Karty NBA, Brett Szabo i (nie) spełnione marzenie

W latach 90-tych, kiedy miałem czternaście, może piętnaście lat zbierałem karty NBA. Zresztą nie tylko ja, nie znam nikogo kto interesując się wtedy koszykówką NBA nie miałby w swojej kolekcji choć kilkudziesięciu kart.

Byłem wtedy chyba w szóstej klasie szkoły podstawowej kiedy w kioskach któregoś dnia pojawiły się karty NBA Upper Deck z wizerunkiem Michaela Jordana. Mnie i moich kumpli ze szkoły ogarnął wtedy szał. Nie wierzyliśmy w to, co zobaczyliśmy w kiosku. No i zaczęło się.

Kupiłem swoja pierwszą paczkę z kartami. Dzisiaj już nie pamiętam kogo trafiłem w tej pierwszej paczce, w każdym razie wtedy po parkietach NBA biegał jeszcze Charles Barkley, Hakeem Olajuwon, Scottie Pippen, Dennis Rodman, a debiutantami byli między innymi Kevin Garnett, Allen Iverson czy Kobe Bryant. Tak, z tego słynnego draftu do ligi NBA pamiętam jeszcze Stephona Marbury’ego z Minnesoty Timberwolves, który też był moim ulubionym zawodnikiem. Ale karty z którymkolwiek z tych graczy nie trafiłem, bowiem w serii, która ukazała się wtedy w kioskach nie było jeszcze tych młodych kotów. Dopiero  kiedy rok później, jakoś w ’97 roku mój kumpel przywiózł ze Stanów trochę kart ze swojej kolekcji zobaczyłem na kartach z serii Fleer sylwetki Iversona, Marbury’ego i Kobego Bryanta. Kartę z Iversonem do dziś mam, stała zresztą przez kilka lat na moim biurku na honorowym miejscu i była swego rodzaju moim motywatorem. Kiedy patrzyłem na nią od razu miałem ochotę wyjść z domu i pograć w kosza.

Po jakimś czasie miałem już w swojej kolekcji dość pokaźną liczbę kart, sporo z nich mi się powtarzało, ale tymi którymi mogłem wymieniałem się od razu z kumplami ze szkoły. Jakoś dwa lata po tym jak zacząłem zbierać karty NBA miałem w swojej kolekcji już ponad tysiąc kart. Pamiętam też, co zresztą jest dość oczywiste, że najbardziej zależało mi na kartach z zawodnikami których lubiłem najbardziej, a wśród nich byli między innymi: Allen Iverson, Dennis Rodman, Kobe Bryant, wspomniany już Marbury, Sam Cassel i Mike Bibby. Tego ostatniego zawodnika nie udało mi się trafić w żadnej paczce nigdy.

Jednak poza tymi najlepszymi zawodnikami w lidze ja lubiłem tez karty z mniej znanymi zawodnikami. I tutaj musze wspomnieć o pewnym zawodniku, którego kartę mam w swojej kolekcji do dziś i nigdy nie chciałem jej oddać w jakichkolwiek „transakcjach” z kumplami, kiedy wymienialiśmy czasem jedną kartę z jakimś lepszym zawodnikiem na dwie, lub trzy karty z mniej znanymi zawodnikami. Kartą, której nigdy nie chciałem się pozbyć była karta z Brettem Szabo z Boston Celtics. Tak, z Brettem Szabo! Nie znacie go? Niemożliwe!

