Niesforny Matt Barnes

Na parkiecie hali Bradley Center w Milwaukee efektownie wytatuowany zawodnik w błękitnej koszulce klubu z Memphis podbiega do silnego skrzydłowego „Kozłów” z Milwaukee, Johna Hensona, który właśnie zablokował jego rzut spod tablicy. Zawodnik w błękitnej koszulce jest wyraźnie wściekły, a jego spojrzenie mówi wszystko. Znów dał się wyprowadzić z równowagi.  Zareagował na zaczepkę Hensona, który po swoim bloku zademonstrował dość specyficzną minę, która zdecydowanie nie była przyjacielskim gestem. Gdyby nie reakcja zawodników w błękitnych koszulkach, którzy szybko odciągnęli swojego kolegę z drużyny doszłoby z pewnością do przepychanki, która mogła skończyć się w bardzo niesportowy sposób. Sytuacja została jednak opanowana. John Henson  zostaje wykluczony z gry i idzie do szatni pośród wiwatujących mu kibiców jego drużyny, natomiast wytatuowany zawodnik w błękitnej koszulce podbiega do sędziów. Rozmawia z nimi, coś tłumaczy. Na nic jednak zdają się jednak wypowiadane przez niego słowa i tłumaczenie. On również zostaje wyrzucony z parkietu przez sędziów. Szybko odwraca się i biegnie do szatni za Johnem Hensonem, który kilka minut temu po zablokowaniu jego rzutu robił sobie z niego żarty. Kibice w hali gwiżdżą, a dwóch ochroniarzy szybko biegnie za błękitną koszulką wytatuowanego zawodnika drużyny z Memphis. Hala Bradley Center w Milwaukee dosłownie wrze.

Te wydarzenia miały miejsce kilka dni temu. Zawodnik w błękitnej koszulce, który pobiegł za Hensonem to nie kto inny, jak Matt Barnes. Barnes znany jest dość dobrze w lidze NBA ze swoich licznych nietuzinkowych zachowań na parkietach NBA, których w trakcie jego kilkunastu sezonów występów w lidze było całe mnóstwo.

Barnes to zawodnik z charyzmą, który przez lata gry w ozdabiał swoje ciało licznymi tatuażami. Niestety przez wielu koszykarzy w lidze z racji swojego ekspresywnego zachowania na parkiecie uchodzi po prostu za dupka. Znany jest w lidze z częstych, nierzadko brutalnych fauli i licznych niesportowych zagrań. Gra twardo. Jego sposób gry to odzwierciedlenie niełatwego życia, które prowadził wcześniej, jeszcze zanim dostał się do najlepszej koszykarskiej ligi na świecie.

Dzieciństwo

Matt zawsze był świadomy tego, że jeżeli nie grasz twardo i nie jesteś nieustępliwy, to w NBA nie masz czego szukać. Tego nauczyła go koszykówka, a także samo życie. Barnes jest dzieckiem Afroamerykanina i Włoszki. Przyszedł na świat w roku 1980. W swojej rodzinnej Kalifornii, gdzie mieszkał ze swoimi rodzicami był świadkiem wielu niebezpiecznych sytuacji, które działy się dosłownie za rogiem ulicy na której mieszkał. Okolica ta zdecydowanie nie należała do najspokojniejszych miejsc w mieście. Przestępczość zorganizowana, kradzieże i czasem nawet strzelaniny to chleb powszedni miejsca, w którym Matt się wychowywał.

Ojciec Matta natomiast nie był dyrektorem banku. Nie chodził do pracy w garniturze. Starał się po prostu jakoś przetrwać i zajmował się przeróżnymi rzeczami, które mogą kojarzyć się raczej z zajęciami dla typów spod ciemnej gwiazdy. W tym wszystkim pojawił się też handel narkotykami. Ojciec wychowywał Matta dość surowo, jeżeli można w ogóle nazwać to wychowywaniem. Zdarzało się, że nieraz bił go, kiedy ten coś przeskrobał. Ociec nauczył go też pewnej ważnej rzeczy: jeżeli ktoś pierwszy podniesie na ciebie rękę, oddaj mu. Broń się. I ten sposób wychowania pozostał z Mattem do dziś.

Jako dziecko Afroamerykanina i Włoszki, Matt miewał w szkole często problemy z rówieśnikami. Dla jednych jego kolor skóry był zbyt jasny, dla innych zbyt ciemny. Często dokuczano mu z tego powodu w szkole średniej i wyśmiewano. Zdarzało się nawet, że mu grożono.

