Indywidualizm Rodmana

Dennis Rodman to fajny gość. Naprawdę. Cenię go za to, że zawsze myślał po swojemu. Miał i ma do dziś swoje własne zdanie, którym kierował się w trakcie całej koszykarskiej kariery. Zamiast zdobywać punkty jak większość zawodników, on wolał zbierać piłki z tablic. W wielu kwestiach jego stanowisko może wydawać się innym z początku dziwne i nie do przyjęcia, ale kiedy głębiej się nad tym zastanowić, może okazać się, że wcale tak nie jest i że to Rodman ma rację. Jest wielkim indywidualistą i, co ważne, swojej oryginalności się nie boi. Rodman to swego rodzaju szaleniec i  twardziel z wrażliwą osobowością. W dodatku udało mu się to udowodnić.

Jakiś czas temu napisałem artykuł „Gdzie, do cholery jest Dennis Rodman?!”, który można przeczytać tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/05/12/gdzie-do-cholery-jest-dennis-rodman/  Skrytykowałem w nim Rodmana za jego przyjazd do Korei Północnej w ramach zaproszenia na pokazowy mecz koszykówki tamtejszego przywódcy Kim Dzong Una, który powiedzmy sobie szczerze- fajnym gościem raczej nie jest. To co wyprawia w kraju w którym rządzi jest nie do przyjęcia przez cywilizowane społeczeństwa na całym świecie. Kim Dzong Un jest też fanem koszykówki. Kiedy zaprosił Rodmana do swojego kraju na pokazowy mecz koszykówki, ten przyjął jego zaproszenie i do Korei Północnej przyleciał. Wiele osób na całym świecie było zszokowanych faktem, że Rodman wystąpił w pokazowym meczu dla dyktatora, w dodatku przed samą imprezą odśpiewując mu piosenkę urodzinową. Co kierowało tak naprawdę Rodmanem tego nie dowie się chyba nikt. Być może był to kolejny wybryk znanego z licznych skandali koszykarza, a może kierowała nim zwyczajna chęć zarobienia dodatkowych pieniędzy? Zostawmy jednak te dywagacje i zajmijmy się konkretami.

Przyznaję, muszę zwrócić Rodmanowi honor. Zawsze go lubiłem i chyba zawsze już będzie jednym z moich ulubionych koszykarzy, którzy grali w NBA i nawet przyjazd do dyktatora, który rządzi swoim krajem w okrutny sposób nie zdoła tego zmienić.  Nie zdoła, bowiem znacznie wcześniej, podczas swojej barwnej kariery w najlepszej koszykarskiej lidze świata Rodman pokazał całemu światu nie raz i nie dwa, że naprawdę jest kimś niezwykłym i nietuzinkowym. W dodatku potrafi też być wrażliwy. Nie jest zwyczajnym sportowcem, który da się włożyć w ramy obrazka, jaki wytworzyła liga NBA. Rodman nie pozwolił sobie na bycie „pupilkiem” komisarza NBA Davida Sterna przez całą swoją karierę i za to właśnie będę cenił Dennisa już zawsze.

Jest kilka kwestii, które należy poruszyć przy okazji tematu indywidualizmu Rodmana. Pierwszą z nich może być choćby fakt, że znaczna większość koszykarzy ligi NBA brała i bierze udział do dziś w akcjach charytatywnych. Czy to źle? Oczywiście, że nie.  Ci sportowcy biorąc udział w organizowanych przez ligę kampaniach pomagają przecież ludziom. Ale jak to się mówi „są dwie strony medalu” i nie wszystko często wygląda tak jak wyglądać powinno naprawdę. Ludzie wokół zwykle widzą tylko to, co chcą zobaczyć. Rodman od udziału w akcjach charytatywnych stronił jak tylko mógł. Wolał pomagać innym po swojemu.

W swojej autobiografii „Bas As I Wanna Be” pisał, żeby nie dać się omotać tym „grzecznym chłopcom” z ligi. Mowa tu oczywiście o koszykarzach, którzy przy pomocy propagandowo-reklamowej machiny stają się marionetkami w rękach władz ligi NBA. A stają się nimi między innymi właśnie poprzez branie udziału w imprezach charytatywnych. Pomagają ludziom „na pokaz”, oczywiście po to, żeby naprawdę pomóc, ale przy okazji aby ich wizerunek stał się odpowiedni.

