało się częścią mojej codzienności. Zacząłem po jakimś czasie robić proste ćwiczenia, które niesamowicie mnie relaksowały. Było to dosłownie kilka podstawowych postaw Tai-Chi przystosowanych dla początkujących. Nie było mi najłatwiej na początku ustać na jednej nodze przez kilkanaście sekund, ale po kilku tygodniach regularnych ćwiczeń udawało mi się już to robić na pełnym luzie. I miałem z tego sporą frajdę, zacząłem robić bowiem coś, co z pewnością pomagało mi w dochodzeniu do trochę lepszej formy fizycznej na której przecież mi zależy. Ćwiczenia Tai-Chi to przede wszystkim  wykonywanie harmonijnych, spokojnych ruchów, przy czym równie ważna jest praca z oddechem.

Po ponad roku uprawiania Tai-Chi mogę powiedzieć, że dziś nie dziwię się ani trochę, że Robert Parish grał tak długo w NBA. Tai-Chi bowiem daje nam niesamowitą energię i siłę, jeżeli oczywiście wykonujemy te ćwiczenia prawidłowo. Tai-Chi daje mi codziennie kilkanaście minut pełnego relaksu i poczucia harmonii ze sobą i światem wokół. To naprawdę niesamowite. Ale gdyby nie koszykówka, którą polubiłem wcześniej i artykuł o Robercie Parishu, to kto wie, czy dziś znałbym Tai-Chi i sam ćwiczył. Myślę, że raczej nie.

Kolejną rzeczą, którą poznałem właśnie dzięki koszykówce była medytacja. Zacząłem więc medytować i choć nie robię tego regularnie, to z pewnością powiedzieć mogę, że medytacja jako forma relaksu i odprężenie naprawdę może mieć wpływ też na to, jakim zawodnikiem jest się na boisku. Medytacja uczy bowiem koncentracji. A koncentracja to jeden z podstawowych elementów gry w koszykówkę.

boisko-w-parku-6-blog

 Od kiedy znowu gram zacząłem też więcej czytać. Czytam powieści, po które zawsze chciałem sięgnąć, ale jakoś nie znajdowałem na to czasu. Literatura amerykańska zawsze przemawiała do mnie najbardziej. Zapisałem się więc do biblioteki i poznałem pisarstwo Hemingwaya, Faulknera, czy Huntera S. Thompsona. W zeszłym roku moja fascynacja Hemingwayem była na tyle spora, że w ciągu nieco ponad dwóch miesięcy „łyknąłem” cztery jego powieści i fantastyczny zbiór opowiadań. Oprócz książek czytam gazety i poradniki. Po prostu mam większą ochotę czytać niż kiedykolwiek wcześniej. Być może wpływu na to nie wywarła tylko moja pasja gry w koszykówkę, bo czytać lubiłem zawsze, ale ja wolę wierzyć, że koszykówka też wpłynęła na ten obszar moich zainteresowań znacząco.

Co jeszcze oprócz poznania Tai-chi, medytacji i chęci do czytania dała mi koszykówka? Myślę, że z pewnością większą empatię. Zwracam dziś bardziej uwagę na wiele spraw, które dzieją się wokół mnie, niż miało to miejsce wcześniej, wtedy gdy nie grałem w koszykówkę. Dostrzegam wokół bardziej ludzi i ich sprawy. I kilka razy miałem okazję zrobić coś, co być może było dobrą rzeczą. Ale ten wątek pozwolę sobie już pominąć.

Koszykówka buduje również większą świadomość. Nie wiem jak to jest, ale ja zauważyłem, że im więcej gram, tym więcej zaczynam rozumieć, dostrzegać i poznawać. I nie chodzi mi o poznanie funkcji najnowszego modelu iPhone’a, czy czegokolwiek podobnego. Chodzi mi o poznanie świata i ludzi, a także wielu zależności, które naszym światem i ludzkością rządzą dziś i które rządziły także wiele tysięcy lat temu. Wydaje mi się, że taka właśnie świadomość to wartościowa cecha, która potrafi umykać nam na co dzień w wirze codziennych spraw.

Koszykówka. Niby prosta gra polegająca na wrzuceniu piłki do wiszącej obręczy. Tylko tyle? Z pewnością nie tylko. Kiedy więc zastanawiam się po raz kolejny nad tym, czy koszykówka nigdy nie pokocha mnie tak, jak ja kocham ją, dochodzę do wniosku, że to jednak miłość odwzajemniona. Poznając koszykówkę poznałem interesujących ludzi i wziąłem udział w wielu zaciętych meczach. Dowiedziałem się bowiem o naprawdę wielu rzeczach na które wcześniej nie zwracałem takiej uwagi. Dzięki koszykówce zacząłem też pisać. Najlepszym na to dowodem jest przecież ten blog.

