Medżik w za dużym stroju- opowiadanie

(Historia oparta na faktach, jedynie niektóre detale zostały zmienione)

Kiedy się obudziłem, w mieszkaniu było cicho. Zza okna dochodził tylko szum samochodów przedzierających się przez ulice. Wstałem i podreptałem powolnym krokiem do łazienki. Przemywając twarz nad umywalką spojrzałem w lustro. Z nosa, który był czerwony lał mi się obfity  katar i czułem drapanie w gardle. Wiedziałem, że dzisiejszy mecz jest bardzo ważny, a ja nie będę mógł w nim zagrać. To cholerne przeziębienie ciągnęło się już ponad tydzień i nadal nie mijało. Nie było więc sensu grać, poza tym i tak nie czułem się na siłach. Wziąłem więc telefon i napisałem smsa do Janka, który był centrem w naszej drużynie. Napisałem, że nie dam rady dziś zagrać ze względu na przeciągające się przeziębienie, ale przyjadę obejrzeć mecz.

Mecz miał rozpocząć się punktualnie o dwunastej w południe. Zależało mi bardzo, żeby obejrzeć jak chłopaki będą walczyć o awans do pierwszej ligi, a ponieważ wstałem dość późno i byłem cholernie głodny, nie pozostało mi nic innego jak zrobić sobie na szybko coś do jedzenia. Wstawiłem garnek z  mlekiem i wsypałem trochę płatków owsianych. Po chwili śniadanie miałem już gotowe. Zjadłem szybko i zacząłem się szykować, zastanawiając się, czy w ogóle jest sens jechać, ale byłem za bardzo ciekaw, czy po spadku do drugiej ligi damy radę wywalczyć awans. Stwierdziłem więc, że pojadę. Nie czułem się najlepiej, ale moja ciekawość była zbyt duża i nie chciałem pozbawiać się możliwości obejrzenia ewentualnego awansu chłopaków do pierwszej ligi.

Wyszedłem z domu i było już dobrze po jedenastej. Promienie słońca przebijając się przez budynki osiedla coraz przyjemniej ogrzewały asfalt na ulicach, a ja szedłem na przystanek autobusowy siorbiąc co jakiś czas nosem. Kiedy doszedłem już do przystanku zacząłem znowu żałować, że dzisiaj nie zagram. Chciałem przyłożyć się w jakikolwiek sposób do ewentualnego awansu do pierwszej ligi, choćby nawet grając przez kilka minut. Nie mogłem jednak nic poradzić na swoją niedyspozycję i choć wydawało mi, że czuję się już trochę lepiej niż rano, to wiedziałem, że nadal nie jestem w formie, która pozwalałaby mi na normalną grę.

Stałem jeszcze jakąś chwilę na przystanku rozmyślając o swojej niedyspozycji i nadjechał autobus. Akurat w tym momencie kiedy pomyślałem, że w sumie to mógłbym wrócić do domu po swoją torbę ze strojem sportowym, żeby zagrać może choć kilka minut. Ale było już za późno i wsiadłem do autobusu, w którym oprócz mnie było niewiele osób.

Jechałem niemal pustym Solarisem i na którymś przystanku wszedł jakiś pijany facet z ogromnym Rottweilerem. Nie trzymał się zbyt pewnie na nogach, raczej to jego pies go trzymał i kiedy autobus zakręcał miałem wrażenie, że ów pies tego pijanego typa stara się stać w ten sposób, żeby tylko swoją masą umożliwić swojemu niezbyt pewnie stojącemu panu jako takie stabilne podparcie. Autobus co jakiś czas zakręcał i wtedy facet chybotał się w tę i w drugą stronę, mamrocząc coś do swojego psa i kiedy patrzyłem na wyraz pyska owego Rottweilera odniosłem kilka razy wrażenie, że odwraca ze wstydu głowę, kiedy jego podpity właściciel szepcze mu coś nad jego wielkim łbem.

