Wiosenny trening rzutowy

http://www.facebook.com/rzutzdystansu  

https://www.instagram.com/rzutzdystansu/

Po zimie jak to po zimie. Z formą zwykle jest nieco gorzej i zarówno kondycyjnie jak i technicznie wiele osób nie prezentuje tego samego poziomu, którym mieli okazję pochwalić się na boiskach w czasie wiosennych i letnich miesięcy roku. Podobnie jest też ze mną. Nie gram zbyt często w czasie zimy, a przychodzenie do hali raz w tygodniu, a czasami rzadziej nie wpływa pozytywnie na moją formę. Ile to dokładnie było? Dobre kilka miesięcy kiedy nie trenowałem na serio. Chodziłem tylko do hal, ale tej zimy nie wpadałem tam tak często jak w poprzednich latach z różnych względów.

Zima jednak już minęła i wiosenna pogoda sprawia, że znowu chce nam się grać. Robi się powoli coraz bardziej zielono i to wszystko powoduje, że jest w nas więcej motywacji. Po dłuższej przerwie w treningach postanowiłem więc i ja w pierwsze dni wiosennej pogody rozpocząć swoje treningi. Chcę odbudować formę. Od początku kwietnia co parę dni przychodzę więc do swojego ulubionego  parku, aby po prostu trochę porzucać. Chcę sprawdzić, czy po zimowej przerwie w grze w koszykówkę jeszcze potrafię udawać przed moim synem Michaela Jordana… Ostatnio średnio idzie mi udawanie przed synem MJ’a i nawet nie udało mi się zrobić ani razu Slam Dunka podczas naszych gierek jeden na jednego… Oczywiście żartuję.

Poszedłem na początku kwietnia w pierwsze dni ładnej pogody do parku, żeby na luzie porzucać z dystansu i sprawdzić jak prezentuje się moja forma po zimie. Jak myślicie, czy dałem radę? Czy udało mi się znowu trafić tyle ile zwykle? Powiem Wam, że łatwo nie było. Postanowiłem jednak rozpocząć swoje wiosenne treningi rzutowe. Do formy trzeba wrócić i już!

Kiedy wszedłem do parku i stanąłem na boisku pierwszy raz tej wiosny, poczułem się trochę nieswojo, ale przyjemnie. Świeciło wreszcie słońce i pogoda sprawiała, że wreszcie chciało się grać!  Wyjąłem swoją piłkę z torby i zacząłem powoli kozłować.

Mój kozioł trochę się pogorszył przez te zimowe miesiące. Kozłowałem, ale czułem, że to zdecydowanie nie jest to, co potrafię. Wiecie co mam na myśli? Chodzi o moment kiedy kozłujesz i czujesz się w pełni zespolony z piłką. Piłka i Ty to jakby ten sam organizm. Rozumiecie? Jestem pewien, że tak. Z moim kozłowaniem nie było więc tak świetnie jak parę miesięcy temu, ale postanowiłem, że nie będę się tym przejmował, tylko po prostu skoncentruję na treningu. Najważniejsze to koncentracja na tym co należy poprawić, a nie koncentracja na tym co jest nie tak. Każdy z Was chyba o tym wie, że w koszykówce i ogólnie w sporcie kluczowe jest to, żebyśmy nie myśleli o negatywnych aspektach naszej gry, czy formy, tylko myśleli o tym co jest do poprawy i przede wszystkim wierzyli w siebie. LeBron podczas Play-Offów podobno wyłącza się z mediów społecznościowych. Nie wchodzi na Facebooka, Twittera i inne tego typu portale. Wszystko po to, żeby w pełni skoncentrować się na osiągnięciu mistrzostwa. Ja postanowiłem, że wyłączę myślenie o tym jak niefajna jest moja forma po zimie. Wszystko po to, żeby odbudować formę.

Najważniejsze w pierwszych dniach odbudowywania formy jest chyba to, żeby robić to powoli i spokojnie, bez zbędnego forsowania swojej siły. Nie wolno rzucać się na głęboką wodę i od razu zmuszać do zbyt dużego wysiłku. Trzeba robić to na pełnym luzie, słuchając swojego organizmu. Jak zacząć wiosenne treningi?

Po dłuższej przerwie w treningach nie można tak po prostu zacząć grać, czy trenować. Ważna jest rozgrzewka, bo dzięki niej właśnie nasz organizm będzie przyzwyczajał się do systematycznego wysiłku. Ja na przykład zwykle robię na początku minutowy trucht, wymachy rąk w górę w kroku dostawno-odstawnym, krążenia bioder, krążenia stawów kolanowych i wysokie podskoki z wymachiwaniem rąk w górę przez 30 do 45 sekund. Na początek po przerwie to zdecydowanie wystarczy. Co dalej?

Ja wymyśliłem sobie indywidualny konkurs rzutów za trzy punkty. Coś jak konkurs trójek w czasie weekendu All Star Game w NBA. Chodzi o to, żeby ustawić się za linią trzech punktów i rzucać po dwa razy z każdej pozycji wokół kosza. Zanim jednak napiszę o swoim pierwszym treningu, będzie jeszcze parę słów o Milwaukee Bucks 😉

Wziąłem ze sobą na pierwszy wiosenny trening swoją ulubioną bluzę Milwaukee Bucks, ponieważ ucieszyłem się, że weszli do Play-Off. Nie wiem czy ta drużyna ma większe szanse na to, żeby osiągnąć coś w Play-Offs, ale ostatnio do ekipy z Milwaukee przybyli moi ulubieni zawodnicy, którymi są Brandon Jennings i Shabazz Muhammad.  Mam wielką nadzieję, że drużyna z Milwaukee przejdzie chociaż do drugiej rundy. Jak na razie przegrała z Celtics dwa pierwsze mecze i zobaczymy jak to będzie dalej. Nie byłem wcześniej fanem ekipy z Milwaukee, ale oglądając zimą jakieś skróty meczów z NBA trafiłem właśnie na Milwaukee Bucks i zauważyłem, że w tej drużynie jest spory potencjał na to, żeby za jakiś czas odnosiła sukcesy. Pomyślałem więc, że czemu nie, mogę być fanem kolejnej drużyny z NBA.

Ok, czas przejść do sedna. Stanąłem na linii rzutów za trzy i zacząłem rzucać. Pomyślałem, że najpierw rzucę 10 razy zza łuku i wtedy po pierwszej takiej serii okaże się jak wygląda moja forma rzutowa po zimie. Zacząłem rzucać. Pierwszy rzut, drugi rzut, trzeci rzut. Jakoś to szło. Nie byłem pewien czy wystarczy mi siły, żeby rzucić 50 razy zza łuku (bo tyle sobie na początku założyłem) i pomyślałem, że jeżeli nawet nie dałbym rady, to przecież mogę dzisiaj potrenować tylko rzucanie za trzy.  A może jeszcze zrobię chociaż dwie, lub trzy serie z półdystansu? Nie wiedziałem, czy to będzie możliwe, ale postanowiłem, że spróbuję. Jakie były moje wyniki na pierwszym „konkursie rzutowym” po zimie? 

Cóż, będę z Wami szczery. Wspaniale nie było. Ale nie było też tak źle! W pierwszej serii swoich rzutów osiągnąłem wynik, którym było bardzo, ale to bardzo kiepskie 1/10. Po zimie nie jesteśmy już jednak tymi samymi Michaelami Jordanami co wcześniej. Warto jednak próbować dalej.

W drugiej serii swoich rzutów już poszło mi trochę lepiej. Trafiłem 3/10 i poczułem, że może coś z tego będzie. Kiedy trafiłem swój czwarty rzut w trzeciej serii wiedziałem, że wszystko jest możliwe. Po trzech seriach moje wyniki to: 1/10, 3/10, 4/10.

Zacząłem czwartą serię. Trafiłem pierwsze 2 rzuty z rogu boiska i ucieszyłem się. Trafione 2/2 już na samym początku mojego konkursu rzutowego to już coś.  Ale nie chciałem na tym poprzestawać. Wiedziałem, że kiedy na początku trafi się te pierwsze rzuty, to nie można wtedy się za bardzo ucieszyć, tylko ciągle być skoncentrowanym, ale również wyluzowanym. Chodzi po prostu o to, żeby piłka trzymała się ręki i żeby wszystko było pod kontrolą.

Rzucałem więc dalej. Kiedy przeszedłem już pierwsze  2 „stacje” w swoim konkursie rzutowym i stałem na wprost tablicy, poczułem się naprawdę wyjątkowo. Wiecie dlaczego? Cóż, nie będę skromny i pochwalę się, że trafiłem w czwartej serii wszystkie cztery pierwsze rzuty.

Rzucałem więc dalej. Przez całą czwartą serię rzutów podczas konkursu byłem skoncentrowany i wyluzowany. Po prostu rzucałem i starałem się robić to możliwie jak najlepiej. Zgadnijcie ile trafiłem? Czy było to 50% moich rzutów? Nie. Czy było to 60% moich rzutów? Nie. A może było to 70% moich rzutów? Też nie. Wiecie co? Chyba mogę jeszcze być niezły w tym rzucaniu. Po prostu. Trafiłem w czwartej serii po 3 miesięcznej przerwie w grze w koszykówkę 8 rzutów na 10 i wychodzi na to, że było to 80%. Cieszyłem się i to bardzo. To wspaniałe, że dawałem radę. Nie wiedziałem tylko czy utrzymam tą skuteczność w dalszej części swojego treningu.

Stanąłem po raz piąty na linii „trójek” i zacząłem rzucać.  Szło nieźle. Byłem wciąż wyluzowany.  Wiecie co? W koszykówce i ogólnie w sporcie chyba właśnie to jest najważniejsze. Trzeba po prostu być wyluzowanym. Niech ta piłka leci, leci, leci daleko… Właśnie o to chodzi w rzucaniu. Oglądałem kiedyś jakiś wywiad ze Stephenem Curry’m (nie, to nie jest mój ulubiony zawodnik w NBA, ale lubiłem jego ojca kiedy grał jeszcze w Charlotte Hornets w latach 90-tych) i on mówił właśnie coś o tym, żeby się wyluzować. Po prostu wyluzować i nie myśleć o niczym poza rzucaniem piłki w kierunku obręczy. Mówił, żeby po prostu się skoncentrować i rzucać. Trzeba wypuścić piłkę z rąk delikatnie i z wyczuciem opuszkami palców i niech leci. Dokładnie tak. Niech po prostu sobie leci. Ja właśnie tak zrobiłem. Jak poszło mi w piątej serii konkursu rzutowego?

