Koszykarskie pisma

Pierwszy raz miesięcznik „Magic Basketball” trzymałem w rękach w styczniu 1995 roku. Był to chyba już czwarty numer tego pisma, które zaczęło ukazywać się w październiku 1994 roku, a więc trzy miesiące wcześniej. Pamiętam, że na okładce był Tim Hardaway, który wtedy grał jeszcze w Golden State Warriors. Ten mój pierwszy numer pisma „Magic Basketball” przeczytałem cały, strona po stronie, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę taki miesięcznik o mojej ukochanej koszykówce NBA powstał.

W tym właśnie numerze pisma „Magic Basketball” znalazłem też artykuł. Nie był to dla mnie zwykły artykuł. Uwielbiałem wtedy Muggsy Boguesa z Charlotte Hornets, prawie trzydziestoletniego wtedy koszykarza o wyglądzie nastolatka. Muggsy mierzył dokładnie 159 cm wzrostu. Ja miałem wtedy metr pięćdziesiąt trzy, a więc do Muggsy’ego brakowało mi jeszcze sześciu centymetrów.

Kiedy zobaczyłem wspomniany artykuł o Muggsym dosłownie oszalałem z radości. Artykuł był dość obszerny, zajmował cztery strony i oprócz historii tego koszykarza był tam też opublikowany wywiad z Muggsym.

Trzymałem w rękach więc ten swój pierwszy numer najfajniejszego pisma jakie mogłem wtedy sobie wymarzyć i czytałem, czytałem…

„…o, Shawn Bradley…jaki wielki ten Shawn Bradley!”- myślałem sobie.

„…a to kto? Gheorghe Muresan? Jeszcze większy! To można tak urosnąć? 77 na koszulce? Dziwny numer…”

„…koszykarz z ufarbowanymi włosami? Dennis Rodman…Przedziwny typ…”

„…draft? A co to jest ten draft?”

Czytając zakochiwałem się w lidze NBA, w koszykówce i w tym piśmie coraz bardziej. Błyszczący, pachnący jeszcze drukarnią papier, mnóstwo kolorowych zdjęć zawodników z NBA i ja w swoim pokoju, kompletnie pochłonięty magią ligi NBA o której wreszcie mogłem się tyle dowiedzieć.

W „Magicu” zamieszczane były również plakaty z koszykarzami. Oblepiałem nimi cały pokój, miałem je przyklejone nawet na suficie. Kiedy rano budziłem się i otwierałem oczy witał mnie rzucający Michael Jordan i zbierający kolejną piłkę z tablicy Dennis Rodman.

Pismo „Magic Basketball” kupowałem od tamtej pory już regularnie. Każdy numer to było dla mnie święto, wyczekiwałem aż  pojawi się kolejny numer i jak tylko dowiedziałem sie od kolegów ze szkoły, że już jest, biegłem jak szalony do kiosku, kupowałem a później wpadałem do domu i zamykałem się w pokoju wertując strona po stronie to najfajniejsze pismo na świecie, z którego dowiadywałem się wciąż nowych rzeczy o zawodnikach z najlepszej koszykarskiej ligi świata.

Wiem, że nie byłem jedynym takim wielbicielem popularnego „Magica”. Oprócz mnie było takich zakochanych w tym piśmie chłopaków (i dziewczyn) w Polsce tysiące. To były lata 90-te, kiedy jedynym źródłem wiadomości o lidze NBA było właśnie pismo „Magic Basketball”. W każdy piątek popołudniu w programie drugim TVP pokazywali retransmisje jakiegoś meczu NBA. Zdarzało się kilka razy, że dzień lub dwa dni wcześniej w kioskach pojawiał się też „Magic Basketball”. Wtedy specjalnie odkładałem gdzieś na półkę kupiony wcześniej najnowszy numer pisma i czekałem na piątek, kiedy po meczu na „dwójce” przeczytam sobie mój ulubiony koszykarski magazyn. Robiłem sobie wtedy takie małe koszykarskie święto. Po obejrzeniu meczu i przeczytaniu najnowszego numeru byłem tak pozytywnie nakręcony, że brałem piłkę do kosza i szedłem na boisko. Rzucając wyobrażałem sobie, że to ja jestem Muggsy Boguesem i że gram w stroju drużyny „Szerszeni” z Charlotte z „jedynką” na koszulce.