Już jako nastolatek Matt przeprowadził się z Santa Clara w Kalifornii do Sacramento. To właśnie tam poznał dopiero czym jest prawdziwa rodzina. Ale nie poznał tego we własnym domu.  Odwiedzał często swoich nowych kolegów, u których spędzał czas. Ich rodziny były szczęśliwe, wszyscy jedli razem posiłek przy stole, żartowali. Matt w swoim domu takich rzeczy raczej nie miał okazji doświadczyć. Właśnie mniej więcej wtedy zapragnął, że on też założy kiedyś rodzinę i będzie to szczęśliwa rodzina.

Miał też inne marzenie. W liceum zaczął sporo grać w koszykówkę. Częste spędzanie czasu na boiskach sprawiło, że zapragnął zostać zawodowym koszykarzem. Ale nie takim zwykłym. Chciał zostać koszykarzem Lakersów. Postanowił, że poprzez sport będzie dążył do lepszego, szczęśliwszego życia.

College

Po ukończeniu szkoły średniej Matt dostał się na Uniwersytet UCLA, gdzie był wyróżniającym się zawodnikiem swojej drużyny w konferencji Pac-10 w lidze NCAA. W swoim trzecim sezonie gry w UCLA zdobywał średnio 11.6 pkt, 7.3 zbiórki i 1.6 przechwytu. Matt szczególnie upodobał sobie też rzuty za trzy punkty, w których był naprawdę świetny. Na treningach rzucał ze świetną skutecznością. To przełożyło się także na jego grę w meczach. Na czwartym roku nauki w UCLA zdobywał już 13,5 pkt, 6.2 zbiórki i 1.1 przechwytu rzucając na skuteczności 41 % zza linii trzech punktów.

Skok do NBA i wędrówka po klubach

Matt przystąpił do Draftu i w 2002 roku został wybrany przez Memphis Grizzlies z 46 numerem w 2 rundzie draftu. Marzenie o zostaniu zawodowym koszykarzem zaczęło się powoli spełniać. Ale nie od razu otrzymał swoją szansę. Najpierw musiał przejść wiele etapów dalszego rozwoju i szlifowania koszykarskich umiejętności. Grał więc po drodze w lidze D-League i w ABA zanim na dobre stał się zawodnikiem NBA. Po drodze klub z Memphis zrezygnował z jego usług i zwolnił go, a młody Barnes w swoim pierwszym sezonie jako debiutant nie zagrał na parkietach NBA ani minuty.

Szansa przyszła dopiero rok później, kiedy Los Angeles Clippers zainteresowali się jego osobą. Matt zdobył sobie zaufanie sztabu szkoleniowego i miejsce w rotacji drużyny. W pierwszym sezonie w lidze zagrał w 38 meczach zdobywając średnio 4.5 pkt, 4.0 zbiórki i 1.5 asysty na mecz.

W kolejnym sezonie Barnes został zawodnikiem Sacramento Kings, wciąż więc wszystko kręciło się wokół jego rodzinnej Kalifornii. Grał w Sacramento przez kolejny sezon, ale swoją  grą nie zrobił specjalnego wrażenia na trenerach i już wkrótce wylądował w Nowym Jorku, a następnie w Filadelfii, by w sezonie 2006/07 wrócić z powrotem do Kalifornii.

Tym razem został zawodnikiem Golden State Warriors, których trenerem był wtedy Don Nelson. Matt dopiero tu poczuł się pewniej i uwierzył w siebie jeszcze bardziej. Otrzymywał więcej minut gry, a trener Nelson od początku dawał mu zielone światło na grę i więcej minut. To sprawiło, że grał lepiej. Słowo lepiej oznaczało: twardo. Zarówno w obronie, jak też w ofensywie poświęcał się grze całym sobą. Często emocje brały górę nad rozsądkiem. Kilka razy był wykluczany z parkietu po niesportowych faulach.

Emocje

 Mniej więcej w okresie gry dla Warriors zaczął coraz częściej ozdabiać swoje ciało tatuażami, których z każdym miesiącem było coraz więcej. Każdy tatuaż był dla niego jakimś symbolem. I właśnie w tym okresie coraz częściej zdarzało się Barnesowi nie panować nad swoim zachowaniem.

Kibice przeciwnych drużyn często prowokowali go do dyskusji swoimi słownymi zaczepkami. Matt zwykle panował nad sobą, ale czasami emocje po prostu brały górę nad całą resztą. Zdarzało mu się wdawać w dyskusje z fanami innych drużyn i nie były to bynajmniej przyjacielskie rozmowy.Za niecenzuralne wyrazy, których używał podczas tych pogawędek liga zawieszała go na kilka spotkań. Otrzymywał też kary finansowe, najczęściej w wysokości 25.000 $.