W pierwszej serii 1/10, w drugiej serii 3/10, w trzeciej serii 4/10, w czwartej serii 8/10, a w piątej serii niestety chyba dało znać o sobie zmęczenie, ponieważ „osiągnąłem” wynik 0/10. Cóż, tak bywa. Kiedy już  trochę odpocząłem, pomyślałem sobie, że może spróbuję porzucać jeszcze trochę z półdystansu. Miałem siły tyle, żeby rzucić jeszcze trzy serie po 10 rzutów. W pierwszej serii z półdystansu zaliczyłem wynik 3/10, a w drugiej było lepiej bo 5/10. W trzeciej też 5/10. Mimo wszystko fajowo.

Wiosna chyba przyszła naprawdę, bo kiedy usiadłem zmęczony pod koszem na swojej piłce i delektowałem się swoją ulubioną wodą mineralną i bananem, usłyszałem śpiew ptaków. Ależ to było przyjemne uczucie móc znowu słyszeć wiosnę! Możecie się ze mnie śmiać, ale jestem pewny, że i Wy lubicie te wiosenne dźwięki. Kiedy trochę odpocząłem, pomyślałem, że rzucę jeszcze dwie serie rzutów osobistych. A co tam! Byłem zmęczony, ale miałem jeszcze trochę siły. W pierwszej serii osobistych trafiłem 4/10, a w drugiej poszło lepiej i trafiłem 5/ 10.

Właśnie w ten sposób wyglądał mój pierwszy wiosenny trening rzutowy. Byłem wyluzowany i pewny siebie, ale wiedziałem, że jeszcze długa droga przede mną, żeby wrócić do swojej dawnej formy. Postanowiłem też, że tym razem będę się cieszył z tego co już osiągnąłem. Trzeba się cieszyć z niewielkich osiągnięć. To bardzo ważne i motywujące.

*

Od mojego pierwszego prawdziwie wiosennego treningu rzutowego minęło dokładnie 2,5 tygodnia. Staram się chodzić do parku w miarę regularnie, aby odbudowywać swoją formę. Po kilku treningach daję radę rzucać już trochę więcej i moje treningi wydłużyłem z 30 do 45 minut. Z reguły staram się robić najpierw rozgrzewkę, później swój” indywidualny konkurs trójek All Star”, a następnie rzucam z półdystansu dwie serie po 50 razy i na koniec rzucam po prostu osobiste. Z półdystansu po zimie na początku trafiałem od 12 do 15 razy na 50, więc nie było za wesoło. Po 2 tygodniach trenowania trafiam już średnio ponad 20 rzutów na 50, a mój najlepszy wynik tej wiosny z półdystansu to 28/50. Nadal nie mam się czym chwalić, ale zobaczymy jak będzie dalej.

Na zakończenie tego wpisu chciałbym jeszcze powiedzieć Wam, że oglądam już drugi rok z rzędu z wielkim zaciekawieniem Play-Offy w Energa Basket Lidze Kobiet. W zeszłym roku zainteresowałem się też koszykówką w żeńskim wydaniu i muszę przyznać, że nie wiedziałem że basket kobiet może być aż tak interesujący. Mam nadzieje, że dziewczyny się na mnie nie obrażą.  Wiecie, ja po prostu oglądam na co dzień NBA… Ostatnio jednak zauważyłem, że warto wspierać to co nasze, bo i polska koszykówka może być naprawdę ciekawa.

Obejrzałem więc mecze pierwszej rundy Play-Offs i póki co drużyna CCC Polkowice wyeliminowała dwie drużyny. Zawodniczki z Polkowic przeszły gładko w pierwszej rundzie eliminując drużynę Pszczółki Lublin w serii do trzech zwycięstw 3:0, a w drugiej rundzie wyeliminowały Wisłę Can-Pack Kraków też 3:0. Pozwolę sobie też na odrobinę prywaty i powiem, że moją ulubioną zawodniczką tej ekipy jest rozgrywająca Angelika Stankiewicz. Pozdro Angelika!

W innej parze pierwszej rundy Play-Offs Energa Basket Ligi Kobiet Artego Bydgoszcz wyeliminowało drużynę Basket 90 Gdynia, a drużyna aktualnych mistrzyń Polski, Ślęza Wrocław awansowała do półfinałów po zwycięstwach nad Energą Toruń. Aktualnie Ślęza w drugiej rundzie gra właśnie z Artego Bydgoszcz i pojedynek tych drużyn jest naprawdę bardzo ciekawy. Dlaczego? Pierwsze dwa mecze, które rozgrywane były w Bydgoszczy wygrała drużyna z Wrocławia. Ślęza wracała więc do Wrocławia praktycznie tylko po to, aby dokonać formalności i wygrać trzeci mecz. Jednak tak się nie stało. Waleczne koszykarki Artego nie chciały się poddać i wygrały trzeci mecz, a następnie również mecz czwarty rozgrywany we Wrocławiu. Aktualnie jest wiec 2:2 w meczach i piąte spotkanie, które rozgrywane będzie w najbliższa niedziele zapowiada się arcyciekawie. Czy drużyna mistrzyń Polski da rade pokonać olbrzymią presję i wygrać piąty mecz? Czy może to waleczne koszykarki Artego okażą się lepsze? To naprawdę może być mecz sezonu w Energa Basket lidze Kobiet i wszyscy fani pomarańczowej piłki w naszym kraju z pewnością powinni to widowisko obejrzeć, do czego Was zachęcam.

Pamiętam, że w zeszłym roku oglądając finał Basket Ligi Kobiet zaimponowały mi dwie zawodniczki Ślęzy: rozgrywająca Marissa Kastanek z USA i Zuzanna Sklepowicz. Jestem ciekaw, czy w tym sezonie zagrają w finale właśnie koszykarki drużyn z Wrocławia i z Polkowic. Jeżeli tak, to będzie to pierwszy w historii finał ligi, w którym zmierzą się drużyny z Dolnego Śląska. Może więc być bardzo ciekawie!

Jeżeli więc są wśród Was także dziewczyny, które czytają moje wypociny na blogu, to zapraszam Was do oglądania finału. Emocje na pewno będą, dlatego jestem pewien, że warto! Chłopaków oczywiście też zapraszam, bo przecież chyba fajnie jest popatrzeć na grające w koszykówkę kobiety, prawda? 😉

*

A co do wiosennego trenowania, to jestem ciekaw jak u Was i czy też wznowiliście już swoje treningi? Wiosna już przyszła, więc zaczynajcie od nowa. Koszykówka to przecież nasza ulubiona gra i myślę, że warto grać dalej.

 

 

 

Koszykarskie Inspiracje

http://www.facebook.com/rzutzdystansu   

https://www.instagram.com/rzutzdystansu/

Zima to czas, w którym nie gram w koszykówkę zbyt często. Pogoda niestety psuje moje zapędy, żeby zagrać na powietrzu, a okoliczne hale sportowe otwarte są tylko w weekendy. W ciągu zimowego okresu bardzo często więc zdarza mi się, że moja pasja do gry zwalnia. A później jest trochę ciężko, bo odzwyczajam się od trenowania i nie jest tak łatwo wrócić do formy.

Co więc robić, aby przez te kilka miesięcy zimowej aury wciąż mieć chęci do gry? Skąd czerpać inspirację do tego, aby również w zimowych miesiącach grać w koszykówkę jak najczęściej, o ile oczywiście pogoda na to pozwala? Ten wpis jest właśnie o tym.

Jechałem ostatnio przez miasto i trochę znudzony niezbyt przyjemną pogodą zastanawiałem się kiedy znowu pogram w koszykówkę. Niska temperatura nie nastrajała mnie do tego, aby wyjść i pograć w parku. Nie ukrywam, że nie było to dla mnie przyjemną perspektywą, bo zagrałbym chętnie. W pewnej chwili zauważyłem boisko i stojący kosz do gry. Od razu zrobiło mi się jakoś przyjemniej.

Miejsce, które zauważyłem jadąc przez miasto zainspirowało mnie. W pochmurny, chłodny dzień zobaczyłem boisko. Tablica i obręcz zachęciły mnie do tego, aby jak najszybciej się ruszyć. Kiedy wróciłem do domu nie zastanawiałem się długo. Po prostu spakowałem do torby wodę mineralną, banana, bluzę na zmianę i swoją pomarańczową piłkę. No, może nie jest już pomarańczowa, a brązowa, ale to tylko i wyłącznie dlatego, że grałem już nią naprawdę nie raz.

Poszedłem prosto do parku. Nie było ciepło, ale ubrałem się tak, aby w czasie ruchu czuć się komfortowo. Dwa t-shirty i ciepła bluza, w której gram w czasie jesienno-zimowych miesięcy dawały mi komfort termiczny. Do tego czapka zimowa i kaptur.

Zacząłem rzucać. Zrobiłem kilkuminutową rozgrzewkę, a później rzuciłem 50 razy z półdystansu z lewej strony kosza i 50 razy z prawej strony. Porzucałem trochę i pobiegałem. A wszystko to dzięki temu, że zainspirował mnie do tego wspomniany wcześniej kosz, który mijałem jadąc przez miasto. Był on więc moją inspiracją do tego, aby pójść na trening pomimo niezbyt przyjemnej pogody.

Inspiracja. Muszę przyznać, że bardzo lubię to słowo. Kojarzy mi się z czymś, dzięki czemu można tworzyć. Ja stworzyłem sobie dzięki takiej właśnie inspiracji zimowy trening w parku. Trening był przecież czymś, co sam wykonałem. Prawda?

Ostatnio zacząłem się zastanawiać nad tym co najbardziej inspiruje mnie do gry w koszykówkę. Myślałem trochę i doszedłem do wniosku, że inspirują mnie bardzo często miejsca. Właśnie takie jak na przykład boisko. Dzięki temu, że wcześniej zauważyłem to boisko, poszedłem na trening w niezbyt przyjemną pogodę. A przecież gdybym go nie zauważył, pewnie nie wybrałbym się wtedy do parku. Wychodzi więc na to, że warto aby takich boisk było w naszych miastach jak najwięcej. Zgadzacie się?