W jakim celu to robią? Odpowiedź jest prosta: im lepszy mają wizerunek, tym większe szanse na zarobienie jeszcze większej kasy. Firmy odzieżowe, które kręcą reklamy chcą mieć odpowiednich modeli do reklamowania ich produktów. Chcą zadowolić opinię publiczną, która „łyknie” ich reklamę i kupi kolejną parę butów, czy bluzę. Ktoś, kto reklamuje nowy model butów Nike powinien raczej mieć odpowiedni wizerunek, prawda?

Nie oznacza to jednak, że pomoc ludziom na charytatywnych akcjach jest zła i to oczywiste. Chodzi tu tylko o to, żeby pomagać naprawdę, a nie „na pokaz”. Pomagać po cichu i nie chwalić się tym wszędzie gdzie się da. Tak właśnie robił Dennis Rodman. Odmawiał udziału w akcjach charytatywnych, ponieważ nie chciał w jakikolwiek sposób uzależnić się od władz ligi. Nie zamierzał być grzecznym chłopcem, który robi to, co nakazuje mu liga. Chciał robić wszystko po swojemu i tak też właśnie postępował.

Wiele razy pomagał ludziom w zwyczajny sposób, ot tak, przechodząc po prostu po ulicy. Kiedy bywał w Dallas, nie bał się pojawiać w dzielnicy slumsów i zagadywać spotkanych po drodze ludzi ze społecznego marginesu. Wielokrotnie przy takich rozmowach dawał komuś plik banknotów. Czasem było to dwieście dolarów, a czasem więcej. Nieważne. Ważne, że ta chwila, którą spędzał z osobą, która potrzebowała pomocy była prawdziwa, a nie stworzona na pokaz. Sam Rodman wypowiadał się o tym tak:

„…ludzie, których społeczeństwo odrzuca, to ludzie, z którymi najbardziej lubię przebywać. Lepiej się czuję w podejrzanej dzielnicy rozmawiając z bezdomnymi, niż siedząc w jakiejś napuszonej restauracji z facetami w garniturach…”

Rodman bez wątpienia pomagać lubił. Ale chciał to robić w zwyczajny sposób, po swojemu.

Nawet czytając Biblię możemy znaleźć wiele odniesień do tego w jaki sposób pomagać bliźniemu. Pomoc powinna być czyniona w ukryciu, tak aby naszą dobroć względem osoby potrzebującej mógł zobaczyć tylko Bóg, a nie cały świat. W ewangelii świętego Mateusza (Mt 6,1-6.16-18) możemy przeczytać taki oto fragment:

Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.

Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój który widzi w ukryciu, odda tobie.

Dobre uczynki nie potrzebują rozgłosu. Ktoś, kto ma dobre intencje, wyświadcza dobro drugiej osobie nie po to, aby inni go podziwiali, ale po prostu z potrzeby uczynienia czegoś dobrego. Nic więcej. Opinia innych nie powinna mieć dla niego znaczenia. Ktoś, kto pomaga, nie powinien oczekiwać w zamian żadnej nagrody. Tak właśnie postępował Rodman.

Rodman lubił zwiedzać getta, szemrane dzielnice w różnych miastach. Nie bał się tych miejsc, ponieważ sam pochodził właśnie z takiej dzielnicy. Lubił wsiąkać w tą trudną rzeczywistość ludzi, których szanował, chociaż nie osiągnęli w życiu praktycznie niczego. Zagadywał ich, odbywał dłuższe rozmowy, a kiedy trzeba podtrzymywał na duchu. Często po prostu zabierał ich do siebie do domu, gdzie dawał coś zjeść, umyć się i przespać. Dla niego to wciąż byli wartościowi ludzie, których nie unikał. Często też rozdawał tym ludziom bilety na mecz, żeby mogli poczuć się trochę lepiej i obejrzeć koszykarskie widowisko.