Koszykówka może dać nam znacznie więcej niż tylko grę samą w sobie. Trzeba tylko spróbować odnaleźć w tej grze coś więcej niż tylko rzuty, asysty, czy zbiórki. Ja nazywam to koszykarską pełnią. Odnalezienia właśnie takiej koszykarskiej pełni życzę też Wam wszystkim.

the rim man 7

 

 

Jak zaszczepić pasję?

Pamiętam dokładnie kiedy poznawałem koszykówkę. To był 1992 rok i miałem wtedy dziesięć lat, kiedy wszystkie dzieciaki z mojego bloku zaczęły chodzić na drugie podwórko, żeby właśnie tam  porzucać do okrągłego metalowego koła. To koło było elementem większej konstrukcji mającej służyć za drabinkę do wspinania się. Koło było umieszczone mniej więcej na wysokości dwóch metrów, więc z racji wzrostu dziesięciolatków dla nas było wtedy na wysokości idealnej. Cóż, ponad dwadzieścia lat temu place zabaw przypominały bardziej muzea sztuki nowoczesnej, aniżeli miejsca, w których można byłoby bezpiecznie się bawić. Ale takie już prawo tamtych czasów i  tak właśnie było. W każdym razie zacząłem przychodzić tam wtedy razem z kolegami z podwórka i rzucaliśmy zwykłą piłką do siatkówki, albo do piłki nożnej.

Któryś z tamtych chłopaków wymyślił wtedy taką grę polegającą na tym, że każdy ma rzucać do tego metalowego koła i jeżeli jego rzut będzie celny, może wtedy zrobić krok do tyłu i rzucać dalej, dopóki nie dojdzie do kroku numer 10. Wtedy będzie mógł wracać z powrotem. Wygrywa ten, kto pierwszy przejdzie w tą i z powrotem wrzucając celnie swoje rzuty.

Ta gra szczególnie mi się spodobała. Po jakimś czasie byłem już w tą grę naprawdę niezły i chyba parę razy nawet wygrałem. To właśnie wtedy zainteresowałem się koszykówką.

Lata mijały, a ja będąc nastolatkiem oglądałem w telewizji w drugiej połowie lat 90-tych jak na parkietach NBA zdobywał punkty Michael Jordan, jak fantastycznie zbierał z tablic piłki Dennis Rodman i jakie niesamowite crossovery robił Allen Iverson. Wtedy zacząłem też grać bardziej na serio i nawet próbowałem po ukończeniu szkoły podstawowej dostać się do szkoły sportowej, co jednak mi się nie udało. Koszykówka jednak była już wtedy moją pasją.

Od tamtej pory minęło wiele lat, a ja dziś jestem trzydziestoparolatkiem, który po dłuższej przerwie…wciąż gra w koszykówkę. I wiecie co? Jestem z tego powodu niezwykle szczęśliwy, bo dziś gram nie tylko ze swoimi znajomymi, ale także z moim ośmioletnim synem.

 Swojego syna zacząłem uczyć gry w sumie trochę przypadkiem. Kiedy miał jakieś cztery lata dostał w prezencie plastikowy kosz z tablicą i małą piłką do rzucania w domu. Na początku nie bawił się nim, więc zacząłem bawić się nim…ja. Ustawiłem ten kosz przy szafie na końcu dużego pokoju i rzuciłem kilka razy. Wtedy dźwięk piłki usłyszał właśnie mój syn. Wbiegł do pokoju i złapał piłkę. Powiedziałem mu, żeby rzucił nią do kosza. I rzucił. Piłka nie wpadła do małej plastikowej obręczy, ale wtedy właśnie wyjaśniłem mu wszystko i zaczęliśmy rzucać. Przez jakiś czas rzucaliśmy sobie właśnie do tej plastikowej konstrukcji. Po prostu.

Po jakimś czasie zaczęliśmy grać w domu w tą samą grę, w którą grałem ja będąc dziesięciolatkiem na wspomnianym wcześniej drugim podwórku: ten kto wceluje robi krok do tyłu. Jeżeli dojdzie w ten sposób do końca pokoju, może wracać z powrotem w kierunku kosza. Kto pierwszy dojdzie do punktu, z którego zaczęła się gra, ten wygrywa.

 Kto wygrywał na początku? Pewnie, że ja. Mój syn nie miał przecież wyrobionego rzutu. Ale wtedy właśnie poczuł to, co jest podstawowym elementem sportu: chęć rywalizacji. Graliśmy coraz częściej i po jakimś czasie mój syn wygrał ze mną pierwszy raz! Nie wiem jak to się stało, ale naturalną siłą rzeczy wyrobił mu się rzut i był po prostu lepszy w tego naszego mini-kosza.

Kiedy miał sześć lat poszliśmy któregoś czerwcowego dnia na stare osiedlowe boisko, które było trochę zniszczone i nikt od dawna już na nim nie grał. Syn miał już swoją pierwszą, normalną piłkę w rozmiarze 3. Zaczął rzucać do obręczy zawieszonej na wysokości około 2,70 m. , a więc nieco niżej niż na tradycyjnej tablicy, gdzie obręcz zawieszona jest na wysokości 3,05 m. Nie mogłem przecież zaprowadzić sześciolatka na prawdziwe boisko, bo nie miałoby to sensu. Bardziej by się zmęczył próbując dorzucić piłką w obręcz, aniżeli nacieszył grą.

A więc mając sześć lat zaczął uczyć się rzucania i kozłowania. Tamtego lata chodziliśmy często na to stare boisko na którym nikt nie grał, a także w inne miejsce nieopodal parku, gdzie nieco lepsze i przede wszystkim nowsze konstrukcje miały obręcze zawieszone też trochę niżej. W dodatku miały przyczepione nowe siatki, co bardzo spodobało się mojemu synowi, który rzucał do obręczy coraz lepiej i pewniej.

mecz w parku 2 dobry new

Następnego lata, kiedy miał już siedem lat i urósł trochę bardziej zaczęliśmy chodzić na boisko szkolne ze zdecydowanie lepszą nawierzchnią. Któregoś razu pomyślałem, że w sumie to mój syn potrafi już w miarę kozłować i rzucać. Wymyśliłem więc, że zagramy nasz pierwszy mecz. Na początku nie wiedziałem tylko jak powinniśmy zagrać. Wymyśliłem więc „nasze” zasady.

-Jak będziemy grać? – zapytał mnie Przemek.

-Zagramy do 10 punktów. Jeżeli wcelujesz, zdobywasz 2 punkty.

-A jeżeli Ty wcelujesz? – dopytywał mnie wciąż mój syn.

-Hm… – zastanowiłem się przez chwilę, po czym odpowiedziałem – jak ja wceluję, to zdobędę jeden punkt. Tak będzie sprawiedliwie.

-Ale dlaczego? – mój syn zaczął swoją ulubioną zabawę w „Sto pytań do…”.

-Bo jestem trochę wyższy od Ciebie i trochę starszy. No i trochę dłużej gram w koszykówkę. W porządku? – zapytałem go tym razem ja.

-W porządku, zgadzam się- odpowiedział mi.

Zaczęliśmy więc grać. Zasady polegały więc na tym, że w meczu 1×1 do 10 punktów mój każdy celny rzut to nie dwa, a 1 punkt, natomiast każdy celny rzut mojego syna to dwa punkty. W ten sposób szanse były trochę bardziej wyrównane. Pozostała jeszcze kwestia obrony. Mojej obrony.

-Ale Ty nie możesz mi tak bardzo przeszkadzać rzucić piłką! – Przemek wyraził zdecydowany sprzeciw, kiedy zaczęliśmy mecz i jego pierwsza akcja zakończyła się niepowodzeniem. Zastanowiłem się więc raz jeszcze nad zasadami i trochę je ulepszyłem.

-W porządku, zrobimy tak, że ja nie będę ci przeszkadzał w rzucaniu jeżeli przekroczysz tą linię –podszedłem do linii osobistych i pokazałem mu.

-A co to za linia? –znowu zapytał Przemek.

-To jest linia rzutów osobistych. Koszykarze stają na tej linii, jeżeli zostaną sfaulowani pod koszem – wyjaśniłem mu.

-Dobrze, to ja będę mógł rzucać jak przejdę tą linię?

-Tak, będziesz mógł rzucać i nie będę ci wtedy przeszkadzał – odpowiedziałem.

Ustaliliśmy więc, że ja mogę bronić obręczy tylko za linią rzutów osobistych. Jeżeli mój syn zdoła wejść za to pole, on będzie mógł wtedy przestać kozłować piłkę i na luzie oddać rzut.

Dodam jeszcze, że oczywistym i naturalnym było dla mnie to, że moja „obrona” nie będzie zbyt intensywna. Miałem raczej tylko „przeszkadzać” synowi w przejściu linii osobistych. Zaczęliśmy więc grać. Tamten mecz wygrał oczywiście mój syn 😉 Wyniku jednak nie pamiętam. W każdym razie okazało się, że mój pomysł działa bardzo dobrze i możemy takie mecze rozgrywać z synem częściej. W czasie poprzedniego lata rozegraliśmy więc kilkanaście takich gierek między sobą.

mecz w parku 1 dobry new

W tym roku mój syn ma już osiem lat i kilka centymetrów wzrostu więcej. Lepiej kozłuje i lepiej rzuca. Ma też swojego ulubionego zawodnika z NBA, którym jest Kevin Love. Drugi to oczywiście Marcin Gortat. Od wiosny wpadamy na boisko częściej niż w zeszłym roku i gramy. Jest na tyle dobry, że przegrałem z nim już kilka razy 😉 .