Co jeszcze inspiruje mnie do gry? Dobra, teraz będzie trochę luźniej. Cóż, może zabrzmi to nietypowo (a może nie), ale mnie inspirują bardzo często ubrania. Tak, ubrania. Luźne, sportowe bluzy to jest coś co nakręca mnie do uprawiania koszykówki. Lubię bluzy z nadrukiem logo klubów z NBA. Serio. Pamiętam lata 90-te i szał na koszykówkę zza Oceanu. Właśnie wtedy pojawiły się w Polsce bluzy, czapeczki i koszulki ze znaczkami klubów NBA. Czy ktoś z Was miał wtedy czapeczkę Charlotte Hornets? 😉

Pojawiły się wtedy też karty NBA. Mój przyjaciel, który kiedyś mieszkał za Oceanem przywoził ich co jakiś czas do Polski naprawdę sporo. Byłem wtedy dzieciakiem i cieszyłem się bardzo, kiedy oglądałem Iversona, Kobe’go Bryanta albo Jordana na kolorowych kartach. Trochę ich też nazbierałem. Te karty miały moc. Inspirowały mnie do gry w kosza. Jako nastolatek wychodziłem często na osiedlowe boisko, aby trochę pograć. Najbardziej lubiłem luźne gierki 2×2 i grę w „21” o której możecie przeczytać tutaj: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2017/06/15/gra-w-21/

Co jeszcze jest dla mnie inspiracją do tego, aby grać w koszykówkę? Napisałem o boisku, o kolorowych bluzach NBA i kartach. Ale wiecie co? Wielką inspiracją do gry są dla mnie też ludzie, którzy grają w kosza. Kiedy oglądam na YouTube jak grał kiedyś Allen Iverson, jakie niesamowite robił crossovery, jak tańczył z piłką na parkiecie, od razu chce mi się grać. Mam wtedy chęć po prostu wybiec z domu z piłką na boisko i rzucać jak najwięcej. Inspirują mnie też zawodnicy z nietypowym wizerunkiem. Tatuaże Chrisa Andersena, albo fryzura Elfrida Paytona z Phoenix Suns to coś, co może być naprawdę niezłą inspiracją. Patrzę na nich i myślę sobie: „Fajni goście, wyluzowani. No i grają w kosza.”

Ludzie, którzy grają w koszykówkę to nie tylko sportowcy osiągający w tej dyscyplinie lepsze i gorsze wyniki. To ludzie, którzy osiągają coś więcej. Dzięki uprawianiu sportu rozwijają się i są coraz lepsi nie tylko fizycznie, ale i mentalnie. To ludzie, którzy się samodoskonalą. Na przykład Kareem Abdul-Jabbar. Oprócz tego, że rozegrał w NBA ponad 20 sezonów, to zdobył naprawdę sporą wiedzę o świecie i o życiu. Przeczytał i napisał niejedną książkę. Medytował i uprawiał jogę. Interesował się psychologią, filozofią i religiami. Koszykówka ukształtowała go na wartościowego człowieka i wydobyła z niego to, co najlepsze.

Ludzie tacy jak Abdul-Jabbar mogą być wielką inspiracją do tego, aby wyjść z domu i pograć. Albo po prostu ZACZĄĆ ZNOWU GRAĆ.  Ludzie i ich historie to właśnie to, co i mnie zawsze inspirowało do gry w koszykówkę. Wiele razy czytałem o ich historiach w magazynach, które kiedyś ukazywały się w kioskach. Były to pisma takie jak „Magic Basketball”, czy „Pro Basket”. Myślę, że wielu z Was też je dobrze kojarzy. Te pisma już dzisiaj się nie ukazują, ale czytam o koszykówce i ludziach z nią związanych w Internecie. I to jest wspaniałe. Bo właśnie między innymi to jest moją inspiracją do gry.

Było o boisku, bluzach, kartach NBA i ludziach. To wszystko jest tym, co mnie inspiruje. Do tego aby wyjść na boisko. Porzucać piłką do obręczy. Policzyć sobie ile rzutów trafiłem. Poprawić kozłowanie. Poprawiać wciąż swoje umiejętności. Jest to również inspiracja do tego, żeby poczytać o czymś interesującym. Na przykład o medytacji. Albo o czymkolwiek wartościowym. Właśnie to jest też dla mnie ważne w koszykówce.

Jest jednak coś, co jest ponad tym wszystkim. Coś co inspiruje mnie do gry najbardziej. Co to jest?

Kiedy stoję na boisku w parku, zmęczony po dłuższym treningu rzutowym, lub gierce ze znajomymi, to na mojej twarzy często pojawia się uśmiech. Patrzę na park, na swoją piłkę, na przechodzących ludzi. Czuję wtedy, że to jest TEN MOMENT. To jest to, co sprawia, że jestem szczęśliwy. Właśnie to jest dla mnie największą inspiracją do tego, aby dalej grać. Uśmiech. Bo koszykówka może nam go właśnie dać.

Czy jest coś jeszcze? Tak, wychodzi na to, że jest. Ten blog. Lubię czasami napisać parę słów o koszykówce. Może kiedy ktoś trochę o niej poczyta, też się tym zainspiruje i postanowi od czasu do czasu wyjść pograć? Albo poczytać o czymś interesującym? O świecie, o życiu. Mam nadzieję, że właśnie tak jest.

 

 

 

DCTG Sportswear, czyli Ewolucyjny Trik w Sportowej Modzie

Jeżeli gracie w koszykówkę, lub uprawiacie jakieś inne sporty, a domyślam się, że tak, to wspólnie z byłym koszykarzem NBA, Chrisem Douglasem-Robertsem, który aktualnie nazywa się Supreme Bey chcielibyśmy zaprezentować Wam coś niezwykłego.

Supreme Bey to pasjonat aktywności fizycznej i zdrowego stylu życia. Ale nie tylko. Grając jeszcze zawodowo w koszykówkę, w najlepszej koszykarskiej lidze świata, którą jest NBA nauczył się czegoś bardzo istotnego. Tym czymś jest czysty umysł i zdrowe spojrzenie na świat, a także zrozumienie swojej wewnętrznej natury.

Na zdjęciu Supreme Bey

Bycie w zgodzie ze sobą to podstawowy element budowy tego, aby być również w zgodzie ze światem. Najważniejsze jest to, aby czerpać radość z każdej chwili, gdziekolwiek jesteśmy i cokolwiek robimy. To słowa Supreme Beya.

Naszą wspólną pasją jest aktywność fizyczna. Nieważne, czy uprawiacie koszykówkę, czy jeździcie na deskorolce. Najważniejsza jest aktywność fizyczna, która wyzwala w nas nowe pokłady energii. Warto więc uprawiać tą aktywność fizyczną w ubraniach których najwyższa jakość i unikalna kolorystyka sprawią, że sport będzie dla Was tylko i wyłącznie przyjemnością.

Na zdjęciu swetry marki DCTG

Kiedy gracie w koszykówkę, albo uprawiacie jakąkolwiek inną formę aktywności fizycznej, wiecie zapewne doskonale, że aby czerpać radość z ruchu i czuć się w pełni komfortowo, odzież którą macie na sobie musi być po prostu wygodna. Odzież taka powinna cechować się odpowiednim, solidnym materiałem i przepuszczalnością powietrza, aby podczas wysiłku nasze ciało swobodnie oddychało i abyśmy czuli się w pełni zrelaksowani. Dzięki temu pozwoli nam to po prostu cieszyć się grą, lub jakąkolwiek inną formą rekreacji.

Fani sportu i aktywności fizycznej bardzo często lubią wyrazić siebie i swoją pasję poprzez to jakie ubrania noszą. Poprzez noszenie ubrań, które kojarzą się nam z byciem w ruchu możemy pokazać światu nie tylko to czym się zajmujemy, ale również jakąś część siebie i to kim jesteśmy. Możemy pokazać naszą osobowość i dobrze wiecie, że nie jest to tylko pusty slogan.

Na zdjęciu bluzy marki DCTG

Właśnie takie ubrania proponuje nam marka Supreme Beya, DCTG Sporstwear. Marka DCTG Sportswear to skrót od sentencji „Don’t Cheat The Grind”. Ubrania marki DCTG Sportswear są uszyte z najnowszej jakości wysokogatunkowej bawełny, dzięki czemu nosząc je macie pewność, że jakość, którą macie na sobie jest absolutnie najwyższa.

Na zdjęciu kurtki marki DCTG

Ubrania marki DCTG Sportswear to unikalny styl i komfort. Dlaczego? Wystarczy, że spojrzycie na niesamowitą paletę barw, które pojawiają się na uszytych z wysokogatunkowej bawełny bluzach, koszulkach, kurtkach, czy spodniach. Ten styl to naprawdę coś jak do tej pory niespotykanego na polskim rynku odzieżowym. Wszystko to za sprawą mentalności twórcy tych ubrań, Supreme Beya.

Dodatkowo ubrania te charakteryzują się bardzo istotną cechą, którą cenią sobie wszyscy uprawiający aktywność fizyczną. Odzież spod szyldu DCTG jest zaprojektowana i uszyta w taki sposób, aby po prostu była wygodna i zapewniała pełną swobodę ruchu.

Na zdjęciach swetry i bluzy marki DCTG

Supreme Bey to były koszykarz NBA, który grał w takich drużynach jak Milwaukee Bucks, Charlotte Bobcats, Dallas Mavericks, czy Los Angeles Clippers. Grając w koszykówkę jeszcze jako Chris Douglas-Roberts doskonale wiedział w jakiej odzieży aktywność fizyczna może sprawiać największą radość i poczucie, że czujemy się wyjątkowo z naszą pasją. Właśnie dlatego postanowił założyć własny, unikalny brand, dzięki któremu będziecie mogli podzielić się ze światem Waszą pasją.

Na zdjęciach bluzy marki DCTG

Na zdjęciach koszule polo marki DCTG

Chodziło po prostu o to, aby każdy dla kogo aktywność fizyczna jest istotnym elementem codzienności miał szansę wyrazić siebie poprzez noszenie unikalnych ubrań w niespotykanej dotąd kolorystyce. Takich, których do tej pory nie nosił nikt inny na świecie. A wszystko po to, aby poczuć się jak ktoś naprawdę wyjątkowy. Bo przecież każdy z nas jest wyjątkowy, prawda?

Na zdjęciach czapki zimowe marki DCTG

Filozofia marki DCTG Sportswear opiera się między innymi na świadomości. Chodzi o świadomość tego kim jesteśmy i jakie wartości są dla nas ważne. DCTG Sportswear popiera takie wartości jak: kreatywność, samoświadomość i czysty umysł, natomiast najistotniejszą rzeczą w życiu dla każdego z nas jest po prostu to, aby być sobą.

Na zdjęciu t-shirty marki DCTG

Według DCTG Sportswear samoświadomość to nie tylko wyrażanie siebie poprzez to w co się ubieramy, ale coś znacznie więcej. Świadomość każdego z nas powinna być oparta przede wszystkim na dbaniu o siebie. Można to robić między innymi poprzez aktywność fizyczną, odpowiednie odżywianie się i zdrowy tryb życia w zgodzie ze sobą. Właśnie to są główne idee marki DCTG Sportswear którymi się kieruje.

DCTG Sportswear to coś zupełnie nowego także jeśli chodzi o wspomnianą już wcześniej kolorystykę ubrań i styl. Zapewne także Wy uprawiając sport, lub jakiekolwiek formy aktywności fizycznej chcecie wciąż poprawiać swoje osiągniecia i pokazać światu coś nowego, na przykład zrobić jakiś nowy trik podczas gry w koszykówkę, lub nauczyć się zupełnie nowej rzeczy podczas jazdy na deskorolce.