Facet z Rottweilerem przejechał jakoś kilka przystanków i w końcu wysiadł. Co prawda wymagało to od niego sporych umiejętności, na szczęście jednak miał przy sobie swojego psa, który opanował sztukę chodzenia ze swoim zawianym panem już chyba całkiem nieźle, bowiem w momencie, kiedy otworzyły się drzwi i facet zrobił pierwszy krok ku wyjściu, pies raz jeszcze stanął w taki sposób, aby podpity facet mógł podeprzeć się nieco na sporym cielsku psa, przytrzymać ręką poręczy i swobodnie wyjść.

-Cóż – pomyślałem – podobno zwierzęta bywają mądrzejsze od ludzi.

Facet ze swoim mądrym Rottweilerem wyszli, zamknęły się drzwi autobusu, a ja przejechałem jeszcze dwa przystanki i wysiadłem. Przeszedłem kawałek drogi chodnikiem przy przystanku i skręciłem w tą swoją ulubioną, cichą ulicę, którą zawsze szedłem dobre kilka minut aby dojść do hali sportowej. Patrzyłem na domy z kominami, z których powoli i niespiesznie wylatywał dym. Patrzyłem na ogrody pośród domów i na duże, zielone choinki rosnące w ogródkach. Idąc zastanawiałem się, czy wszystko w moim życiu idzie ku dobremu, czy raczej w tę drugą stronę. Zacząłem znowu zastanawiać się nad wszystkim i w sumie to przestałem nawet myśleć o meczu, który chciałem obejrzeć. W mojej głowie kłębiły się różne myśli i chociaż dzień był ładny i świeciło już dość mocno słońce, ja zaczynałem czuć się nie najlepiej.

Kiedy już zaczynałem się powoli martwić tymi wszystkimi pierdołami znalazłem się przy hali. Usiadłem na ławce, która znajdowała się nieopodal parkingu i z kieszeni bluzy wyjąłem wodę. Nadal czułem się nie najlepiej, męczący mnie katar dawał o sobie znać. Wziąłem kilka łyków wody, łyknąłem aspirynę i po chwili poczułem lekką ulgę.

Siedząc na ławce przy parkingu w pewnej chwili zauważyłem wybiegającego z hali Janka, który rozejrzał się, zauważył mnie, pomachał ręką i krzyknął:

-Arek! Dobrze, że jesteś! Dawaj tu szybko, bo musisz się przebrać i gramy!

Podbiegłem do niego i zapytałem:

-Co?! Jak to, g r a m y? Przecież napisałem smsa, że nie mogę dziś zagrać, nadal jestem zaziębiony.

-Tak, wiem. Ale nie ma innego wyjścia. Musisz wejść na boisko, bo jeden z naszych zawodników nie da rady zagrać, a mamy tylko czterech graczy. Reszta nie dojechała. Chodź, bo za chwilę zaczyna się mecz. Jak nie wejdziesz na boisko, to będzie walkower.

Zastanowiłem się przez moment nad tym co przed chwilą usłyszałem i wydawało mi się, że to chyba jakiś żart. W kilka sekund przemyślałem na szybko sprawę i odpowiedziałem najbardziej konkretnymi argumentami na jakie tylko było mnie w tym momencie stać:

-Rozumiem, ale przecież nawet nie mam stroju, nie wziąłem nic ze sobą. Nie mam nawet butów do gry. Poza tym jak będę biegał kiedy nie wystarczy mi sił na cały mecz?

-Nie ma sprawy, tym się nie martw! Nie będziesz musiał się wysilać. Po prostu staniesz w obronie i będziesz przeszkadzał w wyprowadzaniu akcji. A jak dasz radę, to i pobiegasz. Chodź! Szybko, bo za chwilę będzie walkower!

Janek miał odpowiedź na wszystko. Pomyślałem jeszcze kilka sekund i stwierdziłem, że chyba naprawdę nie ma innego wyjścia. Muszę wejść na to cholerne boisko i jakoś pograć. W sumie to przecież jeszcze rano bardzo chciałem pomóc chłopakom w awansie. Dobra, niech więc tak będzie.

Weszliśmy z Jankiem do hali, w której na obydwu połowach boiska rozgrzewali się już zawodnicy naszej i przeciwnej drużyny. Zobaczyłem sędziego, który nerwowo patrzył już na swój zegarek. Sędzia spojrzał na mnie marszcząc przy tym brwi i zapytał:

-Jak tam panie spóźnialski? Korki były na ulicach…?

-Nie, jestem zaziębiony, zresztą nieważne. Zagram, więc walkowera nie będzie. – odpowiedziałem.

Podszedłem do chłopaków i przy ławce rezerwowych stali już Dino, Tomek, Michał i Rafał. Spojrzałem jeszcze raz na wszystkich i policzyłem.

-Przecież macie pięciu zawodników, więc możecie grać. – powiedziałem.

Usłyszałem jednak:

-Nie możemy. Rafał w czasie rozgrzewki nadwerężył nogę i złapały go skurcze. Nie da rady biegać. – odpowiedział Dino.

-Ja też nie dam rady biegać. – powiedziałem.

-Nie ma problemu, staniesz po prostu w obronie. Chodź, dasz radę! Przejdzie ci. To tylko przeziębienie!

Pomyślałem chwilę i stwierdziłem, że Dino w sumie miał rację. Wiedziałem, że przecież jakoś dam radę, o ile tylko nie będę musiał biegać w tą i z powrotem, a jedynie ogarniać sytuację w obronie.

-Dobra, zagrajmy więc o ten awans. Ale w czym mam zagrać? Nie mam przecież stroju. – zapytałem.

W tym momencie podszedł do mnie Rafał, szeroki w barach i wyższy ode mnie chyba o jakieś dwanaście centymetrów. Uśmiechnął się i podał mi strój.

-Trzymaj!

Spojrzałem na strój, który mi podał. Spodenki były chyba o dwa lub trzy rozmiary za duże, nie mówiąc już o koszulce, która długością sięgała mi chyba do kolan. Niemożliwe, żebym wybiegł w tych ciuchach na parkiet. Nie miałem w dodatku swoich gogli korekcyjnych, w których zawsze gram.

-Panowie, przecież te ciuchy są na mnie za wielkie! – krzyknąłem.

-Nie przejmuj się! Włóż dobrze koszulkę w spodenki i będzie w porządku. Dawaj, bo zaczyna się mecz! – odkrzyknął Michał.

Pobiegłem szybko do szatni i przebrałem się. Spojrzałem w lustro i wyglądałem jakbym miał na sobie worek na ziemniaki. W tym momencie do szatni wbiegł Michał.

–Dawaj szybko, dobrze jest!

-Dobra, idę. – odpowiedziałem.

Pomimo tego, że wcale dobrze nie było i czułem się jak nastoletni gimbus w hiphopowych ciuchach, weszliśmy na parkiet. Zamiast sportowych butów do gry w koszykówkę, miałem na sobie swoje półbuty, w których przyjechałem na mecz. Równie dobrze mogłem iść w tych butach do teatru. Ale w sumie to nie było aż tak źle, jak na początku myślałem. Szczerze mówiąc, to po paru minutach miałem już głęboko gdzieś to, jak śmiesznie lub żenująco mogę wyglądać. Stanąłem na prawym skrzydle, sędzia gwizdnął i rozpoczął się mecz. Nasi przeciwnicy zdobyli bez problemów pierwsze dwanaście punktów, kiedy nam w tym czasie udało się zdobyć zaledwie cztery. Wtedy piłkę zaczął rozgrywać Tomek. Wykreował pewnie trzy kolejne akcje, rzucając celnie dwa razy za trzy, a raz podając piłkę do Janka, który pewnie umieścił piłkę w obręczy po dwutakcie. Mecz się nieco wyrównał, ale ja grałem kiepsko, z trudem biegając po parkiecie z sączącym się z nosa katarem. Nie miałem tyle sił, ile trzeba. W pierwszej kwarcie nie udało mi się zdobyć choćby asysty. Starałem się raczej ogarniać jako tako sprawę w obronie i przeszkadzać przeciwnikom w rozgrywaniu akcji na tyle na ile dawałem radę. Po pierwszej kwarcie przegrywaliśmy różnicą dziesięciu punktów, więc znacznie. Usiadłem na ławce rezerwowych i napiłem się wody.