Jak sam twierdził, negatywne emocje nigdy go nie osłabiały, ale napędzały, dzięki czemu grał jeszcze lepiej. Jeszcze bardziej twardo. I faulował jeszcze częściej. Zdarzało się, że fani przeciwnych drużyn obrzucali go obelgami w Internecie i obrażali. Matt nie przejmował się tym i odpowiadał na te zaczepki w najbardziej charakterystyczny dla siebie sposób. Jak sam mówił:

„(…) kiedy zdobędę już mistrzostwo tej ligi, założę swój mistrzowski pierścień na środkowy palec…”

Na wizerunek jaki wokół siebie budował złożyło się wiele licznych niepoprawnych zachowań. Matt krytykował często sędziów i wdawał się w słowne sprzeczki nie tylko z fanami drużyn przeciwnych, lecz także z  zawodnikami innych klubów. Do tego doszły niesportowe faule i okrzyki zawodnika, w których dosłownie roiło się od niecenzuralnych słów.

Dalsza wędrówka po klubach

Barnes musiał w końcu opuścić klub z Golden State, gdzie jego zachowanie przestało być zabawne. Otrzymał szansę od Phoenix Suns, gdzie w sezonie 2008/09 grał na bardzo przyzwoitym poziomie zdobywając średnio 10.2 pkt, 5.5 zbiórki 2.8 asysty na mecz. Udało mu się też nieco opanować swoje emocje i wystąpił w 77 meczach sezonu regularnego opuszczając tylko 5 spotkań.

Pomimo tego klub z Phoenix nie przedłużył z nim umowy i Barnes w kolejnym sezonie grał w Orlando Magic. Tutaj także panował nad swoimi emocjami i mimo tego, że nadal grał twardo i często faulował zagrał w 81 meczach sezonu regularnego.

Spełnione marzenie w Los Angeles

W 2010 roku Matt został wolnym agentem. Przez jakiś czas nie otrzymywał żadnych propozycji. W końcu pojawiła się propozycja gry w Toronto i kiedy zanosiło się już na to, że zostanie zawodnikiem Toronto Raptors zadzwonił do niego nie kto inny jak…Kobe Bryant, który zaproponował mu grę w Lakersach.

Matt był zdziwiony. Przecież to właśnie z Bryantem wdawał się często w przepychanki i słowne zaczepki w czasie meczów w NBA. Kobe jednak szanował jego twardą, nieustępliwą grę i właśnie między innymi dlatego chciał zaangażować go do gry w jego drużynie. Matt oczywiście nie mógł odmówić, spełniło się bowiem jego największe marzenie pozostania koszykarzem Lakersów…

W swoim pierwszym sezonie gry dla Lakers, już jako trzydziestoletni zawodnik ze sporym doświadczeniem zdobywał średnio 6.7 pkt, 4.3 zbiórki i 1.3 asysty. Nie obyło się i tu bez słownych starć z innymi zawodnikami przeciwnych drużyn, ale dobry wpływ na emocje Matta miał Kobe Bryant, który potrafił nawiązać z Barnesem odpowiedni kontakt i panowie rozumieli się naprawdę świetnie nie tylko na parkiecie, ale także poza nim. Mimo wszystko nie obyło się bez kilku zawieszeń przez ligę i paru kar finansowych za nieodpowiednie zachowanie, lub przekleństwa skierowane w stronę zawodników, lub fanów przeciwnych drużyn, którzy prowokowali Barnesa swoimi okrzykami w jego stronę.

W drugim sezonie gry dla Lakersów, Barnes zdobywał już 7.8 pkt, 5.5 zbiórki i 2.0 asysty i 0.9 bloku na mecz. Grał więc lepiej, ale po dwóch sezonach przygoda z Lakersami zakończyła się. Pozostał jednak w Los Angeles i podpisał kontrakt z Clippersami, gdzie grał przez trzy kolejne sezony będąc ważnym zawodnikiem w rotacji drużyny i grając na znakomitym poziomie. Tu bowiem przez trzy sezony gry Matt zdobywał średnio 10 punktów, 4.5 zbiórki i 1.5 asysty na mecz będąc weteranem po którym nie widać było za bardzo jego wieku. Mając bowiem 35 lat Matt wciąż imponował swoim atletyzmem i charyzmą, której graczom w jego wieku już bardzo często brakuje. Należy dodać również, że rzucał zza linii 7,24 m na średniej skuteczności 35% celnych rzutów z gry.