Podobnie wygląda to wszystko z marką DCTG Sportswear. Można powiedzieć, że ubrania te są zupełnie nowym trikiem w sportowej modzie. Intensywna paleta barw i klasyczny styl połączony z nutą awangardowych pomysłów to charakterystyczne cechy odzieży, w której możecie poczuć się naprawdę wyjątkowo.

Na zdjęciu kurtki marki DCTG

DCTG Sportswear to marka dzięki której możecie wznieść wyrażenie siebie na wyższy poziom.

Więcej o marce DCTG możecie przeczytać na stronie www.dctgsportswear.com , a także zobaczyć więcej ubrań na profilu na Instagramie https://www.instagram.com/dctgsportswear/

Jesienny powrót na halę

http://www.facebook.com/rzutzdystansu 

http://www.instagram.com/rzutzdystansu

 Lato już za nami i dzień staje się coraz krótszy. Robi się coraz chłodniej, co skutecznie wypędza nas z boisk w parkach i wszystkich na otwartym powietrzu. Piłka nie będzie przez najbliższych kilka miesięcy wpadać do wesoło brzęczącej metalowej siatki w moim ulubionym parku i trzeba pomyśleć co robić, żeby dalej grać w nadchodzące wielkimi krokami coraz chłodniejsze dni.

Przyznaję, że tego lata grałem sporo. Mój wysłużony Spalding o którym wspominałem już nie raz i nie dwa powoli zaczyna przypominać starą szmacianą piłkę, z czego w sumie jestem trochę dumny. To przecież właśnie ja tyle grałem, przy okazji ucząc się nowych rzeczy.  Moja piłka wygląda tak jak wygląda. I bardzo dobrze.

Jeśli chodzi o pogodę, to lato było dla nas, amatorów koszykówki, łaskawe. Pogoda dopisywała i mieliśmy sporo dni na to, aby poprawiać swoją grę jeszcze bardziej i uczyć się coraz lepszych zagrań. Nauczyłem się latem tego fajnego crossovera w stylu Iversona i poprawiłem swój rzut z dystansu jeszcze bardziej. Zdarzały się dni, kiedy na 50 rzutów z półdystansu trafiałem 30. Cóż, nie jestem zawodowcem…

Przed nami jesienne chłody i nie czas na lody…Co mają zrobić wszyscy amatorzy pomarańczowej piłki w te miesiące niezbyt pięknej aury? Pisałem o tym już jakiś czas temu i temat powraca. Musimy po prostu znowu wejść do hali. Nie ma na to rady.

Dlaczego piszę to w takim mało pozytywnym tonie? Jeśli chodzi o mnie, to przyznaję, że nie znoszę jesieni i zimy. Po prostu. Ale wiem też, że choć niska temperatura, porywisty wiatr i deszcz ze śniegiem nie nastrajają mnie często pozytywnie do wyjścia z domu, to żeby nie wiem co się działo, czasem po prostu muszę spakować torbę, piłkę, buty do gry i jak najszybciej wyjść z domu. Po co? Po to, aby pojechać do hali.

Zaczyna się bowiem sezon gry w halach i trzeba go wykorzystać jak najlepiej. Nie pogramy przez jakiś czas na otwartym powietrzu, ani w fajnym parku w otoczeniu zielonych drzew, śpiewających ptaków i opalonych dziewczyn. Nie oznacza to jednak, że musimy pić herbatkę siedząc przed laptopem i gapić się na YouTube’a patrząc jak wspaniale radzą sobie na parkietach przeróżnych koszykarskich lig nasi ulubieni koszykarze i koszykarki, zazdroszcząc im przy tym że mogą sobie pograć w koszykówkę. Co to, to nie!

My, amatorzy gry w koszykówkę musimy jak najczęściej wychodzić z domu w te jesienne dni i robić sobie wypady do hal sportowych. W moim mieście jest na przykład świetna akcja „Otwarte Hale”. Okoliczne szkoły głównie w weekendy otwierają swoje hale sportowe dla wszystkich, którzy lubią sport i ruch. Także dla dorosłych. Od kilku lat jeżdżę więc do hal i gram średnio 2 a czasem nawet 3 razy w tygodniu. Czasami jeżdżę nawet samemu, żeby po prostu porzucać do kosza. Taki jesienny wypad do hali w chłodny i ponury dzień świetnie działa na ogólne samopoczucie.

W halach często spotkać można innych zapalonych koszykarzy, z którymi można zagrać mecz. A nie ma fajniejszej i przyjemniejszej rzeczy dla amatora koszykówki jak gra w meczu. I to na jesieni! Z kondycją co prawda może być trochę gorzej niż w wiosennych i letnich miesiącach, a przynajmniej u mnie właśnie tak jest. Zawsze jednak można ruch w hali dawkować sobie w odpowiednich ilościach dzieląc czas gry na kilka razy. Jeżeli jednak latem graliśmy w koszykówkę regularnie, to nie powinniśmy mieć żadnego problemu z grą jesienią i zimą. Warto jednak w te jesienne miesiące starać się grać systematycznie i  trzymać swoich postanowień. Jeżeli pogramy przynajmniej 2 razy w tygodniu to wszystko z naszą kondycją powinno być w porządku.

Lubię potrenować lub pograć czasem w hali również z tego względu, że czasami, kiedy jestem tam sam mogę się znacznie lepiej skoncentrować. Na przykład przy treningu rzutowym. Kiedy zaczynam serię rzutów z półdystansu w hali, to jest trochę inaczej niż w parku. W pustej hali nie dekoncentruje mnie absolutnie żaden bodziec. Nie przechodzą ludzie, nie słyszę szumu przejeżdżających gdzieś w oddali samochodów i jestem tylko ja i piłka. Hala jest więc znakomitym miejscem do tego, aby oprócz trenowania samej koszykówki, potrenować również koncentrację i bycie „tu i teraz”. Pisałem o treningu koncentracji zresztą jakiś czas temu tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2017/06/15/zen-jako-zrodlo-wsparcia-w-koncentracji-u-koszykarza/

Trening koncentracji to przecież jeden z najbardziej istotnych elementów gry w koszykówkę. Hala ma więc swoje pozytywne cechy i nawet ja, który nie darzę miłością jesieni i zimy, mogę powiedzieć, że przydaje się od czasu do czasu pograć właśnie na parkiecie, a nie na boisku.

Przyznam, że często właśnie podczas treningów rzutowych w hali przychodzą mi najfajniejsze pomysły, choćby na artykuły do tego bloga. Może więc i Was taki indywidualny, jesienny trening rzutowy w halach zainspiruje do czegoś fajnego? Myślę, że warto abyście to sprawdzili.

Jesień w pełni. Słońca będzie może coraz mniej i nie będzie można grać w parkach, ale pamiętajcie o grze w halach. Poza tym zaczęły się nowe sezony w przeróżnych ligach. Ja na przykład ostatnio zainteresowałem się naszą polską Basket Ligą Kobiet i cieszę się z tego, że wreszcie będę mógł obejrzeć jak radzić sobie będzie mój ulubiony klub w tej lidze. Jaki? To pozostawię już dla siebie 😉

Może więc nie warto martwić się jesienią i gorszą pogodą. Trzeba po prostu wziąć do ręki piłkę i po prostu grać dalej.

 

 

 

 

 

 

Czego nie zjadłby Michael Jordan?

http://www.facebook.com/rzutzdystansu

http://www.instagram.com/rzutzdystansu

(Artykuł ukazał się także w 7 numerze pisma „Trener Koszykówki” publikowanym na stronie Polskiego Związku Koszykówki http://www.pzkosz.pl)

Czy Michael Jordan folgowałby sobie ze śmieciowym jedzeniem? Czy polubiłby wafle? Czy zjadłby pastę rybną z supermarketu? Tym razem parę słów na temat odżywiania, które jak wiadomo jest niezwykle istotnym elementem w życiu koszykarza, sportowca i ogólnie człowieka.

Minęły wakacje, a to jak wszyscy doskonale wiedzą czas relaksu, odpoczynku i luzu. Po wielu miesiącach pracy człowiek wreszcie ma dłuższą chwilę na to, aby się zregenerować i odprężyć. Na urlop idzie każdy. Nawet dzieci mają upragnione wakacje, podczas których mogą wreszcie robić co tylko chcą.

Ten czas jest nam bardzo potrzebny. Każdy powinien mieć możliwość odpoczynku i czasu na regenerację. Koszykarze i sportowcy tym bardziej. Jednak ten czas, jakim są wakacje , sprzyja również temu, że często lubimy sobie trochę pofolgować w kwestii odżywiania się. Jemy na urlopach czasami rzeczy, których normalnie byśmy pewnie nie spróbowali. Próbujemy wtedy czasami niekoniecznie zdrowych przekąsek, ponieważ nie myślimy wtedy o tym co zjeść, tylko „byle coś zjeść”.

Jest to spowodowane głównie tym, że po prostu chcemy odpocząć i nie mamy czasu na to, aby coś ugotować, lub pójść kawałek dalej do trochę lepszej restauracji, żeby zjeść coś porządnego. Zdarza się, że nawet nasze dzieci jedzą byle co i tylko po to, aby zaspokoić jakoś swój głód. Jest to niestety błąd.

Jak to było u Jordana?

Zastanawiałem się ostatnio nad tym, jak to było u Michaela Jordana. Czy ten niesamowity koszykarz w trakcie swojej kariery pozwalał sobie na zjedzenie byle czego? Czy kiedy miał wakacje po kolejnych sezonach spędzanych w lidze NBA jadł niezdrowe przekąski?

Cóż, niestety nie poznałem Michaela Jordana i nie miałem okazji się go o to zapytać, wobec tego chyba nigdy się tego nie dowiem. Ale może chociaż zastanowię się nad tym, czy Michael Jordan zjadłby na przykład…hamburgera z popularnej sieci restauracji, albo wafle czekoladowe? Czy zjadłby batona czekoladowego? Na co z tych mniej zdrowych rzeczy by sobie pozwolił, a czego na pewno by nie spróbował?

Odżywianie jako trening

Odżywianie się u koszykarza, czy sportowca to moim zdaniem po prostu również element treningu. Podam tu pewien przykład.  Co byłoby gdyby koszykarz z polskiej ekstraklasy nie przyszedł na kilka treningów rzutowych? A no, pewnie na następnym meczu swojej drużyny rzucałby z gorszą skutecznością. Co byłoby, gdyby nie zrobił rozgrzewki przed treningiem, lub meczem? Ryzykowałby wtedy kontuzją.

A co byłoby gdyby zamiast zjeść normalny obiad poszedł parę razy na pizzę, lub hamburgery? Z pewnością to również wpłynęłoby na jego gorszą dyspozycję kondycyjną w meczu lub na treningu.

