Czekając na celny rzut

To było trzy lata temu, jakoś w połowie czerwca. W salonie prasowym przykuł moją uwagę amerykański magazyn o koszykówce. Wziąłem go do ręki i zacząłem przeglądać. Na którejś ze stron był artykuł o Gregu Monroe z Detroit Pistons. Zacząłem czytać.

Nie pamiętam już dokładnie o czym był tamten artykuł, w każdym razie na pewno przedstawiał sylwetkę Grega Monroe.  Przejrzałem cały magazyn i wyszedłem z salonu. Kiedy stałem na przystanku w powrotnej drodze do domu ogarnęła mnie zupełnie niespodziewanie niesamowita chęć gry w koszykówkę, która była do tego stopnia wielka, że myślałem o tym jak rzucam do kosza przez całą drogę powrotną autobusem do domu.

Jednak gdzieś w głębi myślałem też sobie: „Co? Ja? Ja niby miałbym ZNOWU grać w kosza? Mam 30 lat, cztery miesiące temu ledwo chodziłem, mam zerową kondycję. Daj sobie spokój stary…To już nie dla Ciebie. Za stary jesteś na to.”

Kiedy wszedłem do domu zrobiłem tylko jedną rzecz: przebrałem się w jakieś luźne ciuchy i wyciągnąłem z szafy swoją starą piłkę. Poszedłem prosto na boisko, które znajdowało się nieopodal mojego bloku.

Wszedłem na boisko i stanąłem na linii rzutów osobistych. Wykonałem ruch, który miał na celu rzut do kosza. Rzuciłem. Piłka nie doleciała do obręczy. Podniosłem ją i stanąłem na linii rzutów osobistych jeszcze raz. Wykonałem mocniejszy zamach ręką i rzuciłem. Tym razem piłka doleciała już do obręczy, ale do kosza nie wpadła.

Tamtego dnia stawałem na linii rzutów osobistych jeszcze kilkanaście razy. Zmęczony wróciłem do domu i schowałem piłkę do szafy.

Następnego dnia stałem znowu na boisku na linii rzutów osobistych. Rzucałem i nawet zacząłem trafiać. W Internecie zacząłem znowu czytać o lidze NBA, którą kiedyś uwielbiałem, zacząłem przeglądać różne strony o koszykówce, sprawdziłem też kogo wybrały poszczególne kluby w Drafcie 2012 do NBA. Pamiętam, że z pierwszym numerem wybrany został wtedy Anthony Davis przez drużynę New Orleans Hornets, którzy teraz nazywają się Pelicans.

Tamtego lata chodziłem na boisko rzucać osobiste co drugi dzień. Patrzyłem na swoją lecącą wysoko pomarańczową piłkę, która coraz częściej wpadała w obręcz.  Rzucałem i rzucałem, a kiedy to robiłem wyobrażałem sobie, że gram w meczu, w prawdziwym meczu koszykówki. Patrzyłem na siebie z dystansu oczami wyobraźni i widziałem jak biegnę, jak kozłuję piłkę, podaję do zawodnika z mojej drużyny, który zdobywa punkty. Wszyscy klaszczą, cieszą się.

Ale to była tylko moja wyobraźnia. Spojrzałem wokoło i widziałem tylko betonowe bloki, stojąc tak samemu pośrodku boiska.

Lato się skończyło, a ja przestałem przychodzić na boisko. Pogoda zrobiła się nieciekawa. Co jakiś czas czytałem w necie najświeższe wiadomości o NBA i śledziłem na bieżąco wyniki meczów. Czytałem o koszykówce wszystko co mi wpadło w ręce. Zacząłem też czytać stare wydania magazynu „Magic Basketball”, który ukazywał się kiedy byłem nastolatkiem. Cieszyłem się jak dziecko, kiedy natknąłem się na artykuł o Muggsy’m Boguesie, najniższym w historii koszykarzu w NBA. To był  numer ze stycznia 1995 roku. Pamiętam, że był to mój pierwszy numer tego magazynu, który przeczytałem, mając wtedy 13 lat.

Następnego lata znowu zacząłem chodzić na boisko. Rzucałem już trochę lepiej. Gdzieś w głębi myślałem, że jeżeli będę systematycznie trenował, choćby samemu, to może zagram kiedyś jeszcze w prawdziwym meczu. Przychodziłem więc na boisko znowu,  doskonaląc  swój rzut osobisty, zacząłem też stopniowo rzucać z półdystansu i szybciej kozłować piłką, robiłem po prostu typowy drybling. Po roku śledzenia wiadomości o NBA miałem tez już znowu swoje ulubione kluby i ulubionych zawodników.

Któregoś dnia zauważyłem, że znowu mam biceps. Nie był może zbyt duży, ale pojawił się znowu na moim ręku. Ucieszyłem się.

Na jesieni zacząłem oglądać znowu mecze NBA. To było coś niesamowitego! Patrzyłem jak Ci sportowcy robią z piłką rzeczy, które kiedyś już widziałem. Z tego co pamiętam, to było jeszcze w latach 90-tych. Tak, to wtedy, kiedy karta z Allenem Iversonem stała na moim biurku przez kilka lat w tym samym honorowym miejscu.

Kupiłem trudno dostępną książkę Reda Auerbacha o koszykówce. Polubiłem drużynę Minnesoty Timberwolves, a jakiś czas później Philadelphii 76ers. W latach 90-tych lubiłem Mugggsy Boguesa z Charlotte Hornets, więc siłą rzeczy polubiłem także i tą drużynę.

Wiosną kolejnego roku oglądałem Play-Offy, w których Marcin Gortat ze swoimi Washington Wizards dotarli do II rundy.

Pogoda zrobiła się znowu ładna, więc zacząłem  chodzić na boisko. Czułem już, że jestem lepszy. Bez problemu dorzucałem do kosza z linii osobistych, ba, trafiałem czasem nawet 7-8 rzutów na 10! Rzucałem tez z półdystansu i też już trafiałem, choć z nieco mniejszą skutecznością.

Któregoś dnia, kiedy rzucałem z półdystansu trafiłem 8 na 10 rzutów. Wtedy pojawiła się ta myśl. Przypomniałem sobie siebie stojącego dwa lata wcześniej na boisku i marzącego o grze w drużynie. Kiedy wróciłem do domu, zacząłem szukać w necie informacji o jakichś drużynach które amatorsko grają w kosza. Znalazłem amatorską ligę i trochę kontaktów na Facebooku. Odezwałem się do kilku osób.

Otrzymałem kilka odpowiedzi, w tym od zawodnika jednej z drużyn amatorskiej ligi. Zaprosił mnie na trening.

Pod koniec maja pojechałem na swój pierwszy od lat normalny trening. Po przebiegnięciu całego boiska w tą i z powrotem jakieś cztery, może pięć razy na meczu treningowym nie miałem już siły. Nie poszło mi więc tak jakbym chciał i wróciłem do domu zrezygnowany. Wciąż jednak chodziłem sam na boisko i rzucałem, rzucałem…Patrzyłem jak piłka wpada do kosza. Nadal chciałem grać w drużynie.

Dwa miesiące po swoim pierwszym treningu poszedłem pograć z chłopakami z drużyny jeszcze raz. Cóż, rewelacji tym razem też nie było, ale starałem się jak mogłem.

Nowy sezon zaczynał się na jesieni. Czułem, że chcę grać.  Nie ukrywam też, że bałem się jak cholera. Oni wszyscy byli silniejsi, więksi, szybsi, nie wspominając już o kondycji. Mimo wszystko zdecydowałem, że spróbuję. Pod koniec września poszedłem na kolejny trening i dostałem się do drużyny. Wybrałem sobie numer „53” na koszulce.

Parę dni później wystąpiłem w swoim pierwszym meczu w lidze. Zagrałem dokładnie 1 minutę. Dla mnie ta minuta to było jednak coś wielkiego. Poczułem się niesamowicie.

Całą jesień i zimę trenowałem grę chodząc do szkolnych sal w ramach akcji „Otwarte Sale”.  Trenowałem rzuty z dystansu, osobiste, drybling, nauczyłem się też rzucać zza linii za „3” i nawet nieraz trafiałem.

Od mojego pierwszego meczu w lidze w którym zagrałem przez minutę minęło pół roku. Od tamtej pory wystąpiłem może w dwunastu meczach, a w jednym grałem nawet przez 32 minuty. Biegam szybciej, lepiej rzucam, mam więcej siły.

Nie zdobyłem jeszcze punktów w meczu w lidze.  Założyłem za to koszykarskiego bloga i zacząłem pisać artykuły o zawodnikach z NBA na dwóch portalach. Wciąż czekam na swój pierwszy  celny rzut.

EDIT: 28 listopada 2015 roku w meczu ligi WNBA pomiędzy drużynami Yelonky-Erbol, w którym był wynik 104:24 zdobyłem swoje pierwsze 2 punkty w lidze amatorskiej jako zawodnik drużyny „Yelonky”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s