Jakiś czas później, a dokładnie była to chyba wiosna 1996 roku w kioskach pojawiło się kolejne pismo o koszykówce NBA. Tym razem był to „Pro Basket”. Tytuł ten różnił się nieco warstwą merytoryczną od miesięcznika „Magic Basketball”, artykuły o lidze NBA były bowiem pisane w nieco luźniejszy sposób. W „Magic Basketball” dominowały artykuły pisane w bardziej poważnej formie, natomiast „Pro Basket” przypominał nieco magazyn bulwarowy. Więcej było w nim kolorowych zdjęć na pół, lub na całą stronę, można było znaleźć w „Pro Baskecie” też kilka stron z „newsami” podanymi również raczej w luźnej formie, nie dotyczyły one bowiem zawsze samej koszykówki, ale można było się z tych newsów dowiedzieć na przykład o tym jaki nowy samochód kupił sobie Shaquille O’Neal, albo co uwielbia jeść w restauracji Karl Malone z Utah Jazz.

Pomimo tego polubiłem także „Pro Basket”, który kupowałem w miarę regularnie, tu jednak była z tym pewna trudność, ponieważ o ile w piśmie „Magic Basketball” zwykle na trzeciej stronie zawsze znajdowała się informacja o tym kiedy dokładnie ukaże się kolejny numer, o tyle wydawca „Pro Basketu” o tym już nie informował swoich czytelników. Zdarzały się „Pro Basketowi” też „obsuwy”, w wyniku czego parę numerów po prostu przegapiłem nie wiedząc, że magazyn jest już dostępny w kiosku.

Z tych pism w latach 90-tych czerpałem całą wiedzę o ówczesnej NBA, z nich dowiedziałem się co to jest Draft do ligi NBA, w nich poznałem swoich pierwszych ulubionych zawodników NBA i dzięki tym właśnie pismom rozwinęła się moja pasja do koszykówki. Zdecydowanie bardziej lubiłem artykuły z pisma „Magic Basketball”, ponieważ historie poszczególnych zawodników ligi były pisane naprawdę świetnym piórem.

Dowiedziałem się z tych artykułów, że aby grać w koszykówkę dobrze, a nie tylko „nieźle” trzeba spędzać mnóstwo czasu na doskonaleniu poszczególnych elementów gry. Dowiedziałem się,  że Kevin Garnett całe lato spędzał sam w hali i przez kilka godzin dziennie ćwiczył swój rzut. Ja po jakimś czasie starałem się robić to samo. Chodziłem wtedy jeszcze do szkoły podstawowej i rano przed pójściem do szkoły wstawałem  często trochę wcześniej po to, żeby najpierw pójść z piłką na boisko i porzucać chociaż pół godziny. Bardzo często zostawałem na tym boisku dłużej i nie szedłem na pierwszą lekcję. Nie było to mądre, ale byłem wtedy już w ósmej klasie i wiosną mieliśmy większy luz, czekaliśmy już tylko na egzaminy do szkoły średniej. A ja oprócz nauki polskiego i matematyki ćwiczyłem często sam na boisku swój rzut.

Oprócz tych dwóch pism o lidze NBA, które trzymam na honorowym miejscu do dziś, w 2009 roku zaczął ukazywać się miesięcznik „MVP”. To było już dziewięć lat po tym jak ukazał się ostatni numer „Magic Basketball” i dziewięć lat po tym kiedy przestałem grać w koszykówkę. Nie wiem dlaczego odstawiłem pomarańczową piłkę na bok. Tak po prostu się stało i już. Nieważne. Ważne, że kupiłem to nowe pismo o NBA. Miesięcznik „MVP” przypomniał mi o tym, że koszykówka nadal istnieje. Ale nie tylko o tym. Znowu poczułem tą moc, którą poczułem będąc nastolatkiem. Znowu zacząłem interesować się koszykówką i ligą NBA. Sam też jakiś czas później znowu zacząłem grać w kosza. Czytając „MVP” poznawałem nowych zawodników i rozpoznawałem tych starych, którzy swoje kariery zaczynali kiedy ja miałem 16, 17 lat, a teraz te kariery już kończyli.

Miesięcznik „MVP” dał mi więc na nowo tą radość czytania o koszykówce którą czułem kiedyś. Podobnie jak wspomniane wcześniej „Magic Basketball” i „Pro Basket”, także „MVP” podzielił ich los i w 2014 roku przestał się ukazywać. Aktualnie działa za to portal internetowy. Miejmy nadzieję, że nieobecność papierowego wydania „MVP” jest tylko chwilowa. Ja trzymam kciuki za to, żeby w kiosku znów kupić magazyn o lidze NBA. I wierzę w to, że tak będzie.

Dziś czytam o koszykówce w Internecie. Czasami udaje mi się zdobyć amerykański miesięcznik „Slam” lub „Sports Illustrated”. Oprócz tego, że gram piszę też o pomarańczowej piłce. I czuję się z tym naprawdę fajnie.

pisma

 

 

 

Advertisements

One comment

  1. michałek · Czerwiec 2, 2015

    probasket propz. jak bylem w podstawowce kupowalem – mimo ze bylo bardzo drogie

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s