Podobno jest tak, że jesteśmy tym co jemy. Mówił o tym nawet Kareem Abdul-Jabbar. W jednym z wywiadów mówił, że on nigdy nie zjadłby bekonu. Dlaczego? Widzieliście jak wygląda bekon następnego dnia po przyrządzeniu? Właśnie tak wyjaśniał swoją niechęć do bekonu w wywiadach.

Wszyscy świadomi ludzie i ci, którym zależy na swoim zdrowiu wiedzą, że powinniśmy jeść zdrowo, unikając przy tym jedzenia byle czego. Jako sportowcy, koszykarze, czy trenerzy powinniśmy stale dbać o to, aby jakość tego co jemy była jak najlepsza, a posiłki złożone z odpowiednich składników, które mają budować nasze organizmy. To co dostarczymy naszemu organizmowi w pożywieniu, będzie później procentować lub nie. Dotyczy to naszego ogólnego samopoczucia jak też naszej formy sportowej i, co ważne, również mentalnej. Jeżeli chcemy być nie tylko dobrymi, a coraz lepszymi koszykarzami, lub trenerami i utrzymywać się w naszym fachu w jak najlepszej formie, to musimy po prostu zdrowo się odżywiać.

Paróweczki, batoniki, chipsy i wafle

Słodycze…Któż z nas ich nie lubił jako dziecko? Szczerze mówiąc nie znam takiego dziecka. Mój 9-letni syn też lubi słodycze. I czasami po prostu je jada. Ale niestety jedzenie słodyczy to wróg dla naszego organizmu. Słodycze zawierają przecież cukry proste, które wpływają bardzo źle na pracę poszczególnych układów organizmu i jego narządów. Dotyczy to szczególnie układu trawiennego. Jedzenie słodyczy to przyczyna nadwagi i otyłości, po prostu ociężałości. A tego koszykarz, ani trener przecież nie chce. Woli być zwinny i szybki, prawda?

Węglowodany zawarte w słodyczach w nadmiernych ilościach źle wpływają na naszą gospodarkę hormonalną. Poprzez częste jedzenie słodyczy u dzieci pojawia się „syndrom niejadka”, czyli po prostu niechęć do jedzenia normalnych posiłków. Co byłoby gdyby trenujący koszykówkę 10-latek zaczął jeść coraz częściej batony i chipsy? Stawałby się coraz gorzej grającym w koszykówkę młodym chłopcem, który w końcu…w koszykówkę przestałby grać. Dlaczego?

Otóż słodycze wpływają na nas rozleniwiająco i w pewien sposób nawet relaksacyjnie. One nas po prostu rozluźniają i często wprawiają w dobre samopoczucie. Właśnie dlatego w pewnym momencie taki 10-latek zamiast treningu koszykówki po którym czuje się świetnie (między innymi dzięki dawce serotoniny, którą generuje ruch), wybrałby po prostu…słodycze. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich dzieci, ale w dużej mierze właśnie tak działają na nas różnego rodzaju słodkości.

Wiemy już jak działają na organizm słodycze. Jeżeli w porę nie postaramy się ustrzec przed niezdrowymi nawykami, one w końcu nas mentalnie opanują. Warto więc nie pozwalać sobie na zjedzenie batonika, czy chipsów. Pewnie, że kiedy najdzie nas wielka chęć na coś słodkiego i nie jedliśmy takich rzeczy już od dłuższego czasu, to nie możemy być dla siebie zbyt surowi. Wtedy nawet warto zjeść batonika, lub kawałek czekolady. Ale trzeba pamiętać, a najlepiej zapomnieć jak najszybciej o takim jedzeniu. Po to, żeby następnego dnia nie zrobić tego samego.

A co z parówkami? One przecież zawierają białko, a producenci chwalą się często swoimi „odtłuszczonymi” paróweczkami. Według mnie Michael Jordan parówek by nie zjadł. Zawierają one bowiem przeciwutleniacze, barwniki, cytryniany i często glutaminian sodu. Jeżeli najdzie nas chęć na klasycznego hot-doga, to raz na jakiś czas możemy sobie na niego pozwolić. Ale uwaga! Najlepiej, jeżeli przyrządzimy go sobie sami. Parówki kupmy możliwie najlepszej jakości, sprawdzając uprzednio dobrze skład w sklepie, a następnie wrzućmy je w domu do gotującej się wody dosłownie na kilka minut (parówek nie wolno gotować!). Dodajmy świeżą sałatę, natkę pietruszki, pomidora, świeżego ogórka i…wystarczy. Taki przyrządzony przez nas samych hot-dog będzie najlepszy. Ale przez następne 3 tygodnie już hot-doga nie jedzmy.

Czym zastępowałby Jordan niezdrowe przekąski?

Słodycze i niezdrowe przekąski można zawsze zastąpić czymś innym. Moim zdaniem Michel Jordan zamiast batona lub wafla zjadłby po prostu jabłko, lub brzoskwinię. W owocach bowiem znajduje się cukier. Podobno lepiej zjeść nawet 2 lub 3 brzoskwinie, niż jednego batona, czy wafla. Poza tym wejdzie nam to z czasem w dobry nawyk, jeżeli zamiast batonika sięgniemy po owoc.

Czego Jordan by nie zjadł?

Właśnie dlatego przygotowałem listę kilku rzeczy, których MJ z pewnością by nie zjadł. Ameryki tutaj raczej nie odkryję, ponieważ zapewne wszyscy trenujący i szkolący ze środowiska koszykarskiego doskonale wiedzą czego powinni unikać. Mimo wszystko chciałbym, aby ten artykuł podziałał na nas jeszcze bardziej motywująco i aby przed nowym sezonem nawet na moment nie przyszło nam do głowy to, żeby wymienionych w tym artykule rzeczy próbować.

Wafle i herbatniki. Wielki MJ pewnie nie spojrzałby w trakcie swojej kariery koszykarskiej na ciasteczka typu wafle i herbatniki. Te przekąski pozbawione są absolutnie wszystkich wartości odżywczych. Są kaloryczne i zawierają wiele szkodliwych dodatków typu słodziki, konserwanty, tłuszcze, barwniki, aromaty i inne obrzydliwe dodatki z grupy E. Myślę, że MJ sprawdzając skład wafli w sklepie tylko by się uśmiechnął pod nosem, po czym rzucił je z powrotem na półkę. To przekąski dla nieświadomych osób.

Chipsy. Chrupkie, smaczne i pokrojone w cieńsze lub grubsze plastry chipsy to olbrzymia dawka okropnych tłuszczów. Dla naszych organizmów chipsy to po prostu niebezpieczeństwo. Robią one bowiem same zło. Są zwykle smażone na głębokim tłuszczu, a później dodaje się do nich spore ilości soli. Są bardzo kaloryczne, przez co po zjedzeniu ich czujemy się pełni i najedzeni. Szkoda tylko, że to co zjedliśmy to…no cóż. Myślę, że Jordan nazwałby to po prostu zwykłymi śmieciami. Co gorsza te śmieci niektórzy ludzie jedzą sami z własnej woli.

Drożdżówy i słodkie buły. Cóż…czasami zdarza się, że w pędzie codzienności zjemy bułkę z budyniem, albo pączka. Ale lepiej, żeby nie zdarzało się znacznie częściej niż w Wielkanoc czy Boże Narodzenie.  Bułka czy pączek są tłuste i bardzo kaloryczne, co gorsza podobnie jak chipsy smażone na głębokim tłuszczu. Sycące i no cóż, dla niektórych pyszne nie mają żadnych wartości odżywczych. A kalorie? Ho, ho tu dopiero występują rekordy liczbowe, ale bynajmniej nie tak pozytywne jak statystyki Michaela Jordana w punktach, zbiórkach, czy asystach. Pączek zawiera około 320 kalorii, podobnie drożdżówka. Zjedzenie ich po prostu nas zapycha, zamiast odżywić.

Obiad u Chińczyka. Czasem tak już jest, że przyjeżdżamy gdzieś autokarem na mecz i jesteśmy głodni. W pobliżu nie ma restauracji, ale jest…budka z chińskim jedzeniem! OK, można spróbować. Tylko po co? Nie każdy kurczak w cieście jest przecież kurczakiem w cieście i nie każda wołowina w pięciu smakach jest wołowiną… Oczywiście, że czasami można zjeść chińszczyznę i nie ma w tym niczego złego, ale warto jadać w sprawdzonych restauracjach, a nie w zwykłych budkach, gdzie mogą zaserwować nam…no właśnie, tak naprawdę to nie wiemy często co.

Pasty rybne z tubki. Tu pojawia się pewien dylemat. Jeść czy nie jeść past rybnych z tubki? Ryby to jak wiemy samo zdrowie. Zawierają witaminę D i kwasy OMEGA. Polacy podobno wciąż jednak jedzą za mało ryb. Często zdarza się, że robiąc zakupy w supermarkecie chętnie patrzymy na gotowe pasty rybne w tubkach, lub w pojemnikach. Zawartość ryby w rybnych pastach z tubki do kanapek nie jest jednak wystarczająca, aby można było mówić o znaczącym wzbogaceniu naszego organizmu w wartościowe składniki odżywcze ryb.

Pasty rybne są bardzo kaloryczne i często nie mają w swoim składzie ryb wartościowych.  Lepiej więc kupić sobie makrelę, czy inną rybę i zrobić sobie z niej swoją pastę dodając trochę jogurtu naturalnego, minimalnej ilości majonezu typu light, czy jajek wzbogacając całość szczypiorkiem, natka pietruszki, czy koperkiem. Michael Jordan z pewnością chętnie wpadłby do nas na parę takich kanapek z pastą rybną, którą zrobiliśmy sami.

Serki topione. O nich napiszę akurat niewiele: Mike nie spojrzałby na serek topiony. Po prostu, nie i już!

Mleczne desery czekoladowe. Mike po wygranym mistrzostwie być może chętnie usiadłby przed telewizorem przy swoim ulubionym filmie i zjadł cos słodkiego. Być może byłby to deser mleczny. Ale jaki?

Desery mleczne zawierają zagęstniki i żelatynę. Ogólnie rzecz biorąc, takie desery tuczą. Powodują też wzdęcia. A po wzdęciu jak to po wzdęciu, na boisku nie bylibyśmy już tak zwinni. Przy deserach mlecznych rzecz ma się więc podobnie jak przy pastach rybnych. Najlepiej jest po prostu zrobić je samemu. Nie będzie może czekoladowy, ale będzie zdrowy i nadal smaczny. A to najważniejsze. Wystarczy, że do jogurtu naturalnego dodamy trochę ulubionego miodu, który może być spadziowy, akacjowy, czy lipowy. Pełna dowolność. Można też taki deser posypać orzeszkami czy migdałami. Michael Jordan z pewnością nie pogardziłby naszym deserem oglądając przy tym „Kosmiczny Mecz” po wygranym mistrzostwie.

