Rap-sodia z koszykówką w refrenie

Wpatrywałem się w ekran migoczącego telewizora z kubkiem gorącej herbaty w ręku, a w telewizji jak zwykle przedświąteczne reklamy grały pierwszoplanową rolę, kiedy w pewnym momencie coś przykuło moją uwagę przy oknie. Odłożyłem niespiesznie ciepłą jeszcze herbatę z cytryną, wstałem i spojrzałem w kierunku okna. Gęsty śnieg zaczął wreszcie padać, a jego białe płatki coraz bardziej przykrywały szary asfalt na chodnikach i gałęzie na drzewach. Śnieg. Biały, uspokajający śnieg, który znowu pojawił się na chwilę w Polsce.

Nie wiedziałem co robić w to grudniowe senne popołudnie. Włożyłem do wieży starą płytę Outkast „Aquemini”, której uwielbiam słuchać w te nieco ponure, zimowe dni. Włączyłem „play” i przerzuciłem od razu na ten długi, luźny kawałek „Liberation” trwający prawie dziesięć minut. Ten utwór wprawia mnie zawsze w ten sam, przedziwnie mistyczno-relaksacyjny nastrój.

Słuchałem tej płyty będąc nastolatkiem. Pamiętam jak często wracałem ze szkoły i włączałem czasami telewizję na stację DSF i oglądałem jak swoje niesamowite crossovery na parkietach NBA w swoim drugim roku gry robił Allen Iverson w koszulce Philadelphii 76ers. Iverson to był mój ulubieniec, mój idol z charyzmą tak dużą, że gdyby ją podzielić, to można by było obdarzyć nią jeszcze wielu innych koszykarzy. Oglądałem więc te mecze na DSF-ie, a po obejrzanym meczu wyłączałem telewizor i wkładałem do wieży właśnie tą wspomnianą płytę Outkast. W jesienne wieczory delektowałem się każdym jej utworem, począwszy od „Hold On, Be Strong”, przez „Rosa Parks” (do którego zresztą kawałka Big Boi i Andre z Outkast stworzyli świetny klip), po obydwie części „Da Art Of Storytellin”, wspomniany „Liberation” i kończący płytę energetyczny „Chonky Fire”. Słuchając tej płyty wtedy nie wiedziałem jeszcze, że za parę lat to ja będę nagrywał swoje kawałki i swoje płyty, a pierwsze pieniądze w życiu zarobię właśnie stojąc na scenie i rymując do mikrofonu napisane przez siebie do klasycznego beatu zrymowane wersy. Nie wiedziałem też wtedy, że jakiś czas później nagram kilkanaście solowych płyt, które wielkiej furory w specyficznym świecie „showbiznesu rapowego podziemia” co prawda nie zrobią, ale poznam mnóstwo ludzi tu i ówdzie i stanę na scenach kilkunastu klubów w Warszawie. A kiedy Iverson będzie grał już w koszulce Denver Nuggets moje dwie solowe płyty demo będą zdobić wystawę skateshopu w podziemiach na placu Bankowym tuż przy wejściu na stację Metra Ratusz. Kto by pomyślał… Ale to stare dzieje, od kilku lat już nie nagrywam i zostawiam te rzeczy w spokoju.

Śnieg za oknem wciąż padał i powoli robiło się ciemno. Podszedłem jeszcze raz do okna i patrzyłem na osiedlowy krajobraz. Popołudniowy zachód słońca znowu tworzył tą niesamowitą, brązowo-pomarańczową aurę na coraz ciemniejszym niebie. Ta niby-zorza, dzięki której bloki na moim osiedlu stają się na kilka minut oświetlone w unikalny sposób pojawia się na niebie zawsze zimą.

Usiadłem na sofie, a cały pokój ubarwiły dźwięki „Liberation”, kawałka, który przypomina mi swego rodzaju rapsodię, składającą się z kilku segmentów. Melodia w nim zmienia się dwukrotnie. Poczułem luz. Odpaliłem laptopa i zacząłem sprawdzać wyniki meczów NBA z tego tygodnia. O, Clippersi przegrali trzeci mecz z rzędu! Czy to możliwe? Cholera, Doc Rivers odstawił niezłą szopkę! Poczciwy Doc zaprezentował niezły teatrzyk, kiedy chciał rzucić się na sędziego meczu Brooklyn vs. L.A. Clippers. Doc otrzymał przewinienie techniczne za przekroczenie środkowej linii boiska, kiedy zaczął kłócić się o nieodgwizdany faul zawodnika Nets. Na YouTubie obejrzałem tą scenkę kilka razy i choć mój humor odbiegał dalece od dobrego, udało mi się nawet zaśmiać. Nie z Doca Riversa, co to, to nie. Doc to mój bohater! Doc pokazał pazur! Doc zawsze miał i wciąż ma tą swoją kozacką ikrę, której może mu pozazdrościć wielu trenerów w NBA. Doc to pełen profesjonalizm człowieku! Doc to FACH i profeska ziomuś! Nie ma o czym dyskutować. Mój bohater Doc!

Swoją drogą, fajny nosił numer na koszulce kiedy jeszcze grał w Nowym Jorku, czy w San Antonio. 25. Ten sam numer nosi teraz jego syn, Austin, a Doc jest w Clippersach jego…trenerem. Pierwszy taki przypadek w historii koszykówki w lidze NBA i może nie tylko…

hala-bemowo-cover

Wielu ludzi wiesza psy na jego synu i na tym, że podpisał nowy kontrakt z Clippersami. Zazdroszczą, proste… Twierdzą, że to tatuś mu to załatwił, bo w sumie kiedy spojrzeć na to z bliższej perspektywy, to Austin specjalnie wyróżniającym się zawodnikiem w NBA nie jest. Nie jest nawet zawodnikiem pierwszopiątkowym, a w drużynie z L.A. pełni rolę rezerwowego już od samego początku od kiedy się tam znalazł. Ale dla mnie to nieważne. Nawet jeżeli ma ten kontrakt dzięki swojemu ojcu, to co z tego?  W tym wszystkim ważne i zwyczajnie FAJNE jest to, że gra u boku swojego ojca siedzącego (ale częściej stojącego i pokrzykującego do swoich zawodników) przy trenerskiej ławce, który jest chyba mimo wszystko mentorem swojego syna.  W NBA hejtują ten przypadek jak idzie, ale olać to. Nieważne. Najważniejsze, że mamy duet ojciec-syn w NBA i to w tej samej drużynie. Jaram się tym i tego nie kryję. Zawsze będę ich propsował. To wspaniałe.

Obejrzałem skrót meczu Clippersów z Brooklynem i zacząłem oglądać migawkę z meczu Milwaukee- Cleveland, w którym to ekipa z Milwaukee wygrała z mistrzami NBA. Średnia drużyna, która tylko próbuje w tym sezonie włączyć się do walki o play-offs pokonała LeBrona i jego świtę! Niesamowite! Ale bohaterem tego spotkania wcale nie byli zawodnicy z Milwaukee, o nie. To J.R. Smith z Cavs zagrał znowu pierwsze skrzypce w tym meczu. Tym razem odstawił typowy dla siebie aktorski popis, kiedy zamiast ustawić się w obronie podczas akcji ekipy z Milwaukee podszedł do ławki drużyny „Kozłów” i przybił pionę z weteranem Jasonem Terry’m. Tak po prostu. Twój ziomal to twój ziomal i nieważne, że gra w przeciwnej drużynie. Przywitać się trzeba zawsze! Kiedy więc J.R. olał obronę i przybijał piątkę szczerząc się do Terry’ego, ekipa z Milwaukee zdobyła kolejne punkty. LeBron nie wiedział co się dzieje. Nie rozumiał. Cóż, tak to czasami bywa. Ach ten niesforny J.R.! A w wywiadach tyle razy mówił, że „po 30-tce świat wygląda już inaczej i pewne rzeczy nigdy nie będą już takie same (…)” Dla niego chyba jednak wiek to naprawdę tylko numer, bo wciąż pokazuje swoją dojrzałą niedojrzałość co jakiś czas. Ale wiecie co? Jak dla mnie, to nie ma w tym niczego złego. Serio.

Odstawiłem laptopa i wziąłem jeszcze łyka swojej chłodnej już herbaty. Za oknem wciąż padał gęsty śnieg, a w pokoju rozbrzmiewał kolejny utwór Outkastu. Przez moment się zamyśliłem i nawet już zacząłem trochę nudzić, kiedy w pewnej chwili spojrzałem w kierunku swojej szafy w przedpokoju. Przypomniałem sobie wkurzonego Doca, który na trenerskiej ławce został powstrzymany przez swojego asystenta Sama Cassela, aby przypadkiem nie pokazać jakiegoś prawego sierpowego temu cholernie wkurzającemu sędziemu i niesfornego J.R. Smitha przybijającego piątkę z Jasonem Terry’m.  Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Wiedziałem już co robić. Podszedłem do szafy i wyjąłem z niej swoją starą, poczciwą piłkę Spaldinga. Spakowałem ją do torby do której włożyłem też spodenki, koszulkę na zmianę, coś do picia, batonika i moje Jordany, w których grałem jak do tej pory tylko kilka razy. Ubrałem się i wyszedłem z domu.

*

 Kiedy wszedłem do hali panowała cisza. Byłem tylko ja, zielono-brązowy parkiet i dwanaście tablic z obręczami. Nastrój. To coś, co w tej hali zawsze było i jest unikalne. Podszedłem do linii osobistych i rzuciłem 10 razy. Piłka wpadła do kosza pięć razy. Jak na grudzień, w którym forma zawsze spada mi do naprawdę niskiego poziomu, to nie było źle. Rozruszałem się trochę, rzuciłem jeszcze kilkanaście razy z półdystansu i zauważyłem, że mój kumpel Dżony właśnie wszedł do hali. Dżony też przez jakiś czas był raperem. Nie Johnny tylko właśnie Dżony. Jego artystyczny pseudonim to Hurricane Tongue. Obrał sobie taką ksywę, ponieważ potrafił bardzo szybko składać słowa, stąd właśnie wszyscy mówili, że typ ma giętki i szybki język. Dżony nigdy nie nagrał pełnej solowej płyty, czasami tylko nagrywał jakieś tam kawałki i tylko wtedy kiedy naprawdę mu się chciało. Udzielił się też kilka razy gościnnie  na kilku demówkach naszych kumpli, ale głównie freestylował. Fristajl to było coś co kochał robić głównie na imprezach. Fristajlowaliśmy często, raz nawet chyba nagraliśmy ten nasz fristajl, ale nie wiem czy ten kawałek zachował się na jego komputerze. Dżony, podobnie jak ja, od kilku już lat nie nagrywa i nie zajmuje się rapem. Ale nadal lubi słuchać nowości. Ostatnio polecił mi Big Seana.

hala-bemowo-4

Lubimy z Dżonym grać w koszykówkę. Zawsze zresztą lubiliśmy. Zastanawiam się dlaczego my, ex-raperzy tak bardzo lubimy tę grę? Może chodzi tu o to, że dźwięk odbijanej o podłoże piłki przypomina nam trochę brzmienie beatu? Byłoby to nieco dziwne, ale możliwe, że coś w tym jest.

-Jak tam Ziom, jest forma? – zapytałem Dżonego.

-Może być… – odpowiedział, po czym dodał – Zagrajmy dzisiaj jeden na jednego, tym razem ci nie daruję.

Spojrzałem niezbyt pewnie, ale wiedziałem, że w sumie chętnie zagram.

-Widziałeś co zrobił J.R. Smith w meczu z Milwaukee? – zapytałem.

-Taaa, najważniejsze to zbić pionę z kumplem, hahahahaha! –zaśmiał się Dżony, po czym zaczął rzucać z półdystansu.

Hala była nadal pusta, więc pobiegłem pod drugi kosz. Chciałem się trochę rozgrzać przed naszym meczem. Porzucałem też trochę z półdystansu. Rzuciłem pięćdziesiąt razy z lewej strony tablicy, ale wpadło tylko siedemnaście rzutów. Przeszedłem na prawą stronę boiska i trochę wkurzony swoją gorszą formą zacząłem oddawać rzuty bardziej starannie. Każdy rzut traktowałem poważnie, dla mnie to nie było zwykłe rzucanie do kosza, ja traktowałem to na serio. To zaprocentowało. Rzuciłem celnie tym razem dwadzieścia osiem rzutów na pięćdziesiąt i poczułem się trochę lepiej. Trochę zmęczony podszedłem do Dżonego pod drugi kosz.

nad-obrecza-zdjecie-hala

-Gramy? – zapytałem.

-Zaczynaj – odpowiedział mi.

-Jakie zasady? Amerykańskie, zdobywamy po punkcie do jedenastu, a „trójka” jest za dwa punkty?

-Może być – zgodził się Dżony.

Zaczęliśmy grać. Kozłowałem piłkę niespiesznie, robiąc co chwilę zwód raz w jedną, raz w drugą stronę. Pierwsze punkty zdobyłem ja, kiedy kompletnie zmyliłem Dżonego markowanym rzutem za trzy i robiąc wcześniej zwód w prawo wszedłem pod kosz pewnie z dwutaktu. Po chwili to Dżony nie pozostał mi dłużny, kiedy dwie jego następne akcje doprowadziły do wyniku 3:1, kiedy raz rzucił ładną trójkę, a za drugim razem wszedł na kosz robiąc wcześniej unik. Stałem z piłką przy linii trzech punktów i będąc już trochę wkurzony poczułem się w pewnym momencie mocny jak kiedyś, tak mocny, że zrobiłem pewny wjazd na kosz ze zwodem w stylu Iversona. Nie był to klasyczny crossover, ale coś podobnego. Zdobyłem punkty i było 3:2. W kolejnej akcji Dżony zakozłował się przy próbie wejścia na kosz, wtedy ja odebrałem mu piłkę, wyszedłem za linię trzech punktów i rzuciłem pewnie za trzy. Celnie. Wygrywałem 4:3, a mój kumpel w kolejnej akcji znowu nie poradził sobie wchodząc pod kosz. Byłem jednak chyba trochę szybszy i to mi się przydało. Kiedy rzucał wchodząc pod kosz, przechwyciłem piłkę blokując jego rzut, znowu szybko wyszedłem za linię trzech punktów i zanim zdążył do mnie dobiec rzuciłem celnie kolejną trójkę, czyli „dwójkę”.

-6 do 3 dla mnie! – krzyknąłem.

-Rzeczywiście – odpowiedział wyraźnie lekko wkurzony tym faktem Dżony.

Znowu zaczęliśmy grać. Kozłowałem piłkę na półdystansie, a mój kumpel z całych sił starał się bronić jak tylko potrafił najlepiej. Próbowałem robić zwody to w jedną, to w drugą stronę, ale za każdym razem nie byłem tam gdzie trzeba i nie dawał mi znaleźć wolnego miejsca. W końcu rzuciłem z półdystansu, ale niecelnie. Piłka znowu była moja, bo zebrałem ją szybko z tablicy. Wybiegłem za linię trzech punktów, ale Dżony był tuż przy mnie. Obydwaj wiedzieliśmy, ze ta akcja może być kluczowa. Kozłowałem piłkę szybko, próbując robić zwód w prawo, ale nie dawałem rady go zmylić. Skubaniec bronił bardzo dobrze. W końcu zrobiłem to samo, co na początku meczu, tyle, że tym razem zrobiłem zmyłkę markując próbę wejścia na kosz, ale cofnąłem się i zyskując trochę miejsca zrobiłem jeszcze jeden zwód w prawo, tym razem naprawdę wbiegając pod kosz i pewnym dwutaktem z prawej strony boiska rzuciłem piłkę hakiem w stylu Kareema Abdul-Jabbara. Wpadła! Było już 7:3. Poczułem się zajebiście zmęczony, ale wiedziałem, że trzeba grać dalej.

W kolejnej akcji kozłowałem piłkę stojąc na pełnym luzie na linii trzech punktów i w pewnym momencie ruszyłem do przodu, ale kozłując zgubiłem piłkę. Stanąłem pod tablicą jakby trochę zamyślony i zmęczony i właśnie wtedy praktycznie znikąd wyrwał mnie z tego stanu brzęk świszczącej siatki obręczy. To był pierwszy rzut Dżonego od dłuższego czasu i w dodatku celny.

-7:5, rzuciłem tróję, czyli dwóję! – krzyknął mój kumpel.

Oddałem mu piłkę i patrzyłem w jego kierunku stojąc w pozycji obronnej z rękoma uniesionymi wysoko. Chciałem bronić i nie zamierzałem tego tym razem spieprzyć. Dżony spróbował wejścia pod kosz z dwutaktu i nie udało mu się. Broniłem za dobrze. Kiedy wchodził w pomalowane pole pod koszem wyrwałem mu pewnym ruchem piłkę z ręki i od razu wybiegłem znów za linię trzech punktów. Spojrzałem na niego, a on na mnie. Zaczął biec w moim kierunku i kiedy był już blisko zamarkowałem rzut, a wtedy szybkim zwodem w prawo zniżyłem się i ruszyłem pod kosz. Nie miał już szans i zdobyłem kolejne punkty. Było 8:5 dla mnie.

W kolejnej akcji kozłowałem powoli, na luzie, jakby od niechcenia. To uśpiło trochę Dżonego i wyszedł tym swoim luźnym krokiem znów za linię trzech punktów, ale właśnie wtedy ja zacząłem od razu biec w kierunku tablicy. Zanim się spostrzegł i odwrócił piłka była już znowu w obręczy. Rzuciłem po dwutakcie i było 9:5. Nawet nie próbował biec pod tablicę, wiedział bowiem, że jestem szybszy.

-Stary! Gdzie ty się nauczyłeś t a k grać?! – krzyknął. Wydawał się być zdziwiony i trochę wkurzony, ale też rozbawiony naszym zaciętym meczem.

-Trochę ostatnio grałem. Muszę ci pokazać kto tu rządzi – odpowiedziałem, uśmiechając się przy tym. Wiedział już, że nie będzie to mecz dla zabawy. Podał mi piłkę, abym rozpoczął swoją kolejną akcję.

Rozegrałem tym razem piłkę bardziej starannie, wciąż patrząc czy przypadkiem nie biegnie w moim kierunku. Nic z tych rzeczy. Tym razem rzuciłem za trzy, czyli za 2 punkty, ale niecelnie. Mój kumpel zebrał piłkę i wybiegł szybko za linię „trójek”. Biegłem już w jego kierunku, ale przeczekał to i zrobił zwód w lewo, później w prawo i zmylił mnie. Zmyłka udała mu się idealnie.  Kiedy był na wolnej pozycji za linią trzech punktów zrobił szybki zwód w tył i zyskał wystarczająco dużo miejsca, aby znów rzucić celnie za trzy.

-No, nieźle, nieźle! Gratuluję. Michael Jordan z ciebie! – powiedziałem do Dżonego.

-A jak! 9:7 Ziom! – odpowiedział.

Właśnie wtedy zauważyłem to jego cholerne spojrzenie. Wiedziałem już, ze zacznie teraz grać na poważnie i nie wydawało mi się.

Rzucił celnie przy kolejnej akcji za trzy i był już remis 9:9. Znowu zaczął rozgrywać piłkę, ale zmarnował swoją szansę na kolejne punkty przy nieudanej próbie wejścia pod kosz. Sprzedałem mu niezłego bloka i przejąłem piłkę.

Kozłowałem spokojnie i czekałem co zrobi. Powoli zacząłem zbliżać się do tablicy. Wiedziałem, że nie powinienem rzucać teraz za trzy, bo jeżeli nawet trafię, to nie będzie to wygrana „po męsku”. Musiałem więc władować się jakoś pod kosz. Zanim zdążył do mnie dobiec rzuciłem celnie z półdystansu. Było 10:9 dla mnie i wiedziałem, że teraz albo nigdy.

Stałem na bocznej linii rzutów za trzy i kozłowałem. Czekałem. Wiedziałem, że muszę znowu władować się pod kosz i zdobyć ten cholerny zwycięski punkt. Nie wiedziałem tylko jak. W pewnym momencie Dżony zaczął z wyciągniętymi do góry rękoma zbliżać się w moim kierunku. Wtedy zrobiłem zwód w lewo, a następnie w prawo i kumpel znalazł się kilkanaście centymetrów ode mnie. Poczułem jak jego ręka musnęła piłkę, którą kozłowałem, ale nie dał rady jej przechwycić. Zrobiłem pewny krok do przodu i przełożyłem sobie piłkę z lewej do prawej ręki za plecami i wchodząc pewnie pod kosz dwutaktem wykonałem celny rzut.

– Jedenaście do dziewięciu! Wygrałem! – wrzasnąłem w jego kierunku.

– Cholera, przegrałem! – odpowiedział mi i zaśmiał się przy tym.

Byłem już tak zmęczony, że nie miałem siły stać i usiadłem na parkiecie, a ze swojej torby wyjąłem wodę i byłem tak spragniony, że wypiłem prawie całą półlitrową butelkę na raz.

Kumpel usiadł obok mnie. Siedzieliśmy przez chwilę, zmęczeni grą i patrzyliśmy na ten zielono-brązowy parkiet i delektowaliśmy się tą rzadko spotykaną ciszą w hali. Byłem zmęczony, ale zadowolony. Wygrałem co prawda luźną gierkę jeden na jednego, ale dla mnie to było coś.

-Nieźle grasz, naprawdę nieźle grasz ziomuś – powiedział Dżony.

-Dzięki, starałem się – odpowiedziałem.

-Są dzisiaj jakieś dobre mecze? Obstawiamy coś? – zapytałem.

-Nie obstawiam już NBA, to nie ma sensu. W tym tygodniu było kilka „pewniaków” na które postawiłem hajs i nie wyszło. Brooklyn Nets wygrali z Clippersami, czujesz?

-Wiem, oglądałem jak Doc Rivers się wkurzył na sędziego.

-Daj spokój…Netsi grali bez Jeremy’ego Lina i mimo tego wygrali.

-Lin nie jest jakiś wyjątkowy przecież… – odpowiedziałem.

-Wiesz co, niby nie jest, ale kiedy gra to jednak swoje do gry wnosi. A tym razem nie grał i mimo to Brooklyn wygrał ten mecz…Szkoda gadać, nie obstawiam już…

Dżonego wyraźnie zdenerwował fakt przegranej kasy w totomixie. Cóż, tak to bywa. Byłem ciekaw za ile obstawił, ale dałem sobie luz i nie zapytałem go już o to.

-Jedziemy? Jestem zmęczony… – powiedziałem.

-Tak, spadamy – odpowiedział mi Dżony.

hala-nowa

*

 Wracaliśmy do domu samochodem Dżonego. Odpalił radio, w którym leciał jakiś kawałek Lady Gagi. Pogadaliśmy trochę o tym i owym jadąc przez zaśnieżone, uśpione zimowym wieczorem miasto.

-Zobacz, zamknęli tą cholerną Górczewską, bo będą budować metro – powiedziałem do Dżonego.

-Tak, ale wiesz co, to dobrze, że to robią. Pomyśl, będzie można w 10 minut dojechać do Centrum spod bloku. W 10 minut stary…

-Tak, ale zanim do tego dojdzie trzeba będzie jeździć w kierunku Śródmieścia naokoło i to przez kilka lat…

-Olać to, najważniejszy jest progres – odpowiedział Dżony – progres i tylko progres!

-Może i tak… – odpowiedziałem nie mając siły dalej zgłębiać tego tematu.

Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby pogadać dłużej. Podwiózł mnie pod mój blok.

-Fajnie się grało, ziom. Następnym razem to ja ci dam wygrać – powiedziałem.

-Spoko, na to liczę! Trzym się! – odpowiedział.

Wysiadłem i wstąpiłem na chwilę do sklepu. Kupiłem wodę mineralną, miód i magazyn w którym na okładce było zdjęcie Marcina Gortata. A co tam, chętnie przeczytam z nim wywiad.

Wszedłem do mieszkania i rzuciłem swoją torbę na podłogę. Wziąłem szybki prysznic, a później wszedłem do pokoju i usiadłem na fotelu. Przejrzałem magazyn z Gortatem na okładce i przeczytałem wywiad, w którym opowiadał o swojej fundacji, o ciężkiej pracy nad tym, żeby osiągać swoje sportowe cele i o tym jaki ostatnio kupił samochód. Na zdjęciu był ten jego srebrny Porsche. Może i nawet trochę bym mu go zazdrościł, gdybym miał prawo jazdy. Spoko. Fajnie, że mamy Polaka w NBA.

Gdy przeglądałem magazyn usłyszałem dźwięk otwieranego zamka w drzwiach. Agata właśnie wróciła z Przemkiem do domu.

-Tato, wiesz co?! – krzyknął do mnie od razu syn.

-Co takiego? – zapytałem.

-Dostałem czwórkę z plusem z klasówki z angielskiego! – odpowiedział uradowany Przemek.

-Łaaał! Serio ziomuś? Czwórkę z plusem?

-Taaak! Czwórkę z plusem!

Ucieszyłem się. W końcu uczyliśmy się do tej klasówki wszyscy troje razem z Przemkiem. Możliwe, że nawet to mnie bardziej zależało na dobrej ocenie z tej klasówki niż mojemu synowi. Czwórka z plusem poprawiła mi więc humor jeszcze bardziej.

-Wspaniale. Cieszę się bardzo! A wiesz dlaczego ją dostałeś? – zapytałem.

Syn spojrzał na mnie z dziwną miną.

-Dlaczego? – zapytał.

-Bo się uczyłeś do tej klasówki, ziomuś. Właśnie dlatego – odpowiedziałem.

-Fajnie. Następnym razem dostanę szóstkę! – krzyknął.

-Spoko. Ale czwórka jest rewelacyjna. Cieszę się, naprawdę – odpowiedziałem, po czym dodałem – Wiesz, że Rudy Gay nie chce grać już w Sacramento Kings?

-Nie chce? Dlaczego? – zapytał mnie syn.

-Pewnie przestało mu się tam podobać. Najprawdopodobniej zmieni klub jeszcze w tym sezonie.

-I gdzie będzie grał? – zapytał mnie syn.

-Nie wiem, jeszcze nikt tego nie wie. Mówiło się o Oklahomie, może będzie wymiana z Washington Wizards…

-Oby trafił do ”Czarodziejów”! – odpowiedział Przemek.

-Dlaczego? – zapytałem.

-Bo tam gra Marcin Gortat!

Spojrzałem na syna i zamyśliłem się. Hm…Gay w Waszyngtonie? No nie wiem…A jeżeli już to za kogo…? Może za…Johna Walla! Przecież Wall i Cousins gadali ostatnio w wywiadach, że chcieliby może grać razem, tak jak kiedyś w college’u w Kentucky. W sumie to oni nawet pasują do siebie pod względem mentalnym i stylu gry, mogliby być dla siebie nawzajem niezłym uzupełnieniem…

Syn pobiegł do swojego pokoju, żeby zagrać w Minecrafta, a ja stanąłem przy oknie w kuchni i patrzyłem na zaśnieżoną ulicę, zastanawiając się nad tym o czym przed chwilą rozmawialiśmy z synem.

-John Wall w koszulce Sacramento Kings… – pomyślałem. No, no… To byłoby c o ś…

 

 

 

Kolejna edycja Basket Brigade w Polsce!

Basket Brigade to coroczna charytatywna akcja mająca na celu pomoc wszystkim tym, którzy tej właśnie pomocy najbardziej potrzebują, aby w przyjemnej atmosferze, wolnej od codziennych trosk i zmartwień spędzić ten szczególny czas, jakim są święta Bożego Narodzenia.

 Historia Basket Brigade została zapoczątkowana przez Anthony’ego Robbins’a. Kiedy był dzieckiem, ktoś zapukał do drzwi jego domu w Święto Dziękczynienia ofiarowując kosz z jedzeniem dla całej rodziny. Jego przyrodni wówczas ojciec odmówił przyjęcia prezentu, ale na Tonym wywarło to ogromne wrażenie – że są na świecie ludzie, zupełnie obcy, którzy troszczą się o innych. Postanowił, że kiedy dorośnie chciałby móc zrobić coś podobnego dla kogoś innego. Jako nastolatek stworzył swój pierwszy kosz z jedzeniem i podając się za kuriera, dostarczył go do ubogiej meksykańskiej rodziny. Kobieta nie mogła uwierzyć własnym oczom, płakała ona, płakał Tony Robbins podczas gdy czwórka jej dzieci na przemian płakała i skakała z radości ciesząc się, że będą mieli co jeść w te święta. Ten moment zmienił życie Robbins’a na zawsze…W kolejnych latach zaczął angażować swoją rodzinę i przyjaciół by móc robić więcej i więcej koszy z jedzeniem dla osób potrzebujących.

basket-brigade-polska

Obecnie Basket Brigade jest corocznym światowym wydarzeniem, które od ponad 30 lat żywi przeszło 4 mln ludzi na całym świecie w okresie Święta Dziękczynienia i  Bożego Narodzenia.

Każda Basket Brigade dostarcza kosze z jedzeniem i artykułami pierwszej potrzeby do rodzin, które borykają się z głodem i trudnościami. Są to ludzie, jak Ty i ja, którzy obecnie znajdują się w ciężkiej sytuacji życiowej. Wyobraź sobie smutek jaki czuje taka rodzina w Święta Bożego Narodzenia. A teraz wyobraź sobie ich reakcję na pojawienie się u ich drzwi obcej osoby z koszykiem pełnym jedzenia i przysmaków świątecznych.

brigade-4

Do koszyka dołączony jest krótki list:

Ten kosz jest dla Ciebie od kogoś, kto troszczy się o Ciebie. Jedyne o co prosi to byś zadbał o siebie na tyle byś mógł zrobić coś podobnego dla kogoś innego w przyszłości”. Podpisano “Przyjaciel”.

Pierwsza akcja Basket Brigade Polska odbyła się w Łodzi i Opolu w 2014 roku. Jej organizatorzy, Aleksandra Oryńska-Grzybek i Adam Micek, obdarowali łącznie 130 rodzin. W akcji uczestniczyli rodzina, przyjaciele i znajomi. W kolejnych latach planują rozpowszechniać tę akcję w Polsce i organizować coraz większe zbiorki.

brigade-2

Na stronie Basket Brigade Polska znaleźć można więcej materiałów dotyczących tegorocznej akcji BB w Polsce: http://basketbrigade.pl/

W tym roku Agata Czubak, która jest ambasadorką akcji Basket Brigade w Kaliszu będzie uczestniczyła w 5 kilometrowym biegu „London Santa Run”. Poprzez swój bieg Agata zamierza zbierać środki na świąteczną akcję „Basket Brigade Kalisz 2016”, której celem jest zorganizowanie 100 paczek z żywnością, zabawkami i ubraniami dla najbardziej potrzebujących rodzin w Kaliszu. Blog „Rzut z Dystansu” miał okazję zadać Agacie kilka pytań związanych z jej biegiem, dzięki któremu chciałaby uzbierać środki finansowe, aby pomóc najbardziej potrzebującym rodzinom w Kaliszu.

agata-zdjecie

 Agata, jesteś ambasadorką akcji Basket Brigade w Polsce, czy możesz opowiedzieć jak doszło do tego, że zainteresowałaś się tą akcją?

O Akcji Basket Brigade dowiedziałam się od Aleksandry Oryńskiej – Grzybek, mojej znajomej. Jako, że zawsze chciałam pomagać ludziom, dołączyłam do Oli w 2014 roku i wspierałam jej akcję Basket Brigade Łódź. Tego samego roku zorganizowałam zbiórkę na 5 paczek z żywnością i zabawkami, które wraz z moim siostrami rozdałyśmy do potrzebujących rodzin w Kaliszu. Wybrałam Basket Brigade jako sposób na wspieranie ludzi w potrzebie, ponieważ zaintrygowała mnie idea, że całą pracę wykonujemy my, wolontariusze i ludzie chętni do pomocy. Wspaniały jest moment, kiedy ludzie otrzymują od Ciebie paczkę i widzisz ich łzy i niekończące się podziękowania.

 Która to już edycja „Basket Brigade” w której bierzesz udział?

W tym roku po raz trzeci będę organizować i brać udział w Akcji Basket Brigade Kalisz w Polsce. Wspomagam również Akcje Basket Brigade w Łodzi, gdzie w 2014 byłam na miejscu. Od 2 lat wspieram Olę i jej działania, finansowo.

Od strony Akcji Basket Brigade Kalisz mogę powiedzieć, że w ciągu tych trzech lat dostarczymy łącznie 155 paczek. W tym roku naszym celem jest 100 paczek. Wierzę mocno, że dzięki wsparciu i zaangażowaniu wielu osób, osiągniemy ten cel.

 Czy możesz powiedzieć nam jakie artykuły dokładnie zbieracie i w jaki sposób później te rzeczy trafiają do ludzi, którym potrzebna jest taka pomoc?

W paczkach znajdują się produkty spożywczo – chemiczne, jak na przykład olej, mąką, makaron, cukier, masło orzechowe, trochę słodkości, jak ciasteczka czekoladowe, czekoladę, oraz środki chemiczne – proszek do prania, szampon czy żel do mycia. Wartość paczki to około 120-140 PLN. W zeszłym roku dzięki niesamowitej uprzejmości Ekipy z TESCO w Kaliszu, dostaliśmy 1 paczkę dodatkowo.

W tym roku poszerzyłam zakres zbiórki o zabawki. Informacja o zbiórce jest już na stronie oraz na naszym Fun Page na Facebook’u. Zbieramy zabawki w dobrym stanie lub nowe. Później, zgodnie z listą rodzin będziemy przydzielać ilość zabawek oraz ich charakter do wybranych rodzin.

Jesteś ambasadorką akcji „Basket Brigade” w Kaliszu, ale powiedz zatem w jaki sposób można pomóc potrzebującym ludziom również  w innych miastach?

Zapraszam wszystkich chętnych do poszerzania Akcji Basket Brigade w innych miastach. Ja służę radą. Najważniejsze, aby ktoś zechciał się podjąć tego wyzwania. Reszta przyjdzie w trakcie realizacji. Ja sama zaczynałam od zapytania Oli, czy mogę taką samą akcję zrobić w Kaliszu, moim rodzinnym mieście. I tak się zaczęło. A teraz ludzie sami się zgłaszają i pomagają i wpłacają i dla nas biegają.

W tym roku bierzesz udział w biegu w Londynie, który ma na celu również promocję akcji „Basket Brigade” i pomoc najbardziej potrzebującym osobom. Czy uważasz, że poprzez sport można pomóc innym?

Oczywiście. Sport wzmacnia nie tylko nasze ciało, ale i umysł. Przygotowania do biegu czy meczu, wymagają determinacji i zaangażowania oraz wielu poświęceń. Tak samo wygląda praca przy projekcie Basket Brigade Kalisz 2016. Bez tego wszystkiego – akcja by nie zaistniała.

Czy uprawiasz na co dzień jakiś sport?

Tak, uprawiam sport na co dzień. Uczęszczam na treningi z siatkówki oraz raz w tygodniu uprawiam jogę. W wolnej chwili chodzę na basen. Zamierzam też kupić sobie rolki, moja pasja z dzieciństwa.J

Co sądzisz o koszykówce w Polsce? Czy myślałaś może o tym, żeby w następnej edycji „Basket Brigade”, która bądź co bądź w nazwie ma właśnie słowa „kosz” zorganizować jakiś charytatywny mecz koszykówki i wziąć w nim udział i przy okazji spróbować namówić do tego innych😉 ?

Jasne. Myślałam o tym i w tym roku. Ważne, aby znaleźć osobę, która się tego podejmie. Może Ty Arku? To naprawdę nie wymaga pieniędzy. Salę można wynająć za darmo w ramach dofinansowania Akcji Charytatywnej, albo zorganizować Turniej na otwartym boisku. Sędziować mogą osoby, które akurat nie grają w meczu. Albo po prostu znają zasady. Wszystko jest możliwe. Moje motto:  Nie ma takiej możliwości, żeby coś było niemożliwe.

Ile dokładnie paczek z żywnością udało się Wam zebrać w Kaliszu w zeszłym roku?

W zeszłym roku udało nam się uzbierać pieniądze i przygotować 50 paczek. A jak już wspomniałam wcześniej, TESCO wręczyło nam 1 paczkę za darmo. Także łącznie dostarczyliśmy 51 paczek w zeszłym roku.

Życzę Ci zatem udanego biegu! Trzymaj się i powodzenia!

Dziękuje bardzo i dziękuje z całego serca za każde okazane wsparcie, czy to finansowe, czy poprzez wręczenie zabawek, czy poprzez dzielenie się z innymi o naszej Akcji, czy poprzez chęć rozpoczęcia Akcji w innych miastach w Polsce.

 

 

 

 

 

Koszykarska energia

Sfera mentalna w sporcie zawsze wydawała mi się fascynująca. Często kiedy jestem na boisku i rzucam do kosza zastanawiam się co czuł Michael Jordan kiedy stawał przed wyzwaniem, którym było zdobycie kolejnego mistrzostwa NBA. Skąd Kobe Bryant czerpał siłę do tego, żeby grać na tak wysokim poziomie przez tyle sezonów? Skąd wziął energię, żeby zdobyć 81 punktów w meczu? W jaki sposób to się dzieje, że Stephen Curry trafia 77 rzutów za trzy pod rząd na treningu?

 Dobra energia jest potrzebna wszystkim ludziom, a szczególnie właśnie tym, którzy grają w koszykówkę, lub uprawiają jakikolwiek sport. Energia dodaje nam siły i mocy do tego, abyśmy mieli chęci żeby trenować i stawać się coraz lepszymi w dyscyplinie, którą uprawiamy. Wszystko to właśnie i nie tylko to sprawiło, że zacząłem myśleć bardzo intensywnie nad dobrą energią, która jest nam niezbędna do tego, żeby zdobywać wyznaczone sobie cele.

 Przyszedłem kilka dni temu w średnim humorze na boisko do parku, żeby porzucać piłką. Po prostu porzucać, żeby się zrelaksować i odpocząć od wszystkiego co akurat przeszkadzało mi pozytywnie myśleć tego dnia. Pomyślałem, że dziś porzucam trochę z linii osobistych i trochę z półdystansu. Może spróbuję rzucić też kilka „trójek”. Po krótkiej rozgrzewce stanąłem jak zwykle na linii rzutów osobistych. Zacząłem rzucać. Pierwszy rzut, drugi rzut, trzeci rzut…Rzucałem cały czas nie myśląc o niczym. Rzucałem, podchodziłem do odbitej od obręczy, lub rzuconej celnie piłki i wracałem na linię osobistych. I tak w kółko. Później zacząłem rzucać z półdystansu. Liczyłem rzuty.

Kiedy rzucałem skoncentrowałem się tylko na piłce i obręczy. W którymś momencie zacząłem słyszeć odgłosy śpiewających ptaków na drzewach wokół boiska w parku, w kolejnej chwili dostrzegłem spadający z drzewa liść. Z każdym rzutem zaczynałem czuć się coraz lepiej. Przez tą dłuższą chwilę byłem tylko ja, piłka, ta niesamowita moc mojej koncentracji i rzuty, które wpadały do obręczy coraz częściej.

Właśnie wtedy poczułem to. Kiedy wpadłem w trans, w ten swego rodzaju amok rzucania, który znają dobrze wszyscy grający w koszykówkę czułem się już inaczej niż jeszcze kilkanaście minut wcześniej kiedy wszedłem na boisko. Ten stan koncentracji mojego umysłu i ciała pozwolił mi odizolować się od wszystkiego na ten dłuższy moment, w którym rzucałem piłką do obręczy. Po 20 rzutach osobistych, 50 z półdystansu i kolejnych 20 zza linii trzech punktów przestałem rzucać i czułem jak ta niesamowita, pozytywna energia krąży w moim organizmie. Moje myśli też stały się pozytywne. Poczułem się mocniejszy. W pewnej chwili zorientowałem się nawet, że uśmiecham się sam do siebie.

Taka właśnie energia pozwala nam wszystkim poczuć się lepiej i skoncentrować na tej właśnie chwili i aktualnym momencie. Możemy się zrelaksować i co najważniejsze bardziej uwierzyć w siebie. Bo jak nie wierzyć w siebie, kiedy trafiasz 8 na 10 rzutów osobistych? Jak nie uwierzyć w siebie, kiedy z każdą kolejną serią do kosza wpada coraz więcej rzutów z półdystansu? U Michaela Jordana, Kobe’go Bryanta, czy Stephena Curry’ego działa to dokładnie w taki sam sposób! Pozytywna energia buduje coraz większą wiarę w siebie i w swoje możliwości.

koszykarska-energia-1

Właśnie w ten sposób działa ta energetyczna moc, którą możemy sami stworzyć. Jak to zrobić? Skąd brać pozytywną energię? Ja poszedłem do parku, żeby porzucać piłką do kosza i zrelaksować się. A więc można taką dobrą energię zdobyć właśnie w parku, lub w jakimkolwiek miejscu, gdzie jest możliwość kontaktu z naturą. Co prawda park to nie rezerwat przyrody, ale mimo wszystko obecność drzew wokół może dać nam tą cenną energię. Szum drzew często uspokaja i wprawia w lepszy nastrój. Udowodnione bowiem jest przez naukowców, że drzewa mają działanie łagodzące i odprężające.

Możecie pomyśleć, że to nieco dziwne, ale do drzew warto się nawet przytulać. Dzięki temu drzewo może dać nam wiele cennej energii, której potrzebujemy. Istnieje wiele gatunków drzew i każdy z tych gatunków działa inaczej. Drzewa iglaste na przykład wydzielają olejki eteryczne, które świetnie wpływają na nasz układ oddechowy. Nie wierzycie? W porządku. Spróbujcie w takim razie spaceru po lesie i sprawdźcie jak się wtedy poczujecie. Ze swojej strony mogę powiedzieć tylko tyle, że jeżeli szukacie dobrej energii, to w lesie znajdziecie ją na pewno.

kosz-blog-nowy

Oprócz spaceru, lub treningu w jakimś przyjemnym miejscu, którym może być wspomniany wcześniej park, również zdrowy sen z pewnością może dodać nam cennej energii. Ważne, żeby przesypiać przynajmniej 8 godzin na dobę. Nie będę już tu nudził, że warto przed snem przewietrzyć pokój, lub wyłączyć telewizor aby się wyciszyć. W każdym razie dobry, zdrowy sen to podstawa do tego, abyśmy nabrali przez noc nowej energii na następny dzień.

 Można też stworzyć sobie taką energię również w inny sposób. Dobrym pomysłem jest systematyczne robienie czegoś, co najbardziej lubimy. I nie chodzi tutaj wcale tylko o sport. Lubicie grać w szachy? Rzućcie wszystko i zagrajcie z kimś. Szachy nie za bardzo, ale może warcaby, lub gra w karty? A może jazda na rowerze? Świetnie! Zróbcie to! Lubicie czytać książki, majsterkować, a może rysować? Zacznijcie to robić! Najlepiej z kimś, kogo lubicie. Wystarczy, że skoncentrujecie się tylko na tym w pełni, żeby po kilku chwilach zauważyć pozytywną energię, która zacznie w Was buzować.

unikalnosc-boisk-zdjecie

W stworzeniu sobie takiej dobrej energii pomagają też medytacja i ćwiczenia Tai-Chi, które wykonywał w trakcie swojej długiej zawodowej kariery koszykarskiej Robert Parish. Możecie o tym przeczytać tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/06/09/medytacje-roberta-parisha/

Świetnym sposobem wydobycia cennej energii do działania jest też wizualizacja. Jeżeli macie przed sobą ważny mecz, to warto przynajmniej na dzień przed nim usiąść w jakimś spokojnym miejscu i odprężyć się, zamknąć oczy i zacząć wyobrażać sobie mecz, który jest przed Wami. Warto sobie wtedy wyobrazić jak zdobywacie punkty, biegacie po boisku, celnie podajecie, lub zbieracie piłkę z tablicy. Trzeba myśleć tylko o tym, że wszystko się Wam udaje i drużyna wygrywa mecz. Takie właśnie wizualizacje są również bardzo pomocne w osiąganiu dobrej energii.

Co w tym wszystkim najważniejsze, to również fakt, że taką pozytywną energię, którą sobie stworzymy możemy przekazywać dalej. Możemy przekazywać ją innym ludziom. W jaki sposób? Czasami wystarczy zwykły uśmiech do kogoś. Wtedy pojawi się jeszcze większe pozytywne nastawienie do świata i ludzi, a reszta zrobi się już sama. Właśnie tak to działa.

Jeżeli macie swoich ulubionych zawodników z NBA, lub z jakiejś innej ligi, to obejrzyjcie sobie na przykład na YouTubie jakieś skróty meczów w których grali ci zawodnicy. Warto popatrzeć w jaki sposób kozłują piłką, jak mijają obrońców, robią zwody, czy rzucają. To może nauczyć Was czegoś nowego i dodając energii zmotywować do tego, aby i Wasza gra była coraz lepsza.

Mentalność w sporcie to niesamowicie ważna rzecz. Bez siły mentalnej żaden sportowiec nie byłby w stanie osiągnąć jakiegokolwiek sukcesu. Nieważne czy jesteście zawodowcami grającymi w pierwszej lidze, trenerami, czy pasjonatami koszykówki grającymi w lidze amatorskiej. Siła mentalna i odpowiednie nastawienie jest potrzebne każdemu, nie tylko sportowcom. Jest to potrzebne wszystkim ludziom. Właśnie dlatego warto taką siłę w sobie pielęgnować. Jak? Poprzez robienie tego, co sprawia nam największą przyjemność i doskonalenie się w tym. Warto pozwolić sobie na to, żeby to co lubimy pochłonęło nas od czasu do czasu w pełni. Siła takiej właśnie koncentracji buduje coraz większą pozytywną energię, dzięki której będziemy szczęśliwsi, zdrowsi i pełni energii, aby zdobywać cele, które chcemy osiągnąć.

koszykarska-energia-3

 

 

 

 

 

 

Niski wzrost a koszykówka

Niski wzrost. Jaki to właściwie jest ten „niski” wzrost w koszykówce? Biorąc pod uwagę to, że koszykarze w większości są wysokimi ludźmi, mierzącymi najczęściej dobrze ponad 2 metry, to kto w takich kategoriach porównywania wzrostu będzie niski? Czy ktoś, kto ma metr siedemdziesiąt będzie niski? Czy ktoś kto ma metr osiemdziesiąt pięć będzie niski? Otóż tak.

Zastanawiałem się niedawno jak to jest z tym wzrostem. Czy będąc niskim można osiągnąć cokolwiek znaczącego grając w koszykówkę? Bo przecież koszykówka to w sumie sport dla wysokich ludzi. Przypominałem sobie wtedy jak bardzo kiedyś chciałem osiągnąć wzrost 188 cm, którym to wzrostem mógł pochwalić się Mike Bibby, o czym zresztą możecie przeczytać więcej tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/05/27/mike-bibby-ma-metr-osiemdziesiat-osiem/

Wychodząc z takiego właśnie założenia, że wszyscy poniżej 190/200 cm to niscy lub niżsi zawodnicy, wniosek jest taki, że jestem niski. Ja, ze swoim metrem osiemdziesiąt jestem bardzo niski! Zresztą kiedy gram często jestem najniższym zawodnikiem na boisku, nietrudno mi więc było dojść do tego oczywistego wniosku.

Zacząłem więc zastanawiać się nad pewną rzeczą. Czy niscy koszykarze mają w ogóle szanse na to, aby cokolwiek więcej osiągnąć w grze? Jeśli mówię „cokolwiek więcej” to mam na myśli coś naprawdę wyjątkowego. Szczerze powiem, że mam swoją własną teorię na temat wzrostu w koszykówce.

Po pierwsze to niscy zawodnicy mają (a przynajmniej mogą mieć) pewną przewagę nad wysokimi. Mogą bowiem swój niski wzrost wykorzystać przeciwko tym wysokim graczom w najlepszy możliwy sposób, którym jest panowanie nad piłką, a także dobra umiejętność kozłowania i robienia zwodów między wysokimi zawodnikami. Nawet bardzo niski rozgrywający może przecież tak rozegrać akcję wykorzystując przy tym swoje umiejętności w manewrowaniu pomiędzy wysokimi graczami (jeżeli dysponuje również świetnym przeglądem pola), że wyżsi zawodnicy mogą nie mieć zbyt wiele do powiedzenia. Ale aby niski zawodnik zdobył takie umiejętności musi oczywiście wykonać wiele pracy nad sobą i swoją grą.

Po drugie natomiast, to moim (i z pewnością nie tylko moim) zdaniem wzrost odgrywał istotną rolę o wiele bardziej w tej „dawnej” koszykówce, tej koszykówce sprzed wielu lat, kiedy pierwsze skrzypce grali centrzy, lub silni wysocy skrzydłowi. Gra oparta na dwóch wysokich, którzy „robili grę” pod obydwoma tablicami była charakterystyczna w latach 70-tych, 80-tych i 90-tych, choć i w tym okresie zaczęli pojawiać się w NBA tacy zawodnicy jak Steve Kerr, Mahmoud Abdul-Rauf (185 cm wzrostu), Damon Stoudamire (178 cm wzrostu), czy Brevin Knight (178 cm wzrostu), którzy potrafili rzucić za trzy i to naprawdę nieźle. Był przecież Jason Williams (185 cm wzrostu), który grał tak niesamowicie, że wiele osób oglądając jego grę w tamtych czasach (wybrany został w drafcie 1998 roku przez Sacramento Kings) dziwiło się, że biały zawodnik może grać w taki sposób. Williams wyprawiał na parkiecie naprawdę niesamowite rzeczy. Niscy koszykarze byli zawsze szybcy i zwinni, a na pewno szybsi od zawodników wysokich. Wtedy jednak mimo wszystko bardziej opłacało się być wysokim. A jak jest teraz?

Dziś rządzi często w koszykówce „era small-ballu”. Znacznie częściej rzuca się te cholerne „trójki”, których tak wielu trenerów po prostu nie znosi. A te „trójki” rzucają najczęściej właśnie niżsi zawodnicy. Wiele osób z pewnością nie zgodzi się z tym, że skoro czasy się zmieniają to i gra też powinna się zmieniać. Ale tak właśnie jest, bo…czasy się zmieniają i gra się zmienia. Po prostu. Popatrzcie na Golden State Warriors. Dobra, nie zdobyli mistrzostwa w tym roku, ale co wyprawiał Stephen Curry przez przynajmniej trzy ostatnie sezony?! To prawdziwa magia. Curry robił to wszystko nie mając wcale 200 centymetrów wzrostu.

Spróbowałem przypomnieć sobie niskich zawodników, którzy grali lub grają jeszcze w różnych ligach. Przypomniałem sobie kilku, najczęściej tych, którzy grali w NBA, bowiem to właśnie tę ligę koszykówki znam najlepiej.

Pierwszym zawodnikiem, o którym pomyślałem od razu był Allen Iverson. Cóż, „The Answer” był moim ulubionym koszykarzem z ligi NBA. Iverson trafił do NBA w 1996 roku z pierwszym numerem w drafcie. Ale to wie pewnie każdy z Was i nie będę tu opisywał szczegółowo jego biografii. Ważną rzeczą jest natomiast fakt, że mając tylko nieco ponad metr osiemdziesiąt udało się Iversonowi tak wiele  osiągnąć w lidze „wielkich ludzi”. We wrześniu Allen Iverson trafił do Galerii Sław NBA, co może być wystarczającym dowodem na to, że niski wzrost nie musi stanowić żadnej przeszkody w osiągnięciu czegoś więcej niż byciem przeciętnym w koszykarskim fachu.

Iversona zna praktycznie każdy fan koszykówki i w sumie to cóż to za przykład? Ktoś może powiedzieć, że tacy zawodnicy jak Iverson to tylko wspaniały przypadek. Otóż nie. Tych niskich ludzi, którym udało się osiągnąć w koszykówce wielkie rzeczy jest więcej.

Wybrany z ostatnim, 60. numerem w drugiej rundzie draftu przez Sacramento Kings Isaiah Thomas to rozgrywający, którego wzrost to 175 cm. Zastanawiałem się co czuł podczas draftu, kiedy z każdym następnym wywołanym numerem, do komisarza ligi Davida Sterna podchodził po gratulacje kolejny i kolejny zawodnik z NCAA. Isaiah Thomas zapewne czuł się niesamowicie niedoceniony. Prawdopodobnie nawet przestawał już wierzyć w to, że jakikolwiek klub wybierze go w tym cholernym drafcie. Ale kiedy już otrzymał swoją szansę i z ostatnim numerem wybrano właśnie jego, żarty się skończyły. Isaiah już w pierwszym sezonie w NBA udowodnił wszystkim niedowiarkom, że jest z pewnością wart tego wyboru. Zdobywał jako debiutant 11.5 pkt, 2.6 zbiórki i 4 asysty na mecz. Ten filigranowy rozgrywający stał się z miejsca ważnym ogniwem drużyny z Sac-Town.  Jego zwody, opanowanie i rzut z dystansu wiele razy wskazywały kryjącym go zawodnikom miejsce w szeregu.

isaiah-thomas-card-new

Isaiah z każdym kolejnym sezonem grał coraz lepiej, ale po trzech sezonach w Sacramento postanowiono go wymienić. Trafił najpierw do Phoenix Suns, a następnie do Boston Celtics, gdzie grał fenomenalną koszykówkę w ubiegłym sezonie zdobywając średnio 22.2 pkt, 3 zbiórki, 6.2 asysty i 1 przechwyt na mecz, a jego drużyna zagrała w Play-Offs. Wzrost więc  nie przeszkodził mu w osiąganiu czegoś więcej niż tylko byciem przeciętnym zawodnikiem w najlepszej koszykarskiej lidze świata.

Po nim na mojej liście jest też Nate Robinson, który co prawda już nie gra w NBA, ale jeszcze kilka sezonów temu odgrywał ważną rolę jako rozgrywający Denver Nuggets. Jego wzrost? Metr siedemdziesiąt pięć. Dokładnie tyle, ile mierzy Isaiah Thomas. W dodatku Robinson wygrał konkurs wsadów podczas Weekendu All-Star. Dokonał tego dwukrotnie.

nate-robinson-card-new

Robinson miał niesamowity przegląd pola, świetnie rzucał, był szybki, zwinny i przede wszystkim miał to coś, co nazywamy charakterem. Bez charakteru bowiem nie miałby czego szukać w NBA. Aktualnie w NBA nie gra, jest już dobrze po trzydziestce i jeżeli chodzi o ligę NBA to ostatnio grał w LA Clippers, gdzie zdobywał tylko 5 punktów i 2 asysty na mecz.  Jego gry w New Orleans Pelicans nie liczę, zagrał bowiem w poprzednim sezonie 2015/16 tylko w dwóch meczach dla tej drużyny łącznie spędzając na parkiecie 11 minut. Ale kto wie, może lubiany przez większość trenerów z NBA Robinson założy jeszcze koszulkę jakiegoś klubu z NBA.

Kto następny? Może Aaron Brooks? Typ ma 180 centymetrów i gra z numerem „0” na koszulce. Ale zerem bynajmniej nie jest. Owszem, miał swoje gorsze momenty w lidze i nigdy nie grał na szczególnie wyjątkowym poziomie w NBA, ale jednak potrafił grając w Houston Rockets w sezonie 2009/10 wystąpić we wszystkich 82 meczach sezonu regularnego, w których notował średnio 19.6 pkt, 2.6 zbiórki i 5.3 asysty na mecz. Później nie rozegrał już tak dobrego sezonu, ale w rozgrywkach 2014/15 grając w koszulce Chicago Bulls zdobywał średnio 11.6 pkt, 2 zbiórki i 3.2 asysty na mecz. Rozegrał wtedy w barwach ekipy z Chicago również pełny sezon regularny.

aaron-brooks-card-new

Brooks potrafi rzucić za trzy, to z pewnością jest jego znak rozpoznawczy. We wspomnianym przeze mnie wcześniej sezonie 2014/15 rzucał za trzy na skuteczności 38%. Może to nie są wyjątkowe statystyki, ale pamiętajcie, że mówimy o zawodniku, który gra w lidze NBA mając tylko 180 cm i ważąc 77 kg!

Kto jeszcze? A, no tak…Muggsy Bogues! Wystarczy, że napiszę o jego wzroście, bowiem 159 centymetrów powie Wam wszystko. A jednak to właśnie Tyrone „Muggsy” Bogues stał się inspiracją dla milionów koszykarzy na całym świecie, którzy dzięki niemu uwierzyli w siebie jeszcze bardziej. Bo jeżeli ktoś taki jak on mógł grać w NBA na bardzo przyzwoitym poziomie przez czternaście sezonów, to przecież wszystko jest możliwe!

wzrost-2

Muggsy rozpoczął swoją karierę w Washington Bullets w sezonie 1987/88 i początkowo miał być chyba tylko kimś w rodzaju „maskotki” drużyny i zawodnikiem przyciągającym fanów wyłącznie w celach marketingowych. Ale jak się później okazało zdecydowanie zasłużył na grę w NBA. Bogues grał później jeszcze w Charlotte Hornets, Golden State Warriors i swoją karierę zakończył w Toronto Raptors.

muggsy-bogues-card-new

Muggsy, choć bardzo niski był postrachem olbrzymów w NBA. Miał bowiem niesamowitą szybkość, zwinność i łatwość w panowaniu nad piłką i przechwytywaniu jej. Na parkiecie był dosłownie wszędzie, a wysocy zawodnicy musieli mieć się na baczności, bowiem Muggsy’ego trudno było na boisku…zauważyć. Potrafił pojawić się obok wysokich zawodników wtedy, kiedy najmniej się go spodziewali i dosłownie wyrwać im piłkę. W swoim najlepszym sezonie 1994/95 w Charlotte Hornets zdobywał średnio 11 punktów, 3.3 zbiórki, 8.7 asysty i 1.3 przechwytu na mecz. Napisał i wydał nawet własną książkę pod wiele mówiącym tytułem: „In The Land Of The Giants”.

W latach 70-tych natomiast w lidze NBA grał Nate Archibald. Mierzący 185 centymetrów koszykarz wybrany został z 19 numerem draftu przez Cincinatti Royals, którzy później przekształcili się w Kansas City Kings. Ten niski zawodnik notował jako debiutant 16 punktów i 5 asyst na mecz, natomiast już w swoim drugim sezonie w NBA zdobywał średnio ponad 28 pkt i 9 asyst na mecz.

Archibald podobno z wielką gracją manewrował z piłką między obrońcami przeciwnej drużyny, miał niesamowity chwyt i z niespotykaną precyzją potrafił w tamtych czasach kozłować piłką. Popularny Nate grał później jeszcze w New York Knicks, a na przełomie lat 70-tych i 80-tych grał w Boston Celtics. Swoją karierę zawodniczą zakończył w roku 1984 w Milwaukee Bucks.

nate-archibald-card

Wspomniani przeze mnie wyżej zawodnicy to tylko mała kropla w…powiedzmy- jeziorze niższych koszykarzy z ligi NBA. Oprócz nich przychodzą mi na myśl też: mierzący 180 cm Phil Pressey (aktualnie Golden State Warriors), Ish Smith (183 cm, Detroit Pistons), Seth Curry (188 cm, Dallas Mavericks), Tim Frazier (185 cm, New Orleans Pelicans) i DJ Augustin (180 cm, Orlando Magic).

Kiedy czasami oglądam na YouTubie najlepsze akcje tych zawodników i dostrzegam jak niesamowite rzeczy robią z piłką, jakie robią zwody i jak świetnie potrafią rzucać, to nie żałuję, że sam też mam tylko 180 centymetrów. Wierzę, że sporo można osiągnąć grając w koszykówkę wśród wyższych zawodników. Wszystko jest tak naprawdę w naszym umyśle i nieważne jest w sumie to ile mamy wzrostu. Ważne jest to ile mamy chęci i wiary w siebie i w swoje możliwości.

 

(Na zdjęciach karty z kolekcji Panini, Upper Deck i Fleer z zawodnikami)

 

 

 

 

 

 

Koszykarska pełnia

Koszykówka nigdy nie pokocha mnie tak, jak ja ją kocham- uświadomiłem sobie to niedawno po kilku dłuższych przemyśleniach. Bo przecież choćbym nie wiem co robił, oraz jak intensywnie grał będąc już po trzydziestce, to pewnych elementów tej gry już nie przeskoczę. Nie będę już coraz lepszy. Pewnie, że niektóre elementy w grze można poprawiać zawsze, ale tylko do pewnego momentu. Uświadomiłem sobie też, że nie zagram w żadnej lidze oprócz tej amatorskiej. Zresztą gram w takiej lidze w  drużynie, w której pełnię bardziej rolę ostatniego rezerwowego, grającego dla samej radości z gry, niż po to, żeby ustanawiać jakiekolwiek rekordy, czy poprawiać swoje statystyki w zdobytych punktach, asystach, czy w zbiórkach. Gram, bo mam z tego fun w najczystszej możliwej postaci. Po prostu.

Myślałem więc o tym, po co mi w zasadzie ta koszykówka? Co ona mi właściwie daje? Czy jest sens grać? Po co grają wszyscy ci, którzy nie są zawodowcami, tylko zwykłymi amatorami? Niby wiadomo, że posiadanie swojej pasji to jedna z najwspanialszych rzeczy, jakie może mieć człowiek. Ale czy koszykówka oprócz samej radości z gry i poprawy kondycji daje coś jeszcze? Czy warto w tą koszykówkę grać pocąc się niemiłosiernie w parkach i halach sportowych? Co może dać koszykówka, oprócz koszykówki samej w sobie?

boisko-w-parku-2-blog

Myślałem i myślałem. A kiedy debatowałem sam ze sobą nad wszystkimi „za” i wszystkimi „przeciw” odnośnie tego czy warto grać, podczas moich przemyśleń nasuwał mi się wciąż tylko jeden wniosek: WARTO.

Koszykówka to niełatwa dyscyplina sportu. Nie wystarczy po prostu rzucić piłką w kierunku obręczy. Grając w koszykówkę trzeba uruchomić nie tylko nasze mięśnie, ale także nasz umysł. Ta gra ma to do siebie, że trzeba poznać pewne schematy i zależności, które nią rządzą. Bez poznania ich nie będziecie dobrymi koszykarzami. Po prostu.

A więc jak się okazuje koszykówka daje nam oprócz samej radości z gry i rozwoju formy fizycznej, także rozwój umysłowy. Od kiedy gram znowu ( bo miałem dłuższą przerwę), zauważyłem u siebie po pewnym czasie wiele pozytywnych cech, które wcześniej gdzieś mi umykały. Nie byłem na pewno tak skoncentrowany i skupiony na pewnych rzeczach, które są w życiu ważne, a do których wcześniej nie przywiązywałem, bądź po prostu nie potrafiłem przywiązywać swojej uwagi. A to ważne sprawy. Nie będę opisywał tu dokładnie wszystkiego, ale są wśród nich z pewnością takie, jak zadbanie o swój rozwój duchowy. Tak, rozwój duchowy.

Może to zabrzmieć nieco abstrakcyjnie, ale ja dzięki koszykówce, którą odkryłem na nowo dobrych kilka lat temu przypomniałem sobie o całej gamie rzeczy, które zawsze były dla mnie ważne, ale które zaczęły gdzieś mi umykać w miarę stopniowego wchodzenia w dorosłość. Nie będę jednak się tu  rozpisywał o tym wszystkim. Napiszę tylko o kilku nowych rzeczach, które poznałem interesując się koszykówką na nowo.

Po pierwsze dzięki koszykówce poznałem ludzi. Nowych ludzi. Na początku przychodziłem na osiedlowe boisko, żeby porzucać samemu, ale po jakimś  czasie zacząłem wpadać na różne boiska i w różne miejsca, które bezpośrednio związane były z pograniem w kosza. Właśnie w tych miejscach spotykałem ludzi, którzy podobnie jak ja grali. Dzięki temu, że ich poznałem już wkrótce nie grałem sam, tylko właśnie z nimi. A jakiś czas później zostałem rezerwowym zawodnikiem w amatorskiej lidze koszykówki. Odkąd zacząłem grać znowu występ w takim meczu koszykówki był moim marzeniem. Właśnie to marzenie udało mi się spełnić.

Oprócz tego, że poznałem ludzi poznałem też czym jest…medytacja i ćwiczenia Tai-Chi. Któregoś dnia czytałem artykuł o Robercie Parishu, zawodniku, który grał w lidze NBA dość długo. Swoją karierę sportową zakończył mając 43 lata. Zastanawiałem się nad tym co takiego robił, że udało mu się trzymać formę przez tyle lat.

Okazało się, że Robert Parish zawsze dbał o siebie. Dbał. Ale jak? W jaki sposób? Czy tak jak każdy sportowiec, po prostu odżywiał się zdrowo, pił dużo wody, unikał używek, czy słodyczy? Otóż nie tylko. Dowiedziałem się, że Robert Parish przez wiele lat medytował i robił ćwiczenia Tai-Chi. Właśnie to pomagało mu zachować zdrowie i witalność, ale przede wszystkim spokojny umysł i równowagę psychiczną.

Zainteresowałem się więc czym jest w zasadzie to całe Tai-Chi. Poczytałem trochę, pooglądałem filmiki instruktażowe w Internecie. I wiecie co? Spróbowałem. A po kilku próbach Tai-Chi stało się częścią mojej codzienności. Zacząłem po jakimś czasie robić proste ćwiczenia, które niesamowicie mnie relaksowały. Było to dosłownie kilka podstawowych postaw Tai-Chi przystosowanych dla początkujących. Nie było mi najłatwiej na początku ustać na jednej nodze przez kilkanaście sekund, ale po kilku tygodniach regularnych ćwiczeń udawało mi się już to robić na pełnym luzie. I miałem z tego sporą frajdę, zacząłem robić bowiem coś, co z pewnością pomagało mi w dochodzeniu do trochę lepszej formy fizycznej na której przecież mi zależy. Ćwiczenia Tai-Chi to przede wszystkim  wykonywanie harmonijnych, spokojnych ruchów, przy czym równie ważna jest praca z oddechem.

Po ponad roku uprawiania Tai-Chi mogę powiedzieć, że dziś nie dziwię się ani trochę, że Robert Parish grał tak długo w NBA. Tai-Chi bowiem daje nam niesamowitą energię i siłę, jeżeli oczywiście wykonujemy te ćwiczenia prawidłowo. Tai-Chi daje mi codziennie kilkanaście minut pełnego relaksu i poczucia harmonii ze sobą i światem wokół. To naprawdę niesamowite. Ale gdyby nie koszykówka, którą polubiłem wcześniej i artykuł o Robercie Parishu, to kto wie, czy dziś znałbym Tai-Chi i sam ćwiczył. Myślę, że raczej nie.

Kolejną rzeczą, którą poznałem właśnie dzięki koszykówce była medytacja. Zacząłem więc medytować i choć nie robię tego regularnie, to z pewnością powiedzieć mogę, że medytacja jako forma relaksu i odprężenie naprawdę może mieć wpływ też na to, jakim zawodnikiem jest się na boisku. Medytacja uczy bowiem koncentracji. A koncentracja to jeden z podstawowych elementów gry w koszykówkę.

boisko-w-parku-6-blog

 Od kiedy znowu gram zacząłem też więcej czytać. Czytam powieści, po które zawsze chciałem sięgnąć, ale jakoś nie znajdowałem na to czasu. Literatura amerykańska zawsze przemawiała do mnie najbardziej. Zapisałem się więc do biblioteki i poznałem pisarstwo Hemingwaya, Faulknera, czy Huntera S. Thompsona. W zeszłym roku moja fascynacja Hemingwayem była na tyle spora, że w ciągu nieco ponad dwóch miesięcy „łyknąłem” cztery jego powieści i fantastyczny zbiór opowiadań. Oprócz książek czytam gazety i poradniki. Po prostu mam większą ochotę czytać niż kiedykolwiek wcześniej. Być może wpływu na to nie wywarła tylko moja pasja gry w koszykówkę, bo czytać lubiłem zawsze, ale ja wolę wierzyć, że koszykówka też wpłynęła na ten obszar moich zainteresowań znacząco.

Co jeszcze oprócz poznania Tai-chi, medytacji i chęci do czytania dała mi koszykówka? Myślę, że z pewnością większą empatię. Zwracam dziś bardziej uwagę na wiele spraw, które dzieją się wokół mnie, niż miało to miejsce wcześniej, wtedy gdy nie grałem w koszykówkę. Dostrzegam wokół bardziej ludzi i ich sprawy. I kilka razy miałem okazję zrobić coś, co być może było dobrą rzeczą. Ale ten wątek pozwolę sobie już pominąć.

Koszykówka buduje również większą świadomość. Nie wiem jak to jest, ale ja zauważyłem, że im więcej gram, tym więcej zaczynam rozumieć, dostrzegać i poznawać. I nie chodzi mi o poznanie funkcji najnowszego modelu iPhone’a, czy czegokolwiek podobnego. Chodzi mi o poznanie świata i ludzi, a także wielu zależności, które naszym światem i ludzkością rządzą dziś i które rządziły także wiele tysięcy lat temu. Wydaje mi się, że taka właśnie świadomość to wartościowa cecha, która potrafi umykać nam na co dzień w wirze codziennych spraw.

Koszykówka. Niby prosta gra polegająca na wrzuceniu piłki do wiszącej obręczy. Tylko tyle? Z pewnością nie tylko. Kiedy więc zastanawiam się po raz kolejny nad tym, czy koszykówka nigdy nie pokocha mnie tak, jak ja kocham ją, dochodzę do wniosku, że to jednak miłość odwzajemniona. Poznając koszykówkę poznałem interesujących ludzi i wziąłem udział w wielu zaciętych meczach. Dowiedziałem się bowiem o naprawdę wielu rzeczach na które wcześniej nie zwracałem takiej uwagi. Dzięki koszykówce zacząłem też pisać. Najlepszym na to dowodem jest przecież ten blog.

Koszykówka może dać nam znacznie więcej niż tylko grę samą w sobie. Trzeba tylko spróbować odnaleźć w tej grze coś więcej niż tylko rzuty, asysty, czy zbiórki. Ja nazywam to koszykarską pełnią. Odnalezienia właśnie takiej koszykarskiej pełni życzę też Wam wszystkim.

the rim man 7

 

 

Jak zaszczepić pasję?

Pamiętam dokładnie kiedy poznawałem koszykówkę. To był 1992 rok i miałem wtedy dziesięć lat, kiedy wszystkie dzieciaki z mojego bloku zaczęły chodzić na drugie podwórko, żeby właśnie tam  porzucać do okrągłego metalowego koła. To koło było elementem większej konstrukcji mającej służyć za drabinkę do wspinania się. Koło było umieszczone mniej więcej na wysokości dwóch metrów, więc z racji wzrostu dziesięciolatków dla nas było wtedy na wysokości idealnej. Cóż, ponad dwadzieścia lat temu place zabaw przypominały bardziej muzea sztuki nowoczesnej, aniżeli miejsca, w których można byłoby bezpiecznie się bawić. Ale takie już prawo tamtych czasów i  tak właśnie było. W każdym razie zacząłem przychodzić tam wtedy razem z kolegami z podwórka i rzucaliśmy zwykłą piłką do siatkówki, albo do piłki nożnej.

