Mike Bibby ma metr osiemdziesiąt osiem

W 1998 roku w drafcie do ligi NBA z numerem 2 został wybrany przez drużynę Vancouver Grizzlies Mike Bibby. Rozgrywający Uniwersytetu Arizona to syn koszykarza Henry’ego Bibby’ego, który swoją koszykarską karierę zakończył już wiele lat wcześniej. Mike Bibby nosił na koszulce numer 10. Mike Bibby miał metr osiemdziesiąt osiem.

Pierwszy raz Mike’a Bibby’ego zobaczyłem w telewizji, kiedy jeszcze grał jako zawodnik college’u w Arizonie. Na boisku był bardzo szybki i zwinny, potrafił oszukiwać na parkiecie zawodników drużyny przeciwnej swoimi markowanymi podaniami i doskonale podawał do swoich kolegów z drużyny. Świetnie też rzucał za trzy. Swoim rzutem z dystansu naprawdę mi wtedy zaimponował. Nieczęsto ma się okazję oglądać zawodnika o białym kolorze skóry, który grałby w ten sposób i którego rzut byłby tak dopracowany. Oglądałem więc tamten mecz i myślałem sobie, że ten koleś musi spędzać na treningach naprawdę sporo czasu, żeby jego rzut był tak doskonały. Patrzyłem jak bez najmniejszych kompleksów rozgrywa piłkę, kozłuje trzymając  ją pewnym chwytem, markuje podanie i zamiast tego pewnie przebija się przez obronę przeciwnej drużyny wchodząc prawie pod sam kosz i zdobywa kolejne punkty dla Uniwersytetu Arizona.

Pomyślałem wtedy, że to jest to. To zawodnik, na którym mogę z pewnością się wzorować i zaczerpnąć z jego gry jak najwięcej, aby za jakiś czas moja gra choć w małym stopniu zaczęła przypominać jego grę. Powtórzę jeszcze raz: choć w małym stopniu.

Zdawałem sobie sprawę, że ja to nie Mike Bibby i że nigdy nie będę tak grał. Ale przynajmniej spróbuję i może coś z tego wyjdzie. Była jednak jeszcze jedna ważna rzecz, którą miał Mike, a której nie miałem ja. Był to wzrost. Mike mierzył dokładnie 188 centymetrów. Jak na koszykarza nie był więc wysoki. Ja miałem wtedy jakieś 173 centymetry. A więc brakowało mi do wzrostu Mike’a  jeszcze trochę.

Pomyślałem, że skoro mam 16 lat, to przecież jeszcze rosnę. Mam więc szansę, żeby te 15 centymetrów jeszcze urosnąć. Zastanawiałem się co zrobić, żeby urosnąć do upragnionego metra osiemdziesięciu ośmiu. Wiedziałem, że muszę dużo jeść, a raczej jeść odpowiednio. Zacząłem bardziej koncentrować się na tym co jem. Założyłem sobie zeszyt, w którym opracowałem dla siebie specjalną dietę, która miała spowodować mój  szybszy wzrost.

Przez pierwszy tydzień prowadziłem więc swoją „wzrostową dietę”. Przeczytałem też gdzieś nawet, że można spowodować szybszy wzrost poprzez ćwiczenia rozciągające. Zacząłem więc robić te ćwiczenia. Rozciągałem się, podskakiwałem wyciągając ręce, nawet po meczach koszykówki, które rozgrywaliśmy z chłopakami na naszym osiedlowym boisku specjalnie zostawałem jeszcze trochę sam i stawałem pod koszem, rzucałem piłkę o tablicę i skakałem po nią kilkanaście razy, tak, żeby jak najbardziej się rozciągnąć. Naprawdę wierzyłem, że to mi coś da. Tak bardzo chciałem być jak Mike Bibby.

Kiedy ja próbowałem jeszcze trochę urosnąć, Mike Bibby został wybrany w drafcie ’98 przez drużynę Vancouver Grizzlies. Dowiedziałem się o tym z sierpniowego numeru pisma „Magic Basketball”. Był to artykuł o Drafcie ’98 roku, w którym przedstawiana była pierwsza dziesiątka wybranych wtedy zawodników do ligi NBA. Przeczytałem artykuł o Mike’u i przypomniał mi się ten świetny w jego wykonaniu mecz, kiedy grał jeszcze w barwach Uniwersytetu Arizony. Ucieszyłem się, że teraz będę mógł oglądać jego grę w NBA.

Jakiś czas później w innym artykule o Mike’u, tym razem w piśmie „Pro Basket” przeczytałem, że aby utrzymać właściwą formę Mike trenuje codziennie rano 3 godziny, następnie idzie na lunch, odpoczywa,  a następnie ponownie wraca na boisko aby przez kolejne 2 godziny oddać 300 rzutów do kosza.

Mniej więcej wtedy poczułem, że chcę grać na serio. Chciałem grać nie tylko na podwórkowym boisku. Chciałem grać NAPRAWDĘ. Chciałem to robić profesjonalnie. Zapisałem się więc do klubu koszykarskiego. Zacząłem trenować koszykówkę w profesjonalnym sportowym klubie.

Odstawałem od reszty. Już na pierwszym treningu wiedziałem, że „oni są lepsi” i że „nie wiem jak to będzie”. Ale grałem. Przychodziłem na treningi i byłem szczęśliwy, że robię coś co naprawdę lubię wśród ludzi, którzy znają się na tym.

Ci ludzie to trenerzy. Znali się na koszykówce. To tam dowiedziałem się bardziej szczegółowo co to jest dobra obrona, kto to skrzydłowy, czym tak naprawdę jest „zasłona” i poznawałem wciąż nowe tajniki koszykówki. Tej prawdziwej koszykówki, w którą grają ludzie, którzy poświęcają się dla niej. Ja przez jakiś czas byłem jednym z nich.

Kiedy ja oddawałem pierwsze celne i niecelne rzuty w klubie koszykarskim, Mike rozgrywał swój debiutancki sezon w lidze NBA. W pierwszym sezonie gry Mike zdobywał dla Grizzlies średnio 13.2 pkt, 6.2 asysty i 2.7 zbiórki na mecz. Niewiele mu zabrakło, żeby otrzymać po swoim pierwszym sezonie w NBA nagrodę dla najlepszego debiutanta.

Mike w kolejnych dwóch sezonach gry dla „Niedźwiadków” wciąż podnosił swoje statystyki punktowe. W drugim sezonie zdobywał już 14,5 punktu na mecz, a w kolejnym 15,9 pkt na mecz. Stał się pierwszym rozgrywającym drużyny z Vancouver.

Po rozegraniu trzech sezonów w drużynie z Kanady został jednak wymieniony do Sacramento Kings, gdzie był już w pełni dojrzałym zawodnikiem, który potrafi kreować grę, zdobywać punkty w decydujących momentach meczów, a także być prawdziwym wsparciem dla innych kolegów z drużyny. Był liderem. Potrafił w trudnych momentach meczów brać na siebie ciężar gry i kierować całym zespołem. W swoim najlepszym sezonie w Sacramento Kings zdobywał średnio na mecz 21 punktów, 5.4 asysty, 3 zbiórki i przechwyt. W Play-Off jego drużyna odpadał jednak już w pierwszej rundzie przegrywając serię 2-4 z drużyną San Antonio Spurs, która zdobyła później mistrzostwo NBA.

Mike rozwijał swoją karierę w NBA, a ja już wtedy nie grałem w klubie koszykarskim. Sekcja koszykówki w moim klubie została rozwiązana. Przestałem więc trenować „klubowo” i grałem już tylko na osiedlowym boisku. Mike Bibby dotarł wtedy wraz z drużyną Sacramento Kings do finałów konferencji zachodniej w sezonie 2001/2002. „Królowie” z Sacramento odpadli po bardzo wyrównanej serii z Los Angeles Lakers.

Po kilku sezonach w Sacramento, Mike przeniósł się do Atlanty Hawks. W swoim najlepszym sezonie w Atlancie w rozgrywkach 2008/2009 zdobywał średnio 15 punktów, 5 asyst i 3.5 zbiórki na mecz. W drużynie „Jastrzębi” rozegrał cztery sezony, a w 2011 roku zaliczył epizod w klubie Washington Wizards, został bowiem wymieniony w trakcie sezonu regularnego, ale w drużynie z Waszyngtonu wystąpił tylko w dwóch meczach, ponieważ wykupił swój kontrakt, aby na zakończenie swojej kariery spróbować dostać się do drużyny aspirującej do walki o mistrzowski tytuł.

Statystyki meczowe Mike’a już jakiś czas wcześniej zaczęły spadać, nie był więc to już ten sam młody Mike, co wcześniej. Ale grał dalej.

Znalazł się w Miami Heat, którzy co prawda dotarli do Finału NBA, ale zostali pokonani przez drużynę Dallas Mavericks.

Mike swój ostatni sezon w lidze NBA rozegrał w drużynie New York Knicks i w 2012 roku zakończył swoją sportową karierę. W swoim ostatnim sezonie w lidze zdobywał średnio 2.6 punktu, 2 asysty i 1.5 zbiórki na mecz.

Mike zakończył swoją karierę w NBA, a ja w międzyczasie zapomniałem o swoim marzeniu, aby urosnąć do metra osiemdziesięciu ośmiu. Parę lat później, któregoś dnia, kiedy przeglądałem stare numery pisma „Magic Basketball” trafiłem na numer, w którym był wspomniany wcześniej artykuł o Mike’u Bibby’m. Obok jego nazwiska przeczytałem wymiary: metr osiemdziesiąt osiem.

Zaświtała mi wtedy myśl. Byłem ciekaw na ile udało mi się urosnąć. Wiedziałem, że mam więcej niż 173 cm, które miałem kiedy pierwszy raz oglądałem Mike’a Bibby’ego w meczu koszykówki. Wiedziałem też, że na pewno nie urosłem do metra osiemdziesięciu ośmiu.

Zmierzyłem się. Zaznaczyłem markerem na ścianie linię. Wziąłem miarkę. 180 centymetrów. Tyle wskazywała. Udało mi się więc urosnąć jeszcze 7 centymetrów od momentu, w którym oglądałem pierwszy mecz Mike’a Bibby’ego.

Mike zainspirował mnie. Koszykówka od samego początku była dla mnie czymś ważnym. Ale od tamtego momentu, kiedy poznałem Mike’a Bibby’ego była czymś wyjątkowym. Czymś, dzięki czemu osiągnąłem choć część swojego marzenia. Miałem cel. Poznałem czym jest gra w koszykarskim klubie, zobaczyłem jak to wszystko funkcjonuje w bardziej profesjonalnym wydaniu, poprawiłem też trochę swoją grę. No i urosłem jeszcze 7 centymetrów.

 

(Na zdjęciu karta z wizerunkiem Mike’a Bibby’ego z kolekcji Fleer Mystique)

bibby card 3

Advertisements

2 comments

  1. Seba · Czerwiec 25, 2015

    Dziwne, że pusto pod takimi artykułami… No nic. Trzy przeczytane, biorę się za następny. Zachęcam do dalszego dzielenia się swoimi inspiracjami., bo choć były różne wszyscy mieliśmy podobne. Let’s GO NBA

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s