Podsumowanie

„Jego powietrzność Mike” chcąc osiągnąć cokolwiek w sporcie z pewnością nie rozsmakowywałby się w jedzeniu, które wymienione jest powyżej. Oprócz tego, pewnie nie wpadał by na hamburgery, nie jadł pizzy (no dobra, raz na miesiąc w porządku, ale tylko w sprawdzonej pizzerii), nie jadłby pewnie Popcornu, a na chrupki wszelkiego rodzaju nawet nie spojrzał.

Wydaje mi się też, że nie spróbowałby filetów z kurczaka lub z indyka z paczki. Te bowiem zawierają często substancje, które zachowują ich świeżość na dłużej, ale w rzeczywistości nie mają wiele wspólnego ze zdrowym odżywianiem. Chętnie za to kupiłby filety, które leżą na ladach w sklepach mięsnych luzem.

Zaczyna się nowy sezon. Zarówno zawodnicy jak i trenerzy, wszyscy mamy przed sobą nowe cele, chęci i marzenia, które chcielibyśmy spełnić na koszykarskich parkietach. Warto zatem, abyśmy pamiętali o tym, że jeżeli chcemy zbliżyć się do osiągnięć Michaela Jordana, to najważniejsze jest to, aby dbać o siebie nie tylko poprzez systematyczny trening, ale także przez zdrowe odżywianie.

 

 

 

 

 

 

 

Projekt „Trener Dla Wszystkich”

 https://www.facebook.com/rzutzdystansu

https://www.instagram.com/rzutzdystansu/ 

Wziąłem niedawno udział w pewnym projekcie koszykarskim, który odbywał się w letnich miesiącach. W projekcie tym wzięło udział kilkanaście osób z mojej dzielnicy. Zajęcia odbywały się w hali sportowej, w której trenowaliśmy poszczególne elementy gry i oprócz tego, że można było doskonalić swoją grę przy licencjonowanym trenerze, to mieliśmy też okazję dowiedzieć się o tym nad jakimi elementami gry każdy z nas musi jeszcze popracować, żeby grać w koszykówkę jeszcze lepiej.

Celem projektu „Trener Dla Wszystkich” było podniesienie sprawności fizycznej i umiejętności technicznych biorącej w nim udział młodzieży i dorosłych, którzy zgłosili chęć uczestnictwa. Wszyscy amatorzy gry w koszykówkę, którzy chcieli doskonalić swoje umiejętności mieli świetną szansę właśnie na to, aby przy licencjonowanym instruktorze koszykówki, którym jest nasz kolega Michał Ciećwierz nauczyć się wielu nowych rzeczy i doskonalić poszczególne elementy swojej gry.

Projekt finansowany był ze środków Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. Zajęcia w ramach projektu „Trener Dla Wszystkich” rozpoczęły się 18 lipca 2017 i odbywały się co tydzień aż do 28 sierpnia. Przez większą część wakacji mieliśmy okazję pod kierunkiem Michała poznawać kolejne elementy gry w koszykówkę i doskonalić to, czego jeszcze nie umiemy wystarczająco dobrze. Na treningach uczyliśmy się na przykład prowadzenia piłki lewą ręką, lub ta którą jest „słabsza”.

Najważniejsze to wiedza

Zapewne większość z Was często gra lub grała w koszykówkę. Gramy na boiskach i kochamy koszykówkę, ale jako amatorzy często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że ćwiczymy na naszych boiskach często niewłaściwe zachowania podczas gry, które nie rozwijają naszych umiejętności w uporządkowany sposób. Może to doprowadzić do urazów wynikających z niewłaściwego doboru ćwiczeń do naszych umiejętności i możliwości.

Młodzież gra, a dorośli…też chcą grać!

Często kiedy odbieram swojego syna ze szkoły widzę, że na szkolnym boisku młodzież gra w koszykówkę. Wiele razy byłem świadkiem zaciętych meczów, które rozgrywali uczniowie starszych klas. Kilka razy zauważyłem też niestety, że grają nieprzepisowo i popełniają błędy, zarówno techniczne jak taktyczne w czasie gry. Ale nie będę przesadzał, jeśli powiem, że najlepszy na naszym osiedlu w dostrzeganiu nieprawidłowości i popełniania błędów podczas gry w koszykówkę jest nasz kolega Michał Ciećwierz.

To właśnie jego projekt „Trener Dla Wszystkich” miał na celu nauczenie nas podstawowych rzeczy w treningu, takich choćby jak odpowiednio wykonana rozgrzewka, która jest niezbędnym elementem każdego treningu. Michał twierdzi, że podstawowym elementem właściwego trenowania koszykówki jest odpowiednia wiedza:

Młodzież szkolna w ramach edukacji formalnej ma dostęp do profesjonalnej wiedzy trenerów i nauczycieli W-F w szkole, natomiast dorośli zainteresowani koszykówką ofertę fachowej opieki i prawidłowego treningu muszą sobie organizować odpłatnie. Czasem obserwuję również zjawisko rodzica uczącego dziecko nieprawidłowych nawyków, co utrudnia późniejszy rozwój jego umiejętności technicznych. Właśnie dlatego pomyślałem o stworzeniu projektu, który mógłby we właściwy sposób doskonalić umiejętności gry w koszykówkę także u dorosłych zainteresowanych tą dyscypliną sportową i aktywnie ją  uprawiających.”

Projekt naszego kolegi Michała Ciećwierza zakładał przeprowadzenie cyklu 10 treningów, które miały na celu wprowadzać nowe umiejętności koszykarskie. Uczestnicy treningów pod kierunkiem Michała mieli więc możliwość doskonalenia swojej gry, począwszy od prostych ćwiczeń rzutowych, po zagrania schematami angażującymi całą drużynę.

Naszą grupę, w której uczestnikiem byłem również ja, stanowili głównie mieszkańcy warszawskiej Woli, którzy w wiosennych i letnich miesiącach roku spotykają się nieregularnie na szkolnym boisku przy ulicy Elekcyjnej nieopodal Parku Szymańskiego.

W hali sportowej przy ulicy Redutowej odbyło się 6 z 10 zaplanowanych treningów. Spotykaliśmy się w hali we wtorki o godzinie 17.00 i zajęcia prowadzone przez Michała trwały 2 godziny.

Główne tematy treningów

Na swoich treningach Michał podjął się między innymi takich tematów jak:

-Test wstępny predyspozycji i umiejętności poszczególnych osób biorących udział w projekcie

-Rzuty

-Kozłowanie (ja z treningu z kozłowania dowiedziałem się między innymi tego, że nad swoją lewą ręką muszę zdecydowanie popracować 😉 )

-Podania i zasłony (z zasłonami też mam jeszcze sporo do poprawienia)

-gra schematami

-Na ostatnim treningu odbył się konkurs rzutów, który wyłonił trzech najlepszych zawodników biorących udział w projekcie

W zajęciach łącznie brało udział 19 zawodników, a każdy trening rozpoczynał się od rozgrzewki i zabawy ożywiającej. Główną częścią treningu był temat merytoryczny, którym były między innymi:

-trening właściwego kozłowania piłki

-trening rzutowy

Na koniec każdego treningu odbywała się gra treningowa, która utrwalała nabyte przez uczestników wcześniej umiejętności. Co ważne, to z pewnością to, że gry treningowe odbywały się zgodnie z oficjalnymi regułami koszykówki, a to dzięki obecności na zajęciach Krzysztofa Mrozowskiego, który jest licencjonowanym sędzią koszykówki. Obecność Krzysztofa okazała się więc dużą wartością podczas treningów i umożliwiła korygowanie typowych błędów w trakcie gry, takich na przykład jak:

-kroki

-błędy trzech sekund

-faule

Projekt „Trener Dla Wszystkich” zakładał również stworzenie zgranego zespołu koszykówki, który mógłby być wystawiany w turniejach lub innych rozgrywkach sportowych.

Warto podkreślić, że mieliśmy też do dyspozycji akcesoria trenerskie, takie jak pachołki i piłki. Zostały one zakupione przez Panią Ewę Bogusz z funduszy miejskich. Przydały się też jaskrawe koszulki, które umożliwiały bezproblemowy podział uczestników na drużyny.

Na ostatnim treningu otrzymaliśmy też wszyscy upominki promujące ideę wolontariatu pracowniczego. Jest spora szansa, że projekt będzie miał swoją drugą edycję już na jesieni i jeżeli ktoś z Was byłby zainteresowany wzięciem w nim udziału i doskonaleniem swoich koszykarskich umiejętności przy licencjonowanym trenerze, to zapraszamy.

 

 

 

 

Jak to jest być fanem Brooklyn Nets (część 2)

 www.facebook.com/rzutzdystansu 

http://www.instagram.com/rzutzdystansu 

Ostatnio znowu pogadałem sobie z moim psem, który od urodzenia nosi barwy klubu z Brooklynu. Porozmawialiśmy głównie o tym jak może wyglądać przyszłość naszej ulubionej drużyny w nadchodzącym sezonie. Edmund jest bardziej kanapowym fanem koszykówki i nie gra w kosza choćby z racji swojego…wzrostu, ale jeśli chodzi o oglądanie meczów i przeglądanie statystyk, to w tym akurat jest niezły.

Lubimy z Edmundem rozmawiać o naszej ulubionej drużynie i doszliśmy do paru interesujących wniosków. Na początku przypomnę, że pierwszy artykuł o tym co dzieje się w Nets pojawił się tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2017/06/15/jak-to-jest-byc-fanem-brooklyn-nets/  W tym artykule opisałem głównie to co działo się w poprzednim sezonie w Nets i o tym jakich zawodników mogą pozyskać w letniej przerwie.

Tym razem chciałbym napisać  parę swoich spostrzeżeń na temat tego co Nets w letniej przerwie zrobili. A zrobili sporo jak na drużynę, która zajęła ostatnie miejsce w tabeli w poprzednim sezonie.

Zaczynamy. Przede wszystkim pozyskali w drafcie Jarretta Allena. Zawodnik ten grał na uczelni w Teksasie i jest obiecującym centrem, ale potrafi też nieźle rzucać z dystansu. Na uniwersytecie sprawdzał się czasami też w roli skrzydłowego, ma więc wszelkie możliwości, aby w dalszej przyszłości stać się bardzo wszechstronnym zawodnikiem.

Allen na pewno w swoim pierwszym sezonie w NBA nie będzie otrzymywał na parkiecie dużej ilości minut, ale kto wie, jeżeli jego rozwój będzie dalej szedł do przodu, to może już niebawem być wartościową częścią drużyny z Brooklynu.