Otóż Brett Szabo zagrał w drużynie z Bostonu w sezonie 1996/97 i wystąpił w sumie w 70 meczach sezonu regularnego.  Zawodnik ten zwrócił moją uwagę swoim wyglądem. Po prostu. Brett Szabo miał bujną czuprynę i wyglądał bardziej na studenta informatyki niż koszykarza w najlepszej lidze świata, a do tego nosił charakterystyczne gogle. A więc, umówmy się, nie wyglądał na kogoś, kto gra w NBA. W dodatku był biały. Szabo nosił na koszulce numer 43 i nie myliłem się co do jego umiejętności koszykarskich, bowiem  kluczowym zawodnikiem to on raczej nie był. Ale grał i był częścią drużyny z Bostonu. W ciągu 70 meczów w których zagrał zdobywał średnio 2.2 punktu i 2.4 zbiórki na mecz, występując średnio po kilka minut. Ale mnie Szabo jednak czymś ujął. Chyba tym, że pomimo nieco odbiegającego od reszty zawodników ligi wyglądu dawał radę. No i grał w okularach, a ja już wtedy też nosiłem okulary. Myślałem sobie, że skoro taki Brett Szabo może grać w NBA, to czemu ja nie miałbym kiedyś dostać swojej szansy? Oczywiście nie w NBA, spokojnie… Postanowiłem wtedy, że spróbuję dostać się do liceum ogólnokształcącego o profilu sportowym, chciałem po skończeniu szkoły podstawowej uczyć się w klasie sportowej o profilu koszykarskim.

W ósmej klasie szkoły podstawowej zacząłem sporo trenować, wiosną nie przychodziłem nawet czasami na pierwszą, lub dwie pierwsze lekcje, żeby rano pójść na boisko i trenować rzuty. Miałem już ogarniętą sytuację ze wszystkimi przedmiotami oprócz matematyki, więc mogłem sobie na coś takiego pozwolić, choć przyznaję, opuszczanie lekcji zbyt mądre nie było.  Ale cóż, pasja to pasja i musiałem poświęcić cos kosztem czegoś.

A więc trenowałem i trenowałem. W końcu przyszedł dzień egzaminów sprawnościowych w liceum im. Juliusza Słowackiego. Kiedy wszedłem na boisko oprócz mnie było jeszcze dwudziestu czterech chłopaków. Większość wyższa ode mnie, ja miałem wtedy około 172 cm. Trener, który nas rekrutował kazał stanąć wszystkim na linii półdystansu i rzucać po kolei. Każdy miał po trzy rzuty. Nie trafiłem żadnego. Kolejnym ćwiczeniem było kozłowanie w miejscu i pod nogami. Tu poszło mi znacznie lepiej i nie zgubiłem nawet piłki. Później kozłowanie w biegu i rzuty za 3 punkty. Tym razem zgubiłem piłkę i to chyba nawet dwa razy, a za „trzy” nie trafiłem ani razu. Z tego co pamiętam trener sprawdzał jeszcze jak szybko biegamy i musieliśmy przebiec boisko w tą i z powrotem kilka razy. Byłem chyba czwarty. Na koniec każdy miał rzucić dwa osobiste. Stanąłem na linii. Trener podał mi piłkę i…popełniłem wtedy chyba najgorszy błąd z możliwych. Podczas rzutu podskoczyłem. Nie wiem dlaczego. Po prostu. Rzuciłem osobistego z wyskoku.

Tym rzutem przekreśliłem swoją karierę w klasie sportowej liceum imienia Słowackiego. Ale myślę, że i tak bym się tam nie dostał. Z 25 zawodników, którzy byli tam wtedy razem ze mną trener wybrał…jednego. Był najwyższy z nas wszystkich, miał dobrze ponad 190 centymetrów wzrostu. Pamiętam, że po tym teście na jakiś czas obraziłem się na koszykówkę. Przestałem grać przez kilka tygodni i nie kupowałem kart NBA.

Egzaminy z przedmiotów szkolnych, z polskiego i z matematyki zdawałem kilka tygodni później już do innej szkoły. Zdałem. I pamiętam, że byłem naprawdę szczęśliwy.

Po jakimś czasie znowu zacząłem przychodzić na boisko i grać z kolegami w kosza. Znowu też zbierałem karty NBA. Nigdy więcej też już nie podskoczyłem przy wykonywaniu rzutu osobistego.

A co z Brettem Szabo? Po rozegraniu jednego sezonu w NBA drużyna z Bostonu nie przedłużyła z nim kontraktu. Grał później w lidze CBA, a także w lidze niemieckiej, belgijskiej i słowackiej.

Ja natomiast w swojej kolekcji mam nadal sporo kart NBA, w tym także tą z Brettem Szabo. A w koszykówkę gram dalej.

karty nba

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s