Dennis Rodman to rasowy indywidualista, a dowodem tego nie są bynajmniej jego kolorowe włosy, tatuaże, kolczyki, czy pomalowane paznokcie. On po prostu w bardzo wielu kwestiach zawsze miał swoje zdanie. Także w swoim podejściu do różnic rasowych, kulturowych czy seksualnych w społeczeństwie.

Sam nie był gejem, ale miał wśród gejów wielu znajomych. Nie bał się przytulić kumpla, czy nawet go pocałować. Nie uważał tego za objaw homoseksualności. Dla Rodmana pocałunek dany kumplowi to był po prostu zwyczajny i przyjazny miły gest. Po prostu.

 Rodman nie lubił sztuczności, z którą wielokrotnie spotykał się grając w lidze NBA. Nie lubił między innymi tego, że podczas przerw w meczach na parkiet wychodziły cheerleaderki, które zabawiały kibiców. Zdaniem Rodmana to odciągało ludzi od skupienia się na tym co najważniejsze: na meczu.

Kolejnym dowodem na to jak wielkim indywidualistą jest Rodman może być fakt chyba najważniejszy. Podczas gdy większości koszykarzy zależało na zdobywaniu jak największej ilości punktów w meczach, Rodman o ten element gry nie dbał zupełnie. Jemu po prostu nie zależało na zdobywaniu punktów. Wolał od tego zbierać piłki na tablicach, w czym stał się po jakimś czasie perfekcjonistą. Uważał, że to właśnie dzięki zbiórkom wygrywa się mecze i trudno z tą tezą się nie zgodzić, bowiem najlepsi trenerzy w NBA mawiają, że to właśnie obroną wygrywa się mecze.

Kiedy w czasie meczu z drużyną Houston Rockets zablokował rzut Hakeema Olajuwona, zawodnika, który cieszył się wtedy wielkim uznaniem w całej lidze, Rodman po prostu z radości się popłakał. Udowodnił tym jak wielką posiadał wrażliwość. Nie wycierał też swoich łez, kiedy grając jeszcze w pierwszym klubie-Detroit Pistons, odbierał jakiś czas wcześniej nagrodę dla najlepiej zbierającego zawodnika ligi. Rodman nie chciał stworzyć wizerunku sportowca, któremu udaje się wszystko i który jest nieskazitelny. Bo żaden człowiek taki nie jest. W trakcie swojej kariery pokazał, że jest zwyczajnym człowiekiem z niezwyczajną osobowością, której nie wstydził się ujawnić.

Kiedy pod koniec swojej koszykarskiej kariery Rodman podpisał kontrakt z drużyną Dallas Mavericks, postanowił, że wybierze sobie na koszulce numer „69”. Komisarz ligi David Stern stanowczo się na to nie zgodził i Dennis w końcu założył koszulkę z numerem „70”.

Numery Rodmana na koszulkach w poprzednich klubach również były raczej nietypowe. W Detroit Pistons i San Antonio Spurs nosił na koszulce zwyczajny numer „10”, ale już w Chicago Bulls wybrał sobie numer „91”. Takiego numeru nie miał wtedy w lidze żaden zawodnik. Kiedy jakiś czas później grał dla Los Angeles Lakers, tam występował z numerem „73”.

Dennis Rodman przez całą swoją koszykarską karierę uważał, że liga NBA zwyczajnie bała się go. Władze ligi bały się tego, że swoim własnym, indywidualnym podejściem do wielu spraw i swoją odmiennością, choćby w tak banalnej kwestii jak wygląd, nieokrzesany Rodman może zaszkodzić wizerunkowi ligi. Tak się jednak nie stało. Dennis Rodman stał się ulubieńcem wielu milionów kibiców koszykówki na całej planecie Ziemia i oprócz tego, że osiągnął naprawdę bardzo wiele pod względem sportowym, pokazał także wszystkim, że odmienność ma również swoje dobre strony.

 

Na zdjęciu karta z wizerunkiem Rodmana z kolekcji Fleer Force.

W artykule wykorzystałem cytat z Biblii z ewangelii Świętego Mateusza (Mt 6,1-6.16-18), oraz cytat z książki Dennisa Rodmana „Bad As I Wanna Be” (polskie tłum. „Zły do szpiku kości”) rozdział 9, str. 186

rodman dallas card

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s