Poza tym Nets pozyskali latem De’Marre Carrola z Toronto Raptors. Ten niski skrzydłowy zdobywał w poprzednim sezonie średnio 8.9 pkt, 3.8 zbiórki, 1 asystę i 1 przechwyt na mecz i zagrał w ponad 70 meczach. Wydaje się, że nadal ma sporo siły i ambicji, aby odmienić na lepsze grę na skrzydle w Brooklińskiej drużynie. Carroll jest nieustępliwy i ma charyzmę, a to jego spory atut.

Zanim jednak na Brooklynie pojawili się kolejni zawodnicy, wcześniej przywędrował do Netsów D’Angelo Russell z Lakersów w zamian za Brooka Lopeza, Justina Hamiltona i Randy’ego Foya. Nie wiem jak mam się odnieść do tej wymiany, ponieważ szczerze mówiąc nie jestem fanem Russella, którego ego jest większe niż jego dojrzałość. Pamiętacie akcję z telefonem Nicka Younga? Jeżeli nie, to poszukajcie w Internecie informacji o tej nietypowej przygodzie obydwu tych koszykarzy.

Russell jest dobrym rozgrywającym, jeszcze młodym i ogarniającym się w lidze zawodnikiem, który ma wielkie ambicje i chęci. Być może przez transfer do Nets nabierze trochę dojrzałości i w przyszłym sezonie pokaże na co go stać. Swoje minuty będzie pewnie dzielił z Jeremy’m Linem, który powróci do drużyny po przerwie spowodowanej kontuzją. Na szczęście jednak wraca i zobaczymy, czy szał „Linsanity” jeszcze zagości na Brooklynie, jak kiedyś w Madison Square Garden, kiedy grał w Knicks. Lin może więc stworzyć z Russelem mocny duet, który będzie mógł postraszyć swoich przeciwników rzutem, porządnymi asystami i boiskowym sprytem.

Poza tym Jeremy zapowiedział, że w nowym sezonie Netsi wejdą do Play-Off i będą chcieli udowodnić wszystkim niedowiarkom, że stać ich na coś więcej. Czy jednak tak będzie, zobaczymy.

Jestem natomiast zadowolony z pozyskania Allena Crabbe’a z Portland. Ten rzucający obrońca ma interesującą fryzurę, ale nie to jest najważniejsze. Lepiej skoncentrować się na tym, że już w zeszłym roku miał trafić na Brooklyn, ale wtedy ten transfer nie doszedł do skutku. Tym razem się udało i Crabbe’a może być bardzo przydatnym zawodnikiem na obwodzie. W zeszłym sezonie zdobywał średnio 10.7 pkt, 3 zbiórki i 1.2 asysty na mecz, rzucając ze skutecznością 44% zza łuku. To zdecydowanie pozytywna rzecz, bo na Brooklynie kogoś kto zająłby się grą za linią „trójek” właśnie brakowało. Jest co prawda Spencer Dinwiddie, który potrafi rzucić kiedy ma dobry dzień, ale nie było to na tyle systematyczne rzucanie, żeby można było Spencera traktować jako zawodnika z perspektywą na przejęcie gry na obwodzie bardziej serio.

Na Brooklyn trafił też latem Timofey Mozgov, ale z jego przybycia akurat nie cieszę się specjalnie, ponieważ według mnie Mozgov jest zbyt wolny. Prawdą jest, że ma siłę i w walce pod koszem może się przydać, ale jakoś niespecjalnie w niego wierzę. Być może się mylę i Rosjanin pokaże w Nets, że stać go na coś więcej.

Edmund, mój pies zwrócił uwagę, że Netson brakowało w poprzednim sezonie szczególnie dobrej gry w obronie. Kto może załatać tą dziurę? Cóż, szczerze mówiąc nie za bardzo dostrzegam zawodników z potencjałem do gry obronnej wśród tych, których Nets pozyskali latem. Ale może coś przez okres przygotowawczy zmieniło się w tej kwestii na lepsze i Netsi będą tracić mniej punktów niż to było w poprzednich rozgrywkach.

Klub z Brooklynu pozyskał więc latem kilku naprawdę wartościowych graczy i być może będzie mógł powalczyć o coś więcej niż tylko poprawienie bilansu 20-62 z poprzedniego sezonu. Ja i mój pies, jako fani ekipy z najfajniejszej dzielnicy Nowego Jorku liczymy na to, że Nets wejdą do Play-Offs. Prawdziwy fan swojej drużyny musi przecież w nią wierzyć.

 

 

 

 

 

 

Pełnia sezonu letniego

http://www.facebook.com/rzutzdystansu 

http://www.instagram.com/rzutzdystansu

Lato w pełni. Wreszcie słońca jest co dzień tyle ile trzeba, żebyśmy grali w koszykówkę kiedy tylko mamy chęć do gry. Nie musimy już czekać na lepszą pogodę, albo na to aż przestanie wiać, padać deszcz, lub aż dzień będzie dłuższy.  Może z tym deszczem to przesadziłem, bo czasami rzeczywiście popada, ale zdecydowanie przez większą część letnich dni pogoda jest dla nas idealna do tego, aby grać w naszą ulubioną grę.

Jestem ciekaw czy nauczyliście się czegoś nowego w ciągu wiosennych miesięcy? Czy poprawiliście jakieś elementy swojej gry, aby latem już być bardziej pewnym siebie w trakcie gierek na boiskach? Czy dodaliście do swojej gry jakieś nowe rzeczy? Jeżeli jeszcze nie, to korzystajcie z lata i spróbujcie. Macie sporo dni na to, aby być jeszcze lepszymi koszykarzami i koszykarkami.

Ja muszę przyznać, ze wiosną trenowałem jak zwykle rzuty z dystansu. Cóż, chcę rzucać coraz lepiej i co najważniejsze coraz celniej. Bez trenowania tego elementu gry nie będę lepszym rzucającym. Ale oprócz prób poprawiania swojego rzutu, starałem się także znaleźć trochę czasu na to, aby zacząć lepiej panować nad piłką podczas kozłowania. Zacząłem więc ćwiczyć po prostu kozłowanie piłki raz lewą, raz prawą ręką, a także proste przekozłowywanie mojego wysłużonego Spaldinga z jednej do drugiej ręki.  Nie chcę się chwalić (naprawdę!), ale wydaje mi się, że kozłuję lepiej niż jeszcze zimą i na początku wiosny.

Poprawiłem trochę chwyt piłki i panowanie nad nią, można powiedzieć, że jestem z piłką oswojony jeszcze lepiej niż jakiś czas temu.  To ważne i cieszę się z tego, ponieważ nie ukrywam, ze zależy mi tym, aby stale poprawiać ten element gry. Choćby ze względu na to, że nigdy nie byłem w kozłowaniu i panowaniu nad piłką zbyt dobry. Serio. Właśnie dlatego chcę wciąż starać się poprawiać grę z piłką i właśnie trening z kozłowaniem piłki samemu jest czymś nad czym chciałbym dalej koncentrować się podczas wypadów na boisko.

Poprawiłem trochę swoją grę na koźle, ale to nie wszystko. Próbuję też ostatnio ćwiczyć crossovery. Tyle, że nie zależy mi na ćwiczeniu tego zwykłego ominięcia przeciwnika w czasie gry poprzez zamarkowanie zwodu w prawo, lub w lewo i przekozłowania piłki z ręki do ręki. Próbuję nauczyć się tego crossovera z przekozłowaniem piłki pod nogą, a następnie wykonania rzutu lub wejścia pod kosz. To ten, który często robił kiedyś Allen Iverson, a wciąż robi go co jakiś czas Derrick Rose. Przyznam, że dla mnie ćwiczenie tego elementu na samym początku było dość trudne i miałem dać sobie spokój, ale po jakimś czasie zauważyłem u siebie poprawę w licznych próbach wykonywania tego zwodu. W tym momencie ćwiczę go dalej. Nie ukrywam, ze naprawdę ucieszyłem się, że daję radę. Na razie póki co próbowałem wykonać ten crossover tylko kilka razy w luźnych gierkach 1×1. Z różnym skutkiem. Może za kilka tygodni będzie już na tyle nieźle, że z pełną swobodą zrobię to w czasie jakiegoś meczu? Mam nadzieję, że właśnie tak będzie.

*

 A teraz temat z innej beczki. Obserwuję ostatnio w mediach sytuację Przemka Karnowskiego i jego prób otrzymania oferty od któregoś z klubów NBA. Mam szczerą nadzieję, że pomimo tego, że został pominięty w Drafcie przez managerów klubów z najlepszej koszykarskiej ligi na świecie, to da radę spełnić swoje marzenie. Przemek to przecież nasz rodak i to jest świetne, że próbuje dalej. Prawdziwi twardziele nigdy się nie poddają! Nasz Przemek (bo chyba mogę powiedzieć, że nasz, prawda?) jest prawdziwym fighterem i dowodem na to może być choćby fakt, że po drafcie od razu zgłosił się do ligi letniej i w barwach Charlotte Hornets próbował pokazać wszystkim swoją wartość na parkiecie. Nie udało mu się co prawda to wszystko tak jakby tego sobie pewnie życzył, ale nie otrzymał zbyt wielu minut do gry. Nie miał więc zbyt dużej możliwości pokazać wszystkiego co by chciał. Ale właśnie to Przemka zmobilizowało do jeszcze cięższej pracy i po rezygnacji z gry w barwach Charlotte Hornets od razu spróbował swoich sił w kolejnych meczach ligi letniej, tyle, że tym razem w barwach Orlando Magic. I co? Poszło mu świetnie w meczu przeciwko New York Knicks, w którym udowodnił swoją wartość. Zdobył 14 punktów i 5 zbiórek przez 25 minut gry i pokazał się ze znacznie lepszej strony. A już w kolejnym meczu w koszulce Orlando Magic nasz rodak po prostu szalał na parkiecie! Zdobył 20 punktów, 9 zbiórek i 3 asysty i co najważniejsze pokazał na co go naprawdę stać w meczu przeciwko Charlotte Hornets, od których jeszcze kilka dni wcześniej nie otrzymał szans na dłuższą grę. Trafił 6 na 9 rzutów z gry i wszystkie rzuty z linii osobistych. Był to ostatni mecz Przemka Karnowskiego w lidze letniej i możemy już tylko czekać na to czy otrzyma zaproszenie od jakiejś drużyny z NBA na obóz przygotowawczy przed nowym sezonem. Oby tak było. Życzę więc Przemkowi podpisania kontraktu w NBA i tego, żeby próbował dalej. Bo najważniejsze to próbować dopóki jest szansa.