Któryś z tamtych chłopaków wymyślił wtedy taką grę polegającą na tym, że każdy ma rzucać do tego metalowego koła i jeżeli jego rzut będzie celny, może wtedy zrobić krok do tyłu i rzucać dalej, dopóki nie dojdzie do kroku numer 10. Wtedy będzie mógł wracać z powrotem. Wygrywa ten, kto pierwszy przejdzie w tą i z powrotem wrzucając celnie swoje rzuty.

Ta gra szczególnie mi się spodobała. Po jakimś czasie byłem już w tą grę naprawdę niezły i chyba parę razy nawet wygrałem. To właśnie wtedy zainteresowałem się koszykówką.

Lata mijały, a ja będąc nastolatkiem oglądałem w telewizji w drugiej połowie lat 90-tych jak na parkietach NBA zdobywał punkty Michael Jordan, jak fantastycznie zbierał z tablic piłki Dennis Rodman i jakie niesamowite crossovery robił Allen Iverson. Wtedy zacząłem też grać bardziej na serio i nawet próbowałem po ukończeniu szkoły podstawowej dostać się do szkoły sportowej, co jednak mi się nie udało. Koszykówka jednak była już wtedy moją pasją.

Od tamtej pory minęło wiele lat, a ja dziś jestem trzydziestoparolatkiem, który po dłuższej przerwie…wciąż gra w koszykówkę. I wiecie co? Jestem z tego powodu niezwykle szczęśliwy, bo dziś gram nie tylko ze swoimi znajomymi, ale także z moim ośmioletnim synem.

 Swojego syna zacząłem uczyć gry w sumie trochę przypadkiem. Kiedy miał jakieś cztery lata dostał w prezencie plastikowy kosz z tablicą i małą piłką do rzucania w domu. Na początku nie bawił się nim, więc zacząłem bawić się nim…ja. Ustawiłem ten kosz przy szafie na końcu dużego pokoju i rzuciłem kilka razy. Wtedy dźwięk piłki usłyszał właśnie mój syn. Wbiegł do pokoju i złapał piłkę. Powiedziałem mu, żeby rzucił nią do kosza. I rzucił. Piłka nie wpadła do małej plastikowej obręczy, ale wtedy właśnie wyjaśniłem mu wszystko i zaczęliśmy rzucać. Przez jakiś czas rzucaliśmy sobie właśnie do tej plastikowej konstrukcji. Po prostu.

Po jakimś czasie zaczęliśmy grać w domu w tą samą grę, w którą grałem ja będąc dziesięciolatkiem na wspomnianym wcześniej drugim podwórku: ten kto wceluje robi krok do tyłu. Jeżeli dojdzie w ten sposób do końca pokoju, może wracać z powrotem w kierunku kosza. Kto pierwszy dojdzie do punktu, z którego zaczęła się gra, ten wygrywa.

 Kto wygrywał na początku? Pewnie, że ja. Mój syn nie miał przecież wyrobionego rzutu. Ale wtedy właśnie poczuł to, co jest podstawowym elementem sportu: chęć rywalizacji. Graliśmy coraz częściej i po jakimś czasie mój syn wygrał ze mną pierwszy raz! Nie wiem jak to się stało, ale naturalną siłą rzeczy wyrobił mu się rzut i był po prostu lepszy w tego naszego mini-kosza.

Kiedy miał sześć lat poszliśmy któregoś czerwcowego dnia na stare osiedlowe boisko, które było trochę zniszczone i nikt od dawna już na nim nie grał. Syn miał już swoją pierwszą, normalną piłkę w rozmiarze 3. Zaczął rzucać do obręczy zawieszonej na wysokości około 2,70 m. , a więc nieco niżej niż na tradycyjnej tablicy, gdzie obręcz zawieszona jest na wysokości 3,05 m. Nie mogłem przecież zaprowadzić sześciolatka na prawdziwe boisko, bo nie miałoby to sensu. Bardziej by się zmęczył próbując dorzucić piłką w obręcz, aniżeli nacieszył grą.

A więc mając sześć lat zaczął uczyć się rzucania i kozłowania. Tamtego lata chodziliśmy często na to stare boisko na którym nikt nie grał, a także w inne miejsce nieopodal parku, gdzie nieco lepsze i przede wszystkim nowsze konstrukcje miały obręcze zawieszone też trochę niżej. W dodatku miały przyczepione nowe siatki, co bardzo spodobało się mojemu synowi, który rzucał do obręczy coraz lepiej i pewniej.

mecz w parku 2 dobry new

Następnego lata, kiedy miał już siedem lat i urósł trochę bardziej zaczęliśmy chodzić na boisko szkolne ze zdecydowanie lepszą nawierzchnią. Któregoś razu pomyślałem, że w sumie to mój syn potrafi już w miarę kozłować i rzucać. Wymyśliłem więc, że zagramy nasz pierwszy mecz. Na początku nie wiedziałem tylko jak powinniśmy zagrać. Wymyśliłem więc „nasze” zasady.

-Jak będziemy grać? – zapytał mnie Przemek.

-Zagramy do 10 punktów. Jeżeli wcelujesz, zdobywasz 2 punkty.

-A jeżeli Ty wcelujesz? – dopytywał mnie wciąż mój syn.

-Hm… – zastanowiłem się przez chwilę, po czym odpowiedziałem – jak ja wceluję, to zdobędę jeden punkt. Tak będzie sprawiedliwie.

-Ale dlaczego? – mój syn zaczął swoją ulubioną zabawę w „Sto pytań do…”.

-Bo jestem trochę wyższy od Ciebie i trochę starszy. No i trochę dłużej gram w koszykówkę. W porządku? – zapytałem go tym razem ja.

-W porządku, zgadzam się- odpowiedział mi.

Zaczęliśmy więc grać. Zasady polegały więc na tym, że w meczu 1×1 do 10 punktów mój każdy celny rzut to nie dwa, a 1 punkt, natomiast każdy celny rzut mojego syna to dwa punkty. W ten sposób szanse były trochę bardziej wyrównane. Pozostała jeszcze kwestia obrony. Mojej obrony.

-Ale Ty nie możesz mi tak bardzo przeszkadzać rzucić piłką! – Przemek wyraził zdecydowany sprzeciw, kiedy zaczęliśmy mecz i jego pierwsza akcja zakończyła się niepowodzeniem. Zastanowiłem się więc raz jeszcze nad zasadami i trochę je ulepszyłem.

-W porządku, zrobimy tak, że ja nie będę ci przeszkadzał w rzucaniu jeżeli przekroczysz tą linię –podszedłem do linii osobistych i pokazałem mu.

-A co to za linia? –znowu zapytał Przemek.

-To jest linia rzutów osobistych. Koszykarze stają na tej linii, jeżeli zostaną sfaulowani pod koszem – wyjaśniłem mu.

-Dobrze, to ja będę mógł rzucać jak przejdę tą linię?

-Tak, będziesz mógł rzucać i nie będę ci wtedy przeszkadzał – odpowiedziałem.

Ustaliliśmy więc, że ja mogę bronić obręczy tylko za linią rzutów osobistych. Jeżeli mój syn zdoła wejść za to pole, on będzie mógł wtedy przestać kozłować piłkę i na luzie oddać rzut.

Dodam jeszcze, że oczywistym i naturalnym było dla mnie to, że moja „obrona” nie będzie zbyt intensywna. Miałem raczej tylko „przeszkadzać” synowi w przejściu linii osobistych. Zaczęliśmy więc grać. Tamten mecz wygrał oczywiście mój syn😉 Wyniku jednak nie pamiętam. W każdym razie okazało się, że mój pomysł działa bardzo dobrze i możemy takie mecze rozgrywać z synem częściej. W czasie poprzedniego lata rozegraliśmy więc kilkanaście takich gierek między sobą.

mecz w parku 1 dobry new

W tym roku mój syn ma już osiem lat i kilka centymetrów wzrostu więcej. Lepiej kozłuje i lepiej rzuca. Ma też swojego ulubionego zawodnika z NBA, którym jest Kevin Love. Drugi to oczywiście Marcin Gortat. Od wiosny wpadamy na boisko częściej niż w zeszłym roku i gramy. Jest na tyle dobry, że przegrałem z nim już kilka razy😉 .

-10:8, znowu z Tobą wygrałem! – krzyknął do mnie po naszym zeszłotygodniowym meczu Przemek.

-Udało ci się – odpowiedziałem.

-Nie udało, tylko wygrałem, bo jestem lepszy i młodszy.

Spojrzałem na syna z nieco marsową miną, po czym odpowiedziałem:

-Jesteś c o r a z lepszy. Niech ci będzie.

-Tata, a może Ty powinieneś iść na lekcje do Marcina Gortata jak będzie w Polsce? Nauczyłby cię lepiej grać. Jak myślisz? – zaproponował mi pewnym siebie głosem mój syn.

Spojrzałem już kompletnie obojętnie:

-Zastanowię się.

-No to trzeba napisać list do Marcina Gortata i go poprosić! Może się zgodzi – zaproponował z uśmiechem Przemek.

-Może…Kto wie… – odpowiedziałem.

*

W szkole mojego syna powstało tej wiosny nowiuteńkie boisko na którym są dwie konstrukcje z obręczami zawieszonymi na normalnej wysokości i dwie konstrukcje z obręczami zawieszonymi na wysokości przystosowanej dla młodszych dzieci. To zdecydowanie ułatwia mojemu synowi grę, w dodatku do obręczy zawieszonej niżej rzuca z niesamowitą łatwością. Prawdopodobnie wpływ na to miał fakt, że będąc młodszym uczył się rzucać do obręczy zawieszonej nieco wyżej. Czasami przychodzimy na to boisko, żeby tylko porzucać. Dodatkową ciekawostką może być fakt, że Przemek często nie chce rzucać do obręczy zawieszonej niżej.

-Dlaczego nie chcesz rzucać do tego niższego kosza? – zapytałem go niedawno.

-Bo tam jest za nisko –odpowiedział mi.

Pomyślałem wtedy, że w sumie jest to dobry znak, ale wytłumaczyłem też, że nauczy się lepiej rzucać i poprawi bardziej swój rzut, kiedy będzie rzucał jednak do tej niższej obręczy. Jak na razie się zgodził.

 

Po dwóch latach od pierwszych prób nauki gry w koszykówkę mój syn mając osiem lat gra już nieźle. Nie ma jeszcze idealnie wyrobionej motoryki ruchów, ale porusza się na tyle sprawnie, że dostrzegam już w nim jakiś potencjał. Myślę, że udało mi się zaszczepić w nim jakieś początki pasji.

Nie chcę oczywiście, żeby został profesjonalnym koszykarzem! Chciałbym, aby w przyszłości był tym kim tylko zechce, bowiem pasją mojego syna są klocki Lego i budowanie z nich coraz bardziej zaawansowanych technicznie lokomotyw. Kto wie, może kiedyś będzie inżynierem i zaprojektuje swój własny pociąg? Jak na razie twierdzi, że chciałby zostać kolejarzem. Ale jeżeli będzie miał wielką pasję do gry i zechce zostać koszykarzem, to świetnie. W każdym razie mnie nie o to w tym wszystkim chodzi, żebym chciał od razu robić z niego sportowca. Otóż najlepsze jest po prostu to, że poprzez koszykówkę uczy się rywalizacji, wytrwałości i konsekwencji w dążeniu do celu. A takie cechy wykształca właśnie koszykówka. To bardzo ważne.

Co ważniejsze, to również to, że koszykówka przecież nie jest celem samym w sobie. Ma tylko wykształcić w młodym człowieku kilka bardzo ważnych cech, które pozwolą mu prawidłowo się rozwijać.  A wykształcić w młodym człowieku takie cechy zdecydowanie pomoże uprawianie sportu. I nie ważne, czy będzie to koszykówka, piłka nożna (w którą mój syn również bardzo lubi grać ), siatkówka, tenis, czy też cokolwiek innego. Ważne, żeby uprawianie sportu przynosiło oprócz samej rywalizacji przede wszystkim radość. Bo dzięki niej na twarzy młodego człowieka pojawia się uśmiech. A uśmiech to szczęście.

Wracając jeszcze do naszych meczów z synem dodam, że oczywiście mój syn na razie nie jest na takim poziomie, aby zdołał wygrać ze mną „na serio” gierkę 1×1. Myślę jednak, że już niebawem będzie to realne…

mecz w parku 3 dobry new

 

 

 

 

 

Jeżeli niebo jest boiskiem

A więc będę rzucał. Znowu staję na linii półdystansu i wiem, że za chwilę zrobię te swoje pięćdziesiąt prób rzutowych z lewej i z prawej strony boiska. A później następne pięćdziesiąt. Wiem jaki jest mój rekord trafionych rzutów z półdystansu na 50 prób. Może dziś ustanowię nowy? Spróbuję. Nade mną błękitne niebo, letnie promienie Słońca, a obok ten przyjemny cień, który daje Klon rosnący tuż za tablicą. Wszystko to pozwala mi delektować się w pełni każdym rzutem i tym, że znowu tu jestem. Na boisku.

Czasami kiedy tak rzucam swoją piłką do obręczy, zdarza się, że ktoś wpadnie. A czasem to ja przyjdę z kimś. I wtedy gramy. Gramy i gadamy. O wszystkim i o niczym. O tym, że Kevin Durant będzie w nowym sezonie mierzył się z falą hejtu po swoim przejściu do Golden State Warriors. O Derricku Rose, który w Nowym Jorku w koszulce „Knicksów” zacznie nowy etap swojej kariery. Czy Minnesota Timberwolves w końcu wymienią Ricky’ego Rubio? Cóż, nie jestem jego fanem, więc przyznam, że na miejscu GM’ów z Minny chętnie wyciągnąłbym za niego choćby Brandona Knighta z Phoenix.

Staję na linii rzutów osobistych. 10 prób. W obręcz piłka wpada siedem razy. Spoglądam w górę. Na błękitnym niebie pojawiło się kilka chmur. Ale Słońce świeci wciąż naprawdę mocno. Właśnie to lubię najbardziej. Lato w pełni. A tu ja i moja piłka.