-Psiakrew, chłopaki tak nie może być! Co jest z obroną?! Ma być porządna strefa! – dość głośno mówił do nas Michał. On zawsze był raczej dość impulsywny w czasie meczów, ale to zwykle przydawało się wszystkim i mobilizowało do lepszej gry.

Kiedy rozpoczęła się druga kwarta, poczułem przypływ energii. Ucieszyłem się i pomyślałem, że nie mogę przecież dalej grać jak pierdoła, bo czuję się już trochę lepiej. Spróbuję zrobić cokolwiek, co tylko dam radę, żeby poprawić wynik meczu.

Zacząłem grać bardziej pewnie i zauważyłem, że z kilku zawodników drużyny przeciwnej zupełnie uleciało jakby powietrze i przestali grać mądrze, biegali chaotycznie po boisku i z trudem zbierali piłki z tablic. Michał darł się na wszystkich, zresztą jak zwykle:

-Obrona! Panowie, kryjcie ich do cholery jak trzeba!

Po kilku pierwszych minutach drugiej kwarty, kiedy na tablicy wyników widniał wynik 32:45, wiedziałem już, że może być naprawdę ciężko wygrać mecz, tym bardziej, ze ja sam grałem raczej jako statysta, niż jak normalny zawodnik. Starałem się biegać szybko i wracać do obrony, ale nie miałem na tyle siły, żeby biegać w odpowiednim tempie, w dodatku biegając czułem jak ten ogromny strój ogranicza mi trochę ruchy. W którymś momencie, kiedy znalazłem się na prawym skrzydle na półdystansie otrzymałem podanie od Dina, który krzyknął:

-Medżik, rzucaj!

Nie zastanawiałem się dłużej i rzuciłem. Piłka poszybowała w górę po moim rzucie, zatańczyła chwilę na czerwonej obręczy, ale niestety nie wpadła. Na szczęście piłkę pod tablicą zebrał Janek, który z wyskoku rzucił i odbijająca się od tablicy piłka wpadła do środka.

-Dobraaa! Tak ma być! – darł się ucieszony tym faktem Michał.

Mecz stawał się coraz bardziej zacięty. Janek i Michał zdobyli kilka punktów w kolejnych akcjach i wynik trochę się zmienił. Nadal przegrywaliśmy, ale już mniejszą różnicą punktów. W którymś momencie znalazłem się pod tablicą przeciwników sam na sam z koszem i zauważyłem, że w moim kierunku leci z daleka z szybkością Boeinga 767 pomarańczowa piłka. Złapałem ją i zauważyłem jak w moją stronę pod sam kosz wbiega Janek. Pewnym ruchem podałem mu piłkę, a ten zamienił ją w kolejne dwa punkty.

Następną akcję nasi przeciwnicy źle rozegrali i stracili piłkę, która trafiła znowu do mnie. Pomyślałem, że tym razem to ja rozegram akcję. Przebiegłem przez naszą połowę kozłując piłką pewnie i zauważyłem, że na prawym skrzydle, w okolicy linii rzutów za trzy punkty stoi niekryty przez nikogo Dino. Zamarkowałem wejście pod kosz i w tym momencie podałem piłkę na prawą stronę, prosto w ręce Dina, który kozłując przebiegł z prawego skrzydła w pomalowane pole, podał do Janka, który znów zdobył ładne punkty spod tablicy.

-Dobrze Medżik, dobrze jest! – krzyknął znowu do mnie Dino.

Ucieszyłem się, że znowu udało mi się zrobić coś dobrego i pomóc drużynie.

W kolejnych akcjach otrzymałem jeszcze kilka podań będąc na półdystansie i kiedy piłka trafiała w moje ręce, podawałem ją niemal od razu, gdy zauważyłem jakiegoś zawodnika z naszej drużyny na wolnej pozycji. Udało mi się zdobyć przez ten czas jeszcze dwie asysty i zbiórkę. W którymś momencie, kiedy ogarniałem sprawę w obronie, zawodnik którego kryłem podał do innego gracza ze swojej drużyny, wcześniej sygnalizując podanie. Zauważyłem to od razu i pomyślałem, że nie ze mną te numery. Wyskoczyłem do rzuconej piłki i przechwyciłem ją, przebiegłem kilka metrów i usłyszałem krzyk Dina.

-Medżik, podaj!

Spojrzałem w lewo i niemal od razu podałem mu piłkę. Dino pewnym wejściem pod kosz z dwutaktu zdobył następne punkty dla naszej drużyny.

W tym momencie sędzia zakończył drugą kwartę meczu. Przegrywaliśmy już sporą różnicą punktów. Wszyscy chyba powoli zaczynaliśmy zdawać sobie sprawę, że awans do pierwszej ligi oddala się od nas coraz bardziej. Wciąż przegrywaliśmy, a ja zaczynałem czuć się nieco gorzej. Usiadłem na ławce rezerwowych i poczułem niesamowite zmęczenie. Przeziębienie dawało o sobie znać. Siedziałem na ławce rezerwowych ze spuszczoną ze zmęczenia głową i w tym momencie podszedł do mnie jakiś typ.

-Cześć, już nie musisz grać. Ja cię zmienię od trzeciej kwarty. – powiedział z uśmiechem.

-W porządku. Cieszę się – odpowiedziałem z nieukrywaną radością w głosie.

Nie wiem kim był ten chłopak, ale zapewne to ktoś ze znajomych kogoś z naszej drużyny. W każdym razie wiedziałem, że kondycyjnie mogę już nie dać rady. Sędzia zgodził się, żeby ten chłopak wszedł za mnie i żebyśmy w ten sposób właśnie dokończyli mecz.

Kolejne dwie kwarty oglądałem już z ławki rezerwowych, siedząc w tym swoim, a w sumie nie swoim za dużym stroju. Drużyna przeciwna naprawdę przycisnęła i wiedziałem już, że nie będziemy świętować tym razem awansu. Chłopaki robili co mogli, ale przeciwnicy byli jednak trochę lepsi, a może po prostu mieli swój dzień.

Kiedy mecz się zakończył, wstałem z ławki rezerwowych i poszedłem do szatni, gdzie byli już wszyscy. Przebrałem się z tych za dużych ciuchów sportowych i podszedłem do Dina.

-Trzymaj, to nie moje, więc oddaję dla Rafała. – powiedziałem, oddając mu strój sportowy.

-Spoko, Medżik. Bardzo dobrze grałeś. – odpowiedział Dino.

Medżik? Jaki Medżik? – pomyślałem. Wyglądało na to, że to będzie moja nowa ksywa.

-Nie… grałem w miarę, średnio się spisałem. – odpowiedziałem mu.

-W takim razie obyś miał więcej takich średnich meczy. Dzięki, że zagrałeś. – dodał Dino.

-W porządku. W następnym sezonie awansujemy.

-Pewnie, że tak! – odpowiedział.

-Dobra, to na razie, trzymajcie się!

Pożegnałem się z chłopakami i opuściłem szatnię. Kiedy wyszedłem z hali słońce chyliło się już ku zachodowi, a spokojny wiatr poruszał delikatnie gałęziami choinek stojących w przydomowych ogrodach. Szedłem znów tą swoją ulubioną, cichą uliczką pomiędzy domami, z kominami z czerwonej cegły, z których jak zwykle powoli i niespiesznie ulatniał się dym. Byłem zmęczony jak cholera. Idąc czułem jak słońce przyjemnie mnie ogrzewa i doszedłem aż do przystanku, tym razem nie martwiąc się już o nic więcej. Nie zdobyłem punktów, ale cieszyłem się ze swoich kilku asyst, zbiórki i przechwytu. Przypomniałem sobie też, że mam od dziś nową ksywę: Medżik i uśmiechnąłem się do siebie.

Wszedłem do autobusu i usiadłem na swoim ulubionym miejscu, na samym początku. Autobus ruszył, a ja, zadowolony wracałem do domu siorbiąc swoim zakatarzonym nosem co jakiś czas.

arek kosz blog

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s