-10:8, znowu z Tobą wygrałem! – krzyknął do mnie po naszym zeszłotygodniowym meczu Przemek.

-Udało ci się – odpowiedziałem.

-Nie udało, tylko wygrałem, bo jestem lepszy i młodszy.

Spojrzałem na syna z nieco marsową miną, po czym odpowiedziałem:

-Jesteś c o r a z lepszy. Niech ci będzie.

-Tata, a może Ty powinieneś iść na lekcje do Marcina Gortata jak będzie w Polsce? Nauczyłby cię lepiej grać. Jak myślisz? – zaproponował mi pewnym siebie głosem mój syn.

Spojrzałem już kompletnie obojętnie:

-Zastanowię się.

-No to trzeba napisać list do Marcina Gortata i go poprosić! Może się zgodzi – zaproponował z uśmiechem Przemek.

-Może…Kto wie… – odpowiedziałem.

*

W szkole mojego syna powstało tej wiosny nowiuteńkie boisko na którym są dwie konstrukcje z obręczami zawieszonymi na normalnej wysokości i dwie konstrukcje z obręczami zawieszonymi na wysokości przystosowanej dla młodszych dzieci. To zdecydowanie ułatwia mojemu synowi grę, w dodatku do obręczy zawieszonej niżej rzuca z niesamowitą łatwością. Prawdopodobnie wpływ na to miał fakt, że będąc młodszym uczył się rzucać do obręczy zawieszonej nieco wyżej. Czasami przychodzimy na to boisko, żeby tylko porzucać. Dodatkową ciekawostką może być fakt, że Przemek często nie chce rzucać do obręczy zawieszonej niżej.

-Dlaczego nie chcesz rzucać do tego niższego kosza? – zapytałem go niedawno.

-Bo tam jest za nisko –odpowiedział mi.

Pomyślałem wtedy, że w sumie jest to dobry znak, ale wytłumaczyłem też, że nauczy się lepiej rzucać i poprawi bardziej swój rzut, kiedy będzie rzucał jednak do tej niższej obręczy. Jak na razie się zgodził.

 

Po dwóch latach od pierwszych prób nauki gry w koszykówkę mój syn mając osiem lat gra już nieźle. Nie ma jeszcze idealnie wyrobionej motoryki ruchów, ale porusza się na tyle sprawnie, że dostrzegam już w nim jakiś potencjał. Myślę, że udało mi się zaszczepić w nim jakieś początki pasji.

Nie chcę oczywiście, żeby został profesjonalnym koszykarzem! Chciałbym, aby w przyszłości był tym kim tylko zechce, bowiem pasją mojego syna są klocki Lego i budowanie z nich coraz bardziej zaawansowanych technicznie lokomotyw. Kto wie, może kiedyś będzie inżynierem i zaprojektuje swój własny pociąg? Jak na razie twierdzi, że chciałby zostać kolejarzem. Ale jeżeli będzie miał wielką pasję do gry i zechce zostać koszykarzem, to świetnie. W każdym razie mnie nie o to w tym wszystkim chodzi, żebym chciał od razu robić z niego sportowca. Otóż najlepsze jest po prostu to, że poprzez koszykówkę uczy się rywalizacji, wytrwałości i konsekwencji w dążeniu do celu. A takie cechy wykształca właśnie koszykówka. To bardzo ważne.

Co ważniejsze, to również to, że koszykówka przecież nie jest celem samym w sobie. Ma tylko wykształcić w młodym człowieku kilka bardzo ważnych cech, które pozwolą mu prawidłowo się rozwijać.  A wykształcić w młodym człowieku takie cechy zdecydowanie pomoże uprawianie sportu. I nie ważne, czy będzie to koszykówka, piłka nożna (w którą mój syn również bardzo lubi grać ), siatkówka, tenis, czy też cokolwiek innego. Ważne, żeby uprawianie sportu przynosiło oprócz samej rywalizacji przede wszystkim radość. Bo dzięki niej na twarzy młodego człowieka pojawia się uśmiech. A uśmiech to szczęście.

Wracając jeszcze do naszych meczów z synem dodam, że oczywiście mój syn na razie nie jest na takim poziomie, aby zdołał wygrać ze mną „na serio” gierkę 1×1. Myślę jednak, że już niebawem będzie to realne…

mecz w parku 3 dobry new