 Kiedy jestem z kimś na boisku, często gadamy też o mojej piłce Spaldinga. Wygląda jakby grała nią bardzo długo drużyna profesjonalistów, którzy nie oszczędzali jej ani przez chwilę w żadnym meczu. Ale nie. To nie oni grali tą piłką. To ja nią grałem. Piłka wcale nie jest taka stara, bo ma dopiero dwa lata. Tyle, że kiedy nią grałem, to grałem na 100%. Kiedy pierwszy raz wziąłem ją do ręki w sklepie sportowym wiedziałem, że to będzie dłuższa znajomość. A później odbijałem ją już na boisku. Pierwsze rzuty nie chciały wpadać, ale po jakimś czasie piłka zaczęła się mnie słuchać i wpadała w czerwoną obręcz coraz częściej.

Kiedy z kimś gram i rozmawiamy, pojawiają się często tematy nie związane z koszykówką.

-Na bazarkach można już kupić polskie brzoskwinie, wiesz?

-Serio?

-Tak. A niedługo będą śliwki.

-Rewelacja!

-Wiem.

-Wiesz co?

-Co?

-Ostatnio mam ochotę przeczytać jakąś książkę. Chciałbym ogarnąć te opowiadania Kafki, które niedawno się ukazały, ale jakoś nie mogę się za nie zabrać. Może spróbuję w przyszłym tygodniu.

-Kafka był trochę dziwakiem.

-A ja myślę, że nie. Dostrzegał po prostu c o ś  w i ę c e j.

*

Ostatnio rozmawialiśmy znowu o koszykówce, a konkretnie o trikach. Nauczyłem się na przykład niedawno nowego triku, który polega na podbiciu piłki do góry kiedy leży na asfalcie. Fajnie, bo nie wiedziałem wcześniej jak inni to robią. A teraz już wiem.

Muszę przyznać, że naprawdę przyjemnie kozłuje mi się tą wysłużoną piłką. Kozłuję, robię zwód, jeden, drugi i rzucam. Tym razem niecelnie. Wokół nie ma nic, oprócz szumu wiatru i liści na drzewach rosnących wokół boiska. Dźwięk odbijanej o jasno-brązową nawierzchnię pomarańczowo-szarej piłki też tworzy klimat, który lubię.  Moja piłka jest tak starta, że przy rzucaniu nie ma już takiego chwytu jak kiedyś. Ale wciąż można nią grać. Jest dźwięk odbijanej o asfalt piłki i jest też dźwięk piłki wpadającej idealnie w metalową siatkę. To jest niesamowite! Kiedy znowu trafiam czuję, jakby to boisko było w niebie. Prawie tak jak w tej książce. Szkoda, że nie wydali jej jeszcze w Polsce.

Gramy więc z kumplem dalej i zastanawiamy się czasem też, czy w ciągu następnych dwóch, lub może trzech sezonów będziemy mieli kolejnego Polaka w NBA. Czy ktoś przejmie chwałę po Marcinie Gortacie? Jakiś czas temu Olek Czyż grał w lidze letniej w Milwaukee Bucks. Trzymałem kciuki, żeby udało mu się dostać do składu tego klubu. Ale niestety nie udało mu się. W zeszłym roku miałem nadzieję, że jakiś klub zwróci uwagę na Mateusza Ponitkę, który próbował swoich sił w drafcie. Nie został wybrany przez żadną drużynę, ale został zaproszony na kilka treningów pokazowych w paru klubach. To już coś. Ale wciąż próbuje robić wszystko co tylko może, żeby kiedyś zagrać na którymś z parkietów najlepszej koszykarskiej ligi świata. Oby mu się udało. Jego boiskowy szczyt, właśnie to przysłowiowe „boiskowe niebo” jest właśnie tam, w NBA.

Wracam znowu do swojej rzeczywistości. Moim szczytem marzeń też kiedyś była gra w szkole sportowej i być może w jakimś klubie z polskiej ligi. Nie udało mi się spełnić tego marzenia, ale nie narzekam. Mam jeszcze inne. Poza tym gram przecież często na najlepszym boisku świata, tym osiedlowym. Na boisku które na nowo obudziło we mnie pasję do gry po wielu latach bez koszykówki.

W zeszłym roku częściej grałem w meczach 5×5 i sprawiało mi to dużą przyjemność, ponieważ dawno już nie grałem w meczach rozgrywanych w pełnych składach. Z kolei tej wiosny zacząłem trochę więcej grać w meczach jeden na jednego. Dzięki temu nauczyłem się nowych rzeczy. Myślałem wcześniej, że tajniki gry w koszykówkę można pogłębiać tylko i wyłącznie w tych „normalnych” meczach, kiedy gra dziesięciu zawodników. Ale to nieprawda. Kiedy gram z kimś dobrym jeden na jednego, to wtedy muszę też uruchomić swoje mięśnie i umysł na tyle, żeby potrafić  coś zrobić. C o ś  w i ę c e j. Coś, co pozwoli mi na zdobycie punktów i być może też na wygranie meczu.

Jest późne, kolejne letnie popołudnie. Wchodzę na boisko z przewieszoną na ramieniu torbą, z której wyjmuję tą swoją startą piłkę. Może dziś też ktoś przyjdzie pograć? Robię rozgrzewkę, a później staję naprzeciw tablicy z nieco zdezelowaną srebrną obręczą, na której wiszą resztki metalowej siatki. Odbijam spokojnie piłkę i po chwili robię zwód. Skaczę wysoko i rzucam. To moje „boiskowe niebo”. Jest wspaniale.

piłka obręcz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mistrzowski Flat Top Imana Shumperta

Flat-Top to popularna fryzura wzorowana na modnych w latach 80-tych „hi-topach”, które nosili Afroamerykanie. Fryzura ta wyróżnia się dobrze wystrzyżonymi bokami na głowie, natomiast włosy na górze są zdecydowanie dłuższe. Fryzury typu „hi-top” były symbolem Złotej Ery Hip-Hopu w latach 80-tych i na początku lat 90-tych.

 Taką właśnie fryzurą wyróżnia się w lidze NBA Iman Shumpert, który jest zawodnikiem drużyny Cleveland Cavaliers. Jego fryzura bynajmniej nie jest czystym przypadkiem i sam zawodnik chętnie to udowadnia.

College

 Shumpert dostał się do NBA w drafcie 2011 roku, kiedy to został wybrany z 17 numerem w pierwszej rundzie. Wychowany w mieście Oak Park nieopodal Chicago, Iman od najmłodszych lat grywał w koszykówkę. Najczęściej ze swoimi starszymi braćmi. W szkole podstawowej natomiast jego dobrym kolegą był Evan Turner, który aktualnie gra w Boston Celtics. Iman i Evan często razem grali jeden na jednego. Charakterystyczną cechą gry Shumperta niemal od zawsze była jego dobra gra w obronie. Iman po prostu nie pozwalał sobie na to, żeby źle bronić i właśnie dzięki temu, że posiadał tą cechę pomogło mu to w jego późniejszej koszykarskiej karierze. Ale gra w obronie bynajmniej nie była jego ulubionym elementem gry. Iman po prostu nie znosił kiedy przeciwnicy zdobywali punkty, kiedy on akurat bronił dostępu do kosza.

W swoim pierwszym sezonie w college’u Georgia Tech Iman zdobywał średnio 10.6 pkt, 3.9 zbiórki, 5 asyst i 2 przechwyty na mecz w 31 meczach sezonu. Był więc wyróżniającym się zawodnikiem. W swoim drugim sezonie gry na Uniwersytecie w Georgii nieco pogorszył swoje statystyki, ale już jako zawodnik trzeciego roku studiów jego średnie to 17.3 pkt, 6 zbiórek, 3.5 asysty i 2.7 przechwytu na mecz. Właśnie wtedy młody zawodnik zdecydował, że weźmie udział w drafcie do ligi NBA.

Artyzm

Zanim przejdę do kariery Shumperta w NBA, warto żebym wspomniał o tym, że chyba największą pasją Imana poza koszykówką od zawsze była muzyka. Iman lubił słuchać rapu i jak sam twierdzi najlepszym okresem dla tej muzyki były lata 90-te minionego stulecia. Mając kilkanaście lat czasami rapował wśród kolegów, którzy doceniali jego umiejętności. Jakiś czas później, już będąc zawodnikiem ligi NBA zaczął nagrywać swoje utwory, których można posłuchać na YouTube. Utwory takie jak: „Shumpman” i „Anarchy” to kawałki rapera o pseudonimie 2wo 1ne, który obrał sobie Shumpert.

Oprócz zamiłowania do muzyki Rap jest także fanem sztuki w każdej postaci. Pisze nie tylko utwory rapowe, ale zdarza mu się też pisać od czasu do czasu wiersze i malować, choć przyznaje, że jest w tym okropny, stara się więc malować swoje obrazy za pomocą słów, w czym jest zdecydowanie lepszy. Owocem tej pasji jest nagrany przez Shumperta mixtape „Th3 #Post90s”, którego można posłuchać na jego oficjalnym kanale na stronie YouTube.

Shumpert w swoich utworach zwykle opowiada o tym przez co przeszedł i nie udaje nikogo kim nie jest. Stara się poprzez swoja muzykę po prostu pokazywać prawdziwego siebie.

Pierwsze sezony w NBA i charakterystyczna fryzura

Shumpert w swoim debiutanckim sezonie w NBA zdobywał średnio 9.5 pkt, 3.2 zbiórki, 2.8 asysty i 1.7 przechwytu, co nie czyniło z niego co prawda zawodnika wybitnego, ale jednak solidnego. Wiele razy demonstrował swoja moc, kiedy pakował piłkę z wyskoku wprost do obręczy z ogromna siłą. Jako debiutant naprawdę pokazał się z bardzo dobrej strony i to właśnie on wiele razy miał znaczący wpływ na wyniki nowojorskiej drużyny.

W kolejnych sezonach jednak nie poprawił swoich statystyk, a to za sprawą kontuzji, która wykluczyła go z gry na kilka miesięcy. Po powrocie do gry Iman nie był już tym samym pewnym siebie zawodnikiem, którym okazał się być w swoim debiutanckim sezonie w lidze NBA.  Nie ma się jednak czemu dziwić. Powrót do dawnej formy zajął mu sporo czasu i nie był łatwy. Mimo wszystko jednak zawodnikowi udało się wrócić do składu drużyny z Nowego Jorku i chociaż zaliczał na swoje konto w trzecim sezonie gry tylko 6.8 pkt, 3 zbiórki i 1.7 asysty, to wciąż był ważnym ogniwem nowojorskiej ekipy.

Przy okazji Shumpert pojawiał się na parkiecie z coraz bardziej okazałą fryzura. Jego „Flat-Top” był już na tyle spory, że przy okazji czynił go zawodnikiem wyższym o kilka dobrych centymetrów. W rzeczywistości jednak zawodnik już przecież nie rósł, ale jego fryzura nie raz wywoływała okrzyki zachwytu, lub wręcz przeciwnie, zdecydowanej dezaprobaty nowojorskich fanów koszykówki w Madison Square Garden. Zawodnicy przeciwnych drużyn również nie raz wyrażali swoje różne opinie na temat fryzury zawodnika. Shumpert jednak kompletnie się tym nie przejmował i po prostu grał w koszykówkę.

Tatuaże

W międzyczasie przybywało także tatuaży na jego ciele. Był to między innymi tatuaż Batmana, który według Imana jest po prostu „super-bohaterem”, dobrą postacią, która pomaga ludziom i się z tym nie obnosi, działając w ukryciu. Shumpert w wielu wywiadach również mówił o tym, że każdy z nas może przecież być takim Batmanem i pomóc komuś, kto jest w potrzebie. Właśnie dlatego postanowił wytatuować sobie wizerunek Batmana.

Innym tatuażem, który zrobił sobie Iman już będąc zawodnikiem NBA jest podobizna Johnny’ego Bravo, który z kolei imponuje mu tym, że zawsze idzie za swoim celem. Iman ma również wytatuowane pięć przystanków metra w Chicago, które często przejeżdża, kiedy akurat jest w tym mieście, a które oddalone jest niedaleko jego rodzinnego Oak Park.

Nowe cele w Cleveland

Do sezonu 2014/15 Shumpert przygotowywał się bardzo solidnie. Często przebywał na siłowni i odbudowywał też swoją formę. W pierwszych 24 meczach sezonu 2014/15 jako zawodnik Knicks zdobywał średnio znowu 9.3 pkt, 3.4 zbiórki, 3.3 asysty i 1.3 przechwytu na mecz. Na przełomie grudnia i stycznia opuścił jednak 15 meczów. Właśnie wtedy, na początku stycznia 2015 roku został wytransferowany do Cleveland Cavaliers razem z J.R. Smithem.

W swoim pierwszym meczu w koszulce Cavaliers przeciwko Charlotte Hornets 23 stycznia 2015 roku, Shumpert zdobył 8 punktów, 2 zbiórki i 2 asysty. Pod koniec lutego zdobył 14 punktów, 10 zbiórek, 2 asysty i 2 bloki w meczu z Indianą Pacers. W ostatnim meczu tamtego sezonu przeciwko Wizards, Shumpert zdobył 18 punktów, 6 zbiórek, 2 asysty i 2 przechwyty.

W Play-Offach radził sobie również nieźle, w pierwszym meczu II rundy Play-Offs przeciwko Chicago Bulls zdobył 22 punkty, imponujące mecze rozegrał także przeciwko Hawks w finałach konferencji wschodniej, kiedy zdobył w drugim i trzecim meczu odpowiednio: 16 punktów i 4 zbiórki trafiając 6 z 11 rzutów i 15 punktów i 7 zbiórek trafiając 5 z 11 rzutów z gry.

W finale przeciwko Warriors jednak nie mógł odnaleźć właściwego rytmu i dopiero w piątym meczu zdobył 10 punktów, 5 zbiórek i 2 asysty, ale nie miało to już znaczenia, bowiem Cavaliers okazali się drużyną gorszą  i nie zdobyli mistrzostwa.