Poza tym, to w tym okresie letnim być może zmieni barwy klubowe Marcin Gortat. W sumie to chciałbym zobaczyć go w koszulce San Antonio Spurs. Wydaje mi się, że pasowałby do tej drużyny idealnie. Patrzę więc co jakiś czas na to co dzieje się na rynku transferowym i czekam też gdzie podpiszą kontrakty Derrick Rose, Brandon Jennings, oraz Iman Shumpert z Cleveland Cavaliers, który w letnich miesiącach lubi ponagrywać sobie nowe kawałki rapowe. Jeżeli jeszcze ich nie słuchaliście, a lubicie czasem posłuchać rapu to sprawdźcie jego twórczość na YouTube, bo warto.

*

 Ale żeby nie było, że oglądam tylko koszykówkę zza oceanu, co jest nieprawdą, to chciałbym pogratulować koszykarkom drużyny Ślęzy Wrocław zdobycia tytułu mistrzowskiego w Basket Lidze Kobiet. Oglądałem te mecze finałowe i przyznam, że często emocje były spore!

Szczególnie podobała mi się gra rozgrywającej i rzucającej Marissy Kastanek, która pochodzi z USA i w Ślęzie gra już od dwóch sezonów. Wcześniej grała w koszykówkę między innymi w Szwecji, w Portoryko i w Czechach. Karierę zawodową zaczynała jednak w USA.

Marissa Kastanek świetnie zaprezentowała się w pierwszym meczu finałowym z Wisłą Kraków, w którym zdobyła 16 punktów i 6 zbiórek, a później, już w meczu numer 2 zdobyła 30 punktów dla swojej drużyny. Zdecydowanie zachwycała swoją postawą i przyznam szczerze, że wcześniej nie pasjonowałem się za bardzo żeńską koszykówką.  Oglądając jednak zagrania tej koszykarki, takie choćby jak jej rozgrywanie piłki, ustawianie się w odpowiednich pozycjach do rzutu, czy po prostu samą skuteczność rzutów z gry można było naprawdę spędzić emocjonujące chwile oglądając finały Basket Ligi Kobiet.

Zwróciłem też uwagę na Zuzannę Sklepowicz, która również miała kilka naprawdę świetnych momentów gry i w drugim meczu tego finału zdobyła 10 punktów, 2 asysty i trafiając 2 rzuty na 3 zza linii trzech punktów, grając przy tym na ponad 66% skuteczności rzutów z gry.

Gratuluję wszystkim koszykarkom Ślęzy zdobycia tytułu mistrzowskiego na który w pełni zasłużyły.

Przegapiłem za to niestety mecze Play-Off w Polskiej Lidze Koszykówki mężczyzn, ale pracowałem w porach, kiedy odbywały się te mecze i na to już nie miałem czasu.

Cieszę się też, że koszykarze Legii Warszawa wywalczyli awans do najwyższej koszykarskiej klasy rozgrywkowej w Polsce. Życzę im dalszych sukcesów! Kto wie, może wpadnę na jakiś mecz w nowym sezonie?

*

  Sezon letni w pełni. W czasie obserwowania tego co dzieje się na transferowym rynku w NBA, wyjazdów w fajne miejsca, czy to nad morze, w góry, czy gdziekolwiek i luzowania się na urlopach i wakacjach nie zapominajcie o koszykówce! Grajcie coraz lepiej i cieszcie się grą w czasie letnich miesięcy.

 

 

Rzut osobisty

http://www.facebook.com/rzutzdystansu

Rzut osobisty w koszykówce to moment, w którym gra na kilka chwil spowalnia i wszyscy zawodnicy na parkiecie łapią przez ten czas nowe siły. Jeden z nich staje na linii rzutów osobistych, wykonuje jakiś swój rytuał z piłką, którym może być na przykład wykonanie kozłowania przed sobą, czy też podrzucenie piłki w górę, a następnie wykonany w skupieniu rzut piłką w kierunku obręczy.

 Lato natomiast to moment, w którym większość z nas ma urlopy, młodsi z nas mają upragnione wakacje i wszystko na dwa miesiące trochę zwalnia. Te właśnie dwie rzeczy, czyli element gry, którym jest rzut osobisty, oraz okres letni zainspirowały mnie do tego, aby napisać parę słów o kilku rzeczach, które na co dzień gdzieś tam są pomijane i wydaje mi się, że niewiele o nich się mówi.

 Rzut osobisty oddawany z odległości czterech metrów od kosza sprawił, że postanowiłem napisać o tym czym jest istotny element treningu, którym jest…przerwa w treningu. Dokładnie tak.  Trening w koszykówce to oczywiście podstawowy element osiągnięcia sukcesu i pewnie, że ważne jest to, aby wciąż poprawiać swoje możliwości rzutowe, sprawność w kozłowaniu, zwody, siłę, szybkość i koncentrację. Właśnie dlatego trenujemy i trenujemy.

Staramy się wciąż być coraz lepsi i wyzwalamy z siebie niesamowite pokłady energii, które są niezbędne do tego, aby grać jak najlepiej. Udaje nam się to raz lepiej, raz gorzej. Ale wciąż próbujemy. Zmęczeni, po którymś z kolei meczu, lub treningu jesteśmy zadowoleni ze swojej gry mniej lub bardziej, ale często gdzieś tam jednak nie odczuwamy pełnej satysfakcji ze swojej gry i tego co pokazaliśmy na boisku. Mówimy sobie wtedy: „no, było OK, ale następnym razem będę rzucał lepiej”, albo: „grałem dobrze, ale źle zrobiłem ten dwutakt i nie zdobyłem punktów spod kosza…”, lub: „to był nawet fajny mecz, ale nie byłem wystarczająco skoncentrowany.”

 Tego typu myśli to po prostu chęć bycia coraz lepszym, jeszcze lepszym. Można powiedzieć, że to perfekcjonizm i dążenie do doskonałości. W sporcie to bardzo ważna cecha. Szczerze mówiąc bez niej sportowiec nie jest sportowcem. Ale czy aby na pewno właśnie w tym momencie, kiedy chcemy być jeszcze lepsi, jeszcze skuteczniejsi i jeszcze bardziej podziwiani przez innych lub po prostu przez samych siebie nie powinniśmy trochę w y l u z o w a ć? Choćby po to, aby po prostu nabrać nowych sił i nowej energii.

Chwila na odpoczynek po intensywnym treningu jest równie ważna co sam trening. Pozwala zregenerować się naszemu organizmowi, odpocząć naszym stawom i mięśniom. Pozwala na odbudowanie siebie i to zarówno fizycznie jak też mentalnie. Warto po dłuższej grze znaleźć czas na to, aby po prostu odpocząć. Zawodnicy muszą odpocząć. Drużyna musi odpocząć. Złapać dystans do tego jakie wyniki osiągała w poprzednim sezonie. Do tego co trzeba jeszcze poprawić. Do tego kto grał dobrze w obronie, a kto nie. Kto lepiej rzuca, a kto więcej podaje. Trener też musi odpocząć. Każdemu należy się chwila przerwy na regenerację i złapanie nowych sił.

W czasie takiej przerwy nasz organizm rozluźnia się i stajemy się spokojniejsi. Fajnie, jeżeli damy radę gdzieś wyjechać. Wtedy odpoczywamy od codzienności, poznajemy nowe miejsca. To wszystko sprawia, że łapiemy dystans. A właśnie taki dystans jest niezbędny do tego, żeby spojrzeć na siebie i swoje osiągnięcia z dystansem i zastanowić się nad dalszymi celami. Co jest nam niezbędne do tego, żeby być lepszym? Czego potrzebujemy, żeby lepiej grać w koszykówkę? Co może pomóc nam żeby być lepszymi trenerami?

Ale nie tylko o koszykówkę tu chodzi.  Chodzi też o to, że kiedy odpoczniemy i zregenerujemy się, to ten dystans może sprawić, że po odpoczynku będziemy lepszą wersją samych siebie. A wtedy może osiągniemy w nowym sezonie lepsze wyniki? Może wtedy będziemy celniej rzucać, lepiej podawać, lub robić szybsze zwody? Może wtedy będziemy potrafili lepiej dotrzeć do naszych zawodników, aby być dla nich jeszcze lepszymi trenerami?

Jakiś czas temu po długiej przerwie od koszykówki, która trwała dobre kilka lat, wyszedłem pewnego dnia na stare boisko na moim osiedlu. To było pięć lat temu. Wziąłem swoją starą piłkę do koszykówki, poszedłem na to boisko z zardzewiałymi obręczami i zacząłem po prostu rzucać. Rzucałem tylko z linii osobistych. Przychodziłem na to boisko przez około miesiąc i z tego co pamiętam był to sierpień. Przychodziłem, wyjmowałem z plecaka swoją piłkę, stawałem na linii osobistych i rzucałem, rzucałem… Robiłem głównie tylko to. Koncentrowałem się wyłącznie na tym elemencie gry, którym jest rzut osobisty. To właśnie sprawiało, że czułem się zrelaksowany, ale skoncentrowany. Co było dalej? Tu o tym nie napiszę, bo już kiedyś napisałem. Możecie dalszą część tej historii przeczytać tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/04/17/czekajac-na-celny-rzut/

W każdym razie to przychodzenie na stare boisko i rzucanie z linii osobistych i pełen luz, który wtedy czułem doprowadziły mnie do fajnych rzeczy, którymi między innymi jest ten blog. Linia rzutów osobistych, z której oddawałem po około 50, 70, a później i więcej takich rzutów dziennie, które mnie rozluźniały sprawiła, że poczułem niesamowitą inspirację do tego, aby koszykówka znowu była jakąś częścią tego co robię na co dzień. Wtedy trochę zwolniłem, znalazłem czas na to, aby przemyśleć parę rzeczy i zacząć na nowo swoją przygodę z koszykówką.

Warto więc na moment oderwać się od wszystkiego, szczególnie w okresie letnim i być może nie rezygnować z grania w koszykówkę, która przecież również jest dla wielu z nas relaksem. Może zamiast gry w meczu wystarczy przyjść na boisko w jakimś przyjemnym miejscu i po prostu trochę porzucać? Bez presji kumpli, lub koleżanek krzyczących „podaj!” , „obrona!” czy „rzucaj!”. Zamiast tego zastąpić to wsłuchaniem się w siebie, w kozłowanie piłki, w moment kiedy po rzucie wpada w obręcz. Właśnie to może sprawić, że odkryjemy na nowo wiele ważnych, istotnych dla nas rzeczy. Może właśnie wtedy przyjdą nam do głowy nowe pomysły co do tego w jaki sposób możemy poprawić swoją grę, żeby być jeszcze lepszymi koszykarzami i trenerami? Ale niech one przyjdą do nas wtedy, kiedy jesteśmy zrelaksowani. Bez presji. Na pełnym luzie. Niech te pomysły przyjdą do nas naturalnie. Właśnie tego w okresie wakacyjnym Wam życzę.