Problemy rodzinne

Mniej więcej właśnie w tym okresie, a był to rok 2013 zaczęły się problemy Matta z jego żoną, Glorią, która odebrała mu dzieci. Matt, dla którego rodzina była zawsze wartością najważniejszą przez dłuższy okres nie mógł dojść do siebie. Wpadł w psychiczny dołek, z którego niełatwo było mu się wydostać. To z kolei przełożyło się na jego liczne ekscesy na parkiecie, a także kłótnie z zawodnikami z drużyny i nawet ze swoim trenerem. Doc Rivers, który przejął drużynę Clippersów jako główny szkoleniowiec mimo wszystko wykazywał się dużą cierpliwością do swojego zawodnika i starał się go motywować. Matt zaczął więc po jakimś czasie grać znowu na pełnych obrotach i nauczył się, że kiedy wchodzi na parkiet wszystko inne zostawia za sobą. O wszystkim wypowiadał się w taki sposób:

„…jest bardzo wiele istotnych rzeczy o których nie wiedzą ci wszyscy ludzie o profesjonalnych sportowcach. My (sportowcy) nie mamy czasu na to, żeby usiąść i płakać. Musimy wyjść na parkiet i grać. To prawda, że zarabiamy mnóstwo pieniędzy za grę w koszykówkę. Ale chciałbym, żeby wszyscy wiedzieli, że zawodnicy to też ludzie. Przechodzimy lepsze i gorsze momenty, jak wszyscy, a jesteśmy oceniani tylko przez pryzmat tych minut, które spędzamy na parkiecie. (…) Musimy grać swoje role i udawać jakbyśmy byli najwspanialszymi ludźmi na świecie. Ludzie mają to gdzieś jak się czujemy i w porządku, potrafię to zrozumieć. Płacą nam grubą kasę za to co robimy, więc musimy grać. Pieprzyć naszą ludzką stronę.”

Problemy osobiste Barnesa złożyły się też na nieprzyjemny incydent związany z jego byłym kolegą z Los Angeles Lakers, Derekiem Fisherem. Otóż w zeszłym roku Matt dowiedział się, że jego kumpel z czasów gry w  Lakersach spotyka się z jego byłą żoną. Matt był akurat w Kalifornii. Wsiadł do samochodu i przyjechał do domu swojej byłej żony, żeby po męsku wytłumaczyć Fisherowi co sądzi o tym, że ten spotyka się z kobietą, która jest matką jego dzieci. Cała sytuacja rozegrała się w ogrodzie. Podobno Matt zaatakował Dereka Fishera. Według świadków tego zajścia doszło do szamotaniny, a następnie bójki. Cała sprawa jakoś się rozeszła, a Derek Fisher nie wniósł przeciwko Barnesowi oskarżenia o napaść. Obydwaj panowie nie są już w każdym razie kolegami.

Znany jest też incydent z meczu Play-Off Clippersów z Houston Rockets z 2015 roku, kiedy to siedząca na trybunach mama Jamesa Hardena wdała się w rozmowę  z Barnesem podczas której usłyszała kilka niecenzuralnych słów z jego ust skierowanych w swoją stronę. Cała sytuacja została jednak szybko wyjaśniona i Matt szybko przeprosił za swoje nieodpowiednie zachowanie.

Kochający ojciec

Wszystkie te ekscesy związane były z problemami Barnesa. Matt ma ze swoją byłą żoną dwóch synów i jak mówią jego koledzy z Memphis Grizzlies, drużyny, w której Barnes gra obecnie, jest wspaniałym i kochającym ojcem. Z roli twardziela na parkiecie zmienia się przy swoich synach niemal w inną osobę i z daleka widać, że jego synowie są dla niego najważniejsi. Aktualnie widują się raz na jakiś czas, ale Matt stara się zabierać ich ze sobą wszędzie, gdzie tylko może kiedy są razem z nim.

Matt Barnes dziś gra w klubie, który był pierwszym przystankiem w drodze do spełnienia jego koszykarskich marzeń. Jest lubiany przez jednych i nienawidzony przez drugich, ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że choć przez wiele osób jest uważany za ignoranta i bufona, to potrafił przez te lata gry w lidze i problemy osobiste zawalczyć o siebie, swoją karierę w NBA, a co najważniejsze pozostać w tym wszystkim po prostu sobą.

 

(Cytat pochodzi z: “Matt Barnes: The Clippers’ polarizing pariah who tells it like it really is” ze strony www.si.com)

(Na zdjęciu karta z wizerunkiem zawodnika z kolekcji Panini Hoops 2015/16)

????????????????????????????????????????????????

????????????????????????????????????????????????

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s