Mistrzowski Flat-Top

Czego nie udało się osiągnąć rok wcześniej, udało się zdobyć później. Shumpert podpisał latem nową umowę z Cavaliers i na mocy tego kontraktu zarobi 40 mln $ za 4 lata gry w Cleveland. W sezonie 2015/16 wciąż jednak nie był kluczowym zawodnikiem drużyny z Cleveland, zdobywając w sezonie regularnym tylko 5.8 pkt, 3.8 zbiórki i 1.7 asysty na mecz, ale miał kilka bardzo udanych meczów jak choćby ten ze stycznia 2016 przeciwko Timberwolves, którym rzucił 23 punkty, zdobywając przy tym 3 zbiórki i 4 przechwyty rzucając zza linii trzech punktów na 50% skuteczności (trafił 3 z 6 rzutów). Były też mecze w których zdobywał po kilkanaście punktów i w których jego gra odgrywała znaczącą rolę w odniesieniu zwycięstwa przez drużynę „Kawalerzystów”. Shumpert stał się po prostu solidnym zawodnikiem, który rzucał tylko wtedy kiedy trzeba, głównie koncentrując się na solidnej obronie.

Dzięki temu dołożył swoje do zdobycia przez ekipę z Cleveland w tym sezonie upragnionego mistrzostwa NBA. Jego najlepszy mecz z Play-Offs 2016 to czwarty mecz półfinału konferencji wschodniej z Atlanta Hawks, w którym zdobył 10 punktów, 3 zbiórki i 2 przechwyty trafiając dwa ze swoich dwóch rzutów za trzy punkty. W decydującym o mistrzostwie, siódmym meczu tych finałów spędził na parkiecie 19 minut zdobywając 6 punktów i zbiórkę. A kilka chwil później razem ze swoimi kolegami z drużyny otwierał już szampana ciesząc się ze zdobycia mistrzostwa NBA.

Być może Iman Shumpert nie jest supergwiazdą NBA i być może nie odgrywa w drużynie z Cleveland Cavaliers tak ważnej roli, jaką sam chciałby pełnić. Ale być może w przyszłym sezonie się to zmieni. Być może też jego fryzura wkurza niektórych fanów przeciwnych drużyn. Ale co by nie mówili o jego fryzurze ludzie, pewnej rzeczy nie mogą z pewnością zaprzeczyć: Flat Top Imana Shumperta od kilku tygodni z całą pewnością jest już mistrzowski.

(Na zdjęciu karta z wizerunkiem koszykarza z kolekcji Panini Court Kings)

iman shumpert court kings

 

 

 

 

 

 

Sezon letni w pełni

Dni są najdłuższe w roku, a słońce grzeje już na tyle mocno, że z całą pewnością powiedzieć można jedną rzecz: sezon letni wreszcie w pełni. Wiosną graliśmy wszyscy już trochę więcej i co najważniejsze- częściej, a forma jest zdecydowanie lepsza niż zimą. Rzucona w kierunku obręczy piłka częściej do niej wpada, kozłowanie sprawia wielką przyjemność, a bieganie nie męczy. To wszystko są znaki, że zaczęło się już lato.

 Każdy z nas, a wierzę i wiem doskonale, że jest nas całe mnóstwo, uwielbia tą porę roku. Latem możemy pozwolić sobie wreszcie na grę niemal codziennie, jeżeli oczywiście nie pada deszcz. Jeżeli tylko mamy na to chęć, to praktycznie niewiele może nas powstrzymać przed wyjściem z domu na boisko. Kiedy przejeżdżam przez park na rowerze bardzo często widzę na boisku już nie tylko grających dorosłych, ale także młodsze dzieciaki, które choć jeszcze nie mają wzrostu koszykarzy, to mimo wszystko próbują rzucać piłkę do obręczy i uczyć się kozłowania. To cieszy, bo kiedy dostrzegam mnóstwo ludzi grających w parkach wydaje mi się wtedy, że koszykówka powoli wraca do dyscyplin sportowych, które cieszą się największą popularnością w naszym kraju.

Ja przyłażę niemal codziennie na jakieś boisko i staram się doskonalić poszczególne elementy swojej gry. Ogarniam ostatnio głównie rzuty z dystansu, zależy mi, żeby rzucać coraz lepiej i z coraz lepszą skutecznością, ale w tym sezonie postanowiłem przyłożyć się też trochę bardziej do lepszego opanowania kozłowania, kilku trików, które staram się wciąż doskonalić i… (tak, tak) crossovera w stylu Iversona.

Latem gra w koszykówkę sprawia największą przyjemność, ale nie tylko dzięki pogodzie i pozytywnym zjawiskom atmosferycznym. Mieliśmy bowiem kilka tygodni temu za Oceanem Finały ligi NBA, które w tym sezonie wygrali Cleveland Cavaliers. Za nami też Draft. Jak co roku poznaliśmy nowych zawodników, którzy prosto z college’ów przeszli na zawodowstwo i będą uświetniać mecze na parkietach NBA swoją obecnością. Numerem 1 tego Draftu był Ben Simmons, który został wybrany przez Philadelphię 76ers, a wybrany z numerem 2 przez Lakersów to Brandon Ingram. Przez jakiś czas wydawało się, że wybierający jako trzeci klub Boston Celtics postawią na Buddy’ego Hielda, którego wytransferują od razu do Philadelphii 76ers w zamian za Jahlila Okafora. Tak się jednak nie stało, bowiem główny manager drużyny z Bostonu postawił na niskiego skrzydłowego z college’u w Kalifornii Jaylena Browna, natomiast wspomniany wcześniej Buddy Hield został wybrany dopiero z szóstym numerem przez New Orleans Pelicans. To chyba zresztą lepiej dla ekipy z Nowego Orleanu, jak i dla samego Hielda, bowiem jest już bardzo dobrze ukształtowanym zawodnikiem, który z miejsca, już od pierwszego sezonu gry powinien być solidnym wsparciem dla Anthony’ego Davisa. Hield i Davis mogą stworzyć wspólnie świetny duet.

Tuż przed draftem wszyscy dowiedzieliśmy się tez o transferze Derricka Rose’a z Chicago Bulls do New York Knicks. To chyba dobrze dla Rose’a, że otrzyma możliwość gry w nowej drużynie, ponieważ większość osób już od dawna twierdziło, że ten zawodnik w Chicago się wypalił. Zobaczymy zatem jak będzie wyglądać jego gra obok Carmelo Anthony’ego i czy w kolejnym sezonie fani w Nowym Jorku wreszcie będą cieszyć się udziałem swojej drużyny w Play-Offs.

  1 lipca zaczęli podpisywać też nowe umowy wolni agenci w NBA. Kevin Durant zmienił klub i przeniesie swoje talenty do Golden State Warriors, którzy są pierwszym kandydatem do zdobycia mistrzostwa w przyszłym sezonie.

Wolnych agentów z NBA, którzy podpisali nowe umowy jest w tym roku całe mnóstwo, nie będę jednak o nich wspominał, bo tego możecie dowiedzieć się z innych portali. Najciekawsze dla mnie zmiany klubów w tym okienku dla wolnych agentów to przejście Rajona Rondo do Chicago Bulls. Szczerze mówiąc to liczyłem na to, że Rondo zagra w New Orleans Pelicans. Moim zdaniem pasowałby do tej drużyny i mógłby wspólnie z Anthony  Davisem stworzyć świetny duet. Jeremy Lin  z kolei, którego również lubię zagra w Brooklyn Nets. W poprzednim sezonie odbudował się w Charlotte Hornets i grał zdecydowanie lepiej. Ciekawe jak będzie wyglądać jego gra w nowym sezonie i czy szał ”Linsanity” powróci do Nowego Jorku, ale tym razem w okolice Brooklynu. Cieszy mnie też zmiana barw klubowych Setha Curry’ego, który z Sacramento przeniesie się do Dallas Mavericks. Być może tam będzie miał więcej okazji do zaprezentowania swoich umiejętności niż miał w zeszłym sezonie w drużynie z Kalifornii, gdzie trener George Karl nie dawał mu zbyt wielu minut gry.

Wspaniała pogoda, weselsi ludzie na ulicach i w parkach, lepsza forma i więcej energii do wszystkiego. Właśnie to daje nam lato. Sezon letni to idealny czas również do tego, żeby na przykład wybrać się na nowe, nieznane nam wcześniej boiska do koszykówki. Możemy co prawda nadal grać w swoich ulubionych miejscach, ale warto chyba również czasem przejechać się gdzieś dalej z piłką pod pachą i sprawdzić inne ciekawe miejscówki do gry w koszykówkę, których w większych miastach jest całe mnóstwo.

Ja na przykład zamierzam wybrać się przynajmniej do dwóch parków, które znajdują się w innych dzielnicach. Już od jakiegoś czasu chciałem sprawdzić jakieś nowe miejsca do gry i mam nadzieję, że w tym roku dam radę. Poza tym zawsze w nowych miejscach poznaje się nowych ludzi, z którymi można zagrać i to również jest bardzo pozytywne.

Korzystajmy więc z darów lata, które jest przecież tylko raz w roku. Grajcie jak najczęściej, trenujcie różne elementy gry, także te, a może przede wszystkim te, które sprawiają Wam najwięcej trudności, aby w tym sezonie letnim stać się jeszcze lepszymi koszykarzami. Właśnie tego życzę Wam, a także sobie. Korzystajcie więc z uroków lata. To najlepszy czas na grę w koszykówkę.

sezon letni nowy 6 nowe

 

 

 

 

 

 

Koszykarskie miejscówki

Gram w koszykówkę od kilku lat znowu regularnie i przez ten czas miałem okazję rzucać piłką do obręczy w wielu miejscach. Najczęściej gram na okolicznych boiskach nieopodal mojego osiedla, ale zdarza mi się co jakiś czas poznawać nowe miejsca. O kilku z nich napiszę parę słów.

 Pierwszym boiskiem, na które zacząłem przychodzić po swojej wieloletniej przerwie od gry w koszykówkę było boisko, które powstało jako pierwsze na moim osiedlu. Był chyba rok 1993 kiedy dwa kosze stanęły na niewielkim placu wokół bloków przy ulicy Okocimskiej na warszawskiej Woli. Właśnie tam w latach 90-tych szaleństwo koszykówki ogarnęło wielu chłopaków z naszego osiedla. Ludzi chętnych do gry przychodziło w to miejsce wtedy całe mnóstwo. Było nas tylu, że przez całe dnie zawsze ktoś grał na tym boisku w wiosennych i letnich miesiącach.

Niemal dwadzieścia lat później odnowiłem w sobie pasję do grania i pierwszym boiskiem na które zacząłem przychodzić i trenować rzuty osobiste było właśnie to boisko.

Nie wyglądało już tak okazale jak w czasach swojej świetności. Szczerze mówiąc to tablice i obręcze były po prostu zdezelowane. Konstrukcje pokrywała rdza. Ale mnie to nie przeszkadzało. Na tym właśnie boisku odnawiałem swoją pasję.

boisko stare

Dwa lata temu jednak spółdzielnia mieszkaniowa postanowiła to boisko zlikwidować (jeżeli można było jeszcze nazwać je boiskiem) i zrobić na tym placu parking. Usunięto więc stare konstrukcje i tablice do gry w koszykówkę, czego niestety nie rozumiem. Zamiast zrobić przyjemność wszystkim, którzy lubią aktywne spędzanie czasu i odnowić stare boisko, co można było przecież wykonać niewielkim kosztem, postanowiono w miejscu starego boiska stworzyć…parking.

Dobrze, że na moim osiedlu jest jeszcze drugie boisko na którym można pograć w koszykówkę i o nim właśnie teraz kilka słów. Na boisku przy ujęciu wody oligoceńskiej grywałem sporo w siódmej i ósmej klasie szkoły podstawowej mając kilkanaście lat. Tam właśnie nauczyłem się gry w „21”, którą do dziś bardzo lubię. A boisko na które czasami wpadam wygląda tak:

wielkanoc boisko 2

 

Kolejnym miejscem, którym się zafascynowałem było odnowione boisko przy kościele Mormonów nieopodal zbiegu ulic Redutowej i Wolskiej. Ucieszyłem się, kiedy dwa lata temu zobaczyłem dwie nowe konstrukcje z czerwonymi obręczami i co ważne z przyczepionymi do nich siatkami. Linie na betonowym placu pomalowano na zielono. Zacząłem przychodzić więc ze swoją piłką również tam i grać. Boisko to wygląda tak:

boisko mormonów

Mam swój ulubiony park na warszawskiej Woli i to właśnie w tym parku najczęściej gram. Boisko co prawda pokrywa zwykły asfalt, ale cztery konstrukcje, które postawiono tu wiele lat temu są bardzo porządnie wykonane i grać w tym parku można niemal przez cały rok. W wiosenno-letnich miesiącach przychodzi na ten plac w parku sporo osób, latem najczęściej wieczorami, kiedy nie jest już tak gorąco. Przychodzą na to boisko często też starsi koszykarze z mojej dzielnicy. Na zdjęciach zobaczyć można jak wygląda to miejsce wiosną, latem, jesienią i zima, tyle, że…bez śniegu.

boisko park noweblog poemunikalność boisk zdjęcieboisko park zima

boisko-w-parku-5-blog

Wymieniając moje ulubione koszykarskie miejscówki nie mogę nie wspomnieć o boisku przy ulicy Baonu Zośka. To boisko bowiem jest moim ulubionym miejscem do gry. Właśnie tam przyjemny cień drzew i stojących nieopodal niskich bloków, który pojawia się latem w godzinach popołudniowych sprawia, że klimat tego miejsca jest po prostu wyjątkowy. W poprzednich latach, a także i w zeszłym roku przychodziło na to boisko sporo osób i bardzo często można było wziąć udział w meczach 5 na 5. W tym roku jak do tej pory przychodzi jakby mniej osób i zdecydowanie rzadziej, ale sezon dopiero niedawno się zaczął, więc kto wie, może jeszcze i to miejsce wróci do swoich czasów świetności.

boisko zośka

 Miejscem, które również bardzo sobie cenię jest boisko szkolne przy ulicy Brożka. To właśnie tam przychodzę często ze swoim synem, aby zagrać na pełnym luzie 1 na 1. Syn co prawda dopiero uczy się gry w koszykówkę, ale rozegraliśmy już wiele zaciętych meczów.

Na tym właśnie boisku stoi też stary klon, który w popołudniowych godzinach daje latem przyjemny cień, dzięki któremu jest trochę chłodniej i gra jest jeszcze przyjemniejsza.

sezon letni 2

Wspomniane wyżej boiska to moje ulubione miejsca do gry w koszykówkę. A czy Wy macie jakieś swoje ulubione boiska?