Historie pewnych piłek i czegoś jeszcze

Z początku może wydawać się to nieco dziwne, ale prawda jest taka, że każda piłka to jakaś historia. Z każdą z moich piłek, którymi grałem dotychczas wiąże się jakaś opowieść. Kiedy patrzę na swoją startą, poczciwą piłkę Spaldinga, którą kupiłem dwa lata temu, uśmiecham się sam do siebie i przypominam wszystkie te momenty, w których rzucałem nią do czerwonej obręczy ucząc się na nowo gry w koszykówkę.

Pierwsza piłka

 Nie pamiętam już swojej pierwszej piłki do kosza. Wiem tylko, że był 1992 rok, a ja miałem dziesięć lat kiedy pierwszy raz usłyszałem o Michaelu Jordanie. Wszystkie dzieciaki z mojego bloku zaczęły chodzić na drugie podwórko, żeby właśnie tam porzucać do okrągłego metalowego koła. To koło było elementem większej konstrukcji mającej służyć za drabinkę do wspinania się. Koło było umieszczone mniej więcej na wysokości dwóch metrów, więc z racji wzrostu dziesięciolatków dla nas było wtedy na wysokości idealnej. Cóż, ponad dwadzieścia lat temu place zabaw przypominały bardziej muzea sztuki nowoczesnej, aniżeli miejsca, w których można byłoby bezpiecznie się bawić. Ale takie już prawo tamtych czasów i  tak właśnie było. W każdym razie zacząłem przychodzić tam wtedy razem z kolegami z podwórka i rzucaliśmy zwykłą piłką do siatkówki, albo do piłki nożnej.

Któryś z tamtych chłopaków wymyślił wtedy taką grę polegającą na tym, że każdy ma rzucać do tego metalowego koła i jeżeli jego rzut będzie celny, może wtedy zrobić krok do tyłu i rzucać dalej, dopóki nie dojdzie do kroku numer 10. Wtedy będzie mógł wracać z powrotem. Wygrywa ten, kto pierwszy przejdzie w tą i z powrotem wrzucając celnie swoje rzuty.

Pamiętam, że ta gra szczególnie mi się spodobała. Po jakimś czasie byłem już naprawdę niezły i chyba parę razy nawet wygrałem tą grę. To właśnie wtedy naprawdę zajarałem się koszykówką i dostałem w prezencie swoją pierwszą piłkę do koszykówki. Nie wiem jakiej była firmy, w każdym razie o piłkach Spaldinga można było wtedy w Polsce raczej tylko pomarzyć. Pamiętam tylko, że była pomarańczowa.

Graliśmy tą piłką z kolegami wtedy ciągle na tamtym podwórku rzucając do tego cholernego metalowego koła. Oprócz tej gry o której wspomniałem wcześniej rozgrywaliśmy też co jakiś czas mecze jeden na jednego, albo dwóch na dwóch. Moja gumowa, pomarańczowa piłka była ze mną wtedy na tym „boisku” codziennie.

Szał koszykówki

Następnego lata, a był to już rok 1993 nasze osiedle ogarnął szał koszykówki. Na podwórku za ulicą nasza spółdzielnia mieszkaniowa wyrównała na pustym terenie asfalt i zainstalowała prawdziwe konstrukcje do koszykówki! Boisko miało dwa kosze z obręczami przy których wisiały prawdziwe siatki, a na asfalcie pomalowano białą farbą linie. Boisko wyglądało naprawdę okazale. I właśnie wtedy zaczął się tamten szał.

Na tym boisku grano praktycznie ciągle. Grali na nim nie tylko młodsi, ale też starsi, niektórzy mieli po kilkanaście lat i przychodzili na to boisko z dalszych zakątków naszego osiedla. To boisko było oblegane, a tamto miejsce przypominało niemal Brooklyn w Nowym Jorku. Było głośno, gwarno i wokół zawsze stało i oglądało odbywający się mecz co najmniej kilkunastu, lub kilkudziesięciu chłopaków, którzy tylko czekali na swój moment, aż to oni będą mogli zagrać mecz.

To właśnie wtedy Michael Jordan zdobył kolejne mistrzostwo ze swoimi Bullsami, a ja zacząłem oglądać transmisje meczów w drugim programie Telewizji Polskiej. Nie pamiętam natomiast już co stało się z moją pierwszą piłką do kosza. W każdym razie to na niej nauczyłem się wtedy w miarę kozłować i rzucać. Szał koszykówki, który ogarnął wtedy nasze osiedle trwał chyba jeszcze przez jakieś dwa lata, a może trochę dłużej. Nie pamiętam dokładnie. Ja w każdym razie w koszykówkę grałem coraz rzadziej.

Jakiś rok później kupiłem sobie swoją drugą piłkę do koszykówki, a była to piłka firmy Rucanor. Była też gumowa i po jakimś czasie szybko mi się…znudziła. Nie wiem dlaczego, może dlatego, że moi koledzy przestali grać w kosza, albo to po prostu prawo wieku. Mieliśmy wiele zainteresowań i robiliśmy też inne rzeczy. Na jakiś czas przestałem grać. Aż do pewnego momentu.

„Magic Basketball” i piłka ze skóry syntetycznej

Na początku 1995 roku zobaczyłem w kiosku ten magazyn i myślałem, że śnię. To było coś niesamowitego. Czerwono-żółte litery mówiły jednak wszystko i kiedy spojrzałem jeszcze raz na kolorowe pismo, które uśmiechało się do mnie zza szyby kiosku wiedziałem, że TO JEST TO! A był to „Magic Basketball”, pierwsze polskie pismo, w którym można było przeczytać o koszykówce zza oceanu, pierwszy magazyn, dzięki któremu zacząłem poznawać sylwetki zawodników ligi NBA.

Zacząłem grać w koszykówkę znowu, ale swojej piłki przez pierwszy rok nie miałem. Zimą 1997 roku pojechałem kupić sobie nową piłkę do kosza. Naoglądałem się przez ten rok zdjęć piłek ze skóry syntetycznej i bardzo chciałem właśnie taką mieć, bo były one, jak to mówił mój kumpel z klasy „jakieś ładniejsze i gładsze, no i pewnie lepsze w dotyku”.

Pojechałem więc z tym kolegą do dużego sklepu sportowego w centrum Warszawy mając nadzieję, że znajdziemy tam taką właśnie piłkę w przystępnej cenie. Nie zawiedliśmy się. Na półkach było sporo piłek, były już wtedy też dostępne skórzane piłki Spaldinga (te ze skóry kompozytowej), ale ich cena przewyższała moje możliwości. Były też piłki z logo drużyn NBA, między innymi mojego ulubionego wtedy  klubu Charlotte Hornets. Ale one były gumowe, a ja dobrze wiedziałem czego chcę i kiedy zauważyłem pomarańczową piłkę na którejś z półek, która swoim wyglądem przypominała piłki Spaldinga ze skóry kompozytowej od razu wiedziałem, że to właśnie tą chcę mieć.

Kupiłem więc piłkę firmy „Boston” i dobrze ją pamiętam. Grałem nią już z pasją, z taką prawdziwą pasją. Prawie po każdym meczu właziłem z tą piłką do łazienki i solidnie myłem ją nad wanną, żeby tylko nie była zbyt…brudna. Cóż, po prostu ją uwielbiałem! Po jakimś czasie zrozumiałem, że piłki się brudzą i ścierają i przestałem ją czyścić, żeby była wciąż ładna.

Grałem tą swoją piłką ze skóry syntetycznej przez całą wiosnę i lato 1997 roku. To właśnie tą piłką nauczyłem się wtedy naprawdę grać. Nie byłem może jakiś rewelacyjny, ale nauczyłem się po prostu lepiej kozłować, rzucać i robić jakieś tam w miarę przyzwoite zwody. To właśnie wtedy rozgrywał swój pierwszy sezon w NBA Allen Iverson, który niemal natychmiast, kiedy tylko zobaczyłem go w akcji stał się moim największym koszykarskim idolem. Jego crossovery to było coś, czego sam też próbowałem się nauczyć. Szło średnio, ale nie przejmowałem się. Po prostu grałem.

Jaraliśmy się wtedy też z kolegami Jordanem, Pippenem i oczywiście Dennisem Rodmanem, którzy zdobywali kolejne mistrzostwo. Ja szczególnie upodobałem też sobie wtedy Rodmana i polubiłem zbieranie piłek z tablic. Naprawdę podobało mi się zbieranie z tablic i byłem w tym nawet niezły.

Wtedy właśnie postanowiłem, że spróbuję swoich sił w szkole sportowej o czym możecie przeczytać tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/04/28/karty-nba-brett-szabo-i-nie-spelnione-marzenie-2/

Tamtą piłką „Boston” grałem sporo i bardzo dobrze ją pamiętam. Zdarzało się, że zrywałem się wtedy z pierwszych lekcji w ósmej klasie podstawówki i szedłem o 8.00 rano porzucać samemu na naszym osiedlowym boisku przy wodzie oligoceńskiej.

Przerwa w grze

Po rozpoczęciu nauki w liceum jakoś przestałem na jakiś czas interesować się koszykówką. Moja piłka ze skóry syntetycznej ugrzęzła na dobre w szafie. Dopiero dwa lata później przypomniałem sobie o koszykówce i znowu zacząłem przychodzić na boisko. Grałem przez dwa sezony, ale nie miałem do gry już takiego zapału i takiej pasji jak kiedyś. Oglądałem natomiast z wielkim zainteresowaniem finały NBA w 2001 roku, w których Allen Iverson próbował wygrać mistrzostwo z Kobe’m Bryantem i jego świtą z Lakersów. Niestety nie udało mu się to i Lakersi wygrali tamtą serię 4:1.

A ja? Ja przychodziłem po prostu na boisko, ale koszykówka interesowała mnie już coraz mniej.  Po jakimś czasie przestałem grać i to na długo.

Chwilowa zajawka

Siedem lat później, któregoś wiosennego dnia szliśmy z moim kumplem przez osiedle i zaczęliśmy rozmawiać o NBA. Jakoś tak przypomnieliśmy sobie te wszystkie fajne momenty, w których gra w kosza była dla nas tym czymś, co sprawiało, że czuliśmy się przez moment jak gwiazdy NBA. Gadaliśmy tak sobie o Rodmanie, Jordanie, o mistrzostwach Chicago Bulls, aż wpadliśmy na pomysł, że pójdziemy porzucać. Problem był tylko taki, że on nie miał piłki, a ja też swojej piłki ze skóry syntetycznej „Boston” już dawno nie miałem. Nawet nie wiem gdzie się podziała.

Pojechaliśmy więc kupić z kumplem nową piłkę i oczywiście ja upierałem się, że: „musi być ze skóry syntetycznej, no wiesz, będzie lepsza, bo one są najlepsze! Musi być ze skóry syntetycznej!” Kupiliśmy w Decathlonie nową piłkę. Była to ciemno-pomarańczowa piłka firmy „Kipsta”, z którą od razu po zakupie udaliśmy się na okoliczne boisko przy centrum handlowym, żeby porzucać. Rzucaliśmy głównie osobiste i z półdystansu. Jakoś nie miałem ochoty po tak długiej przerwie grać jeden na jednego.

Przez jakiś czas przychodziliśmy na to boisko przy centrum handlowym, aż w końcu nam się…znudziło. Piłkę, którą wtedy kupiliśmy mam jednak do dziś. Wygląda tak:

historie piłek kipsta

Powrót jak Michael Jordan

Nie grałem później w koszykówkę przez następne pięć lat. Nie dotykałem piłki. Nie interesowałem się NBA. Aż któregoś dnia po prostu to do mnie wróciło. Zobaczyłem w salonie prasowym amerykański magazyn o koszykówce i przypomniałem sobie o pomarańczowej piłce. Wróciłem do domu i pierwsze co zrobiłem, to wyjąłem z szafy tamtą piłkę, którą kupiliśmy parę lat wcześniej z kumplem i wyszedłem na boisko. O tym co było później możecie przeczytać tu: https://rzutzdystansu.wordpress.com/2015/04/17/czekajac-na-celny-rzut/

Przychodziłem tamtego lata niemal codziennie na to pierwsze boisko, które zrobili na naszym osiedlu dwadzieścia lat wcześniej i rzucałem głównie z linii osobistych do zdezelowanej tablicy z trzeszczącą obręczą. Znowu zacząłem interesować się koszykówką NBA i zawodnikami wybranymi w tamtym Drafcie. Z pierwszym numerem poszedł wtedy Anthony Davis, który dziś gra w New Orleans Pelicans.

Nowe piłki i przegrane mecze z synem

Po jakimś czasie od swojego „powrotu” do koszykówki pomyślałem, że przydałaby mi się nowa piłka. Pojechałem do sklepu sportowego i kupiłem piłkę „Pro Touch”, z którą przyłaziłem na boisko jeszcze kolejnego lata. Uczyłem się wszystkiego od nowa i szlifowałem swoją formę. Musiałem uczyć się dosłownie każdego elementu gry od  początku. To ta piłka:

historie piłek pro touch

Dwa lata temu zacząłem też uczyć gry w koszykówkę swojego syna. Jak się domyślacie, trzeba było… kupić mu piłkę. Nie mógł grać piłką w tradycyjnym rozmiarze 7, więc grał przez jakiś czas swoją pomarańczową „trójką” Nike’a.  Od tego roku gra już „piątką” Moltena. Póki co nieźle kozłuje i świetnie wychodzą mu rzuty osobiste. Jest też niezły w obronie, choć trzeba dodać, że nieźle fauluje. Rzuca z trochę bliższej odległości, ale najważniejsze, że często celnie! Gramy też mecze jeden na jednego i parę razy udało mi się nawet z nim nie przegrać. Cóż, jest naprawdę dobry, no i młodszy ode mnie. Jestem z niego dumny, ponieważ mając 8 lat potrafi rzucać celnie spod kosza do obręczy zawieszonej na normalnej wysokości 305 cm. Oto piłki mojego syna:

historie piłek trójkahistorie piłek molten

A wracając do tematu piłek, to po dwóch latach od „powrotu” do systematycznego grania w koszykówkę zachciało mi się…prawdziwego „Spaldinga” ze skóry kompozytowej. Długo zbierałem się nad decyzją kupna tej piłki, bo przecież w sumie to miałem już dwie piłki. Tyle, że były to piłki średniej jakości, no i trochę się przez te dwa lata zużyły.

Kupiłem więc piłkę Spalding TF-500, która była naprawdę porządna. Zrobiona z miękkiej skóry kompozytowej dobrze trzymała się dłoni i grając tą piłką nauczyłem się jeszcze lepiej kozłować. Oprócz kozłowania poprawiłem też celność rzutów z półdystansu i „trójek”, które po kilkunastu dniach treningów zaczęły wpadać w obręcz coraz częściej. Właśnie wtedy pomyślałem, że fajnie byłoby grać w jakiejś amatorskiej lidze koszykówki. Udało mi się dostać „angaż” w jednym z klubów amatorskiej ligi jako ostatni rezerwowy.

historie piłek spalding

Tą piłką Spalding TF-500 znowu zaczęliśmy też grać razem z kumplem i przez półtora roku gry niekiepsko się starła, co możecie zobaczyć na załączonym zdjęciu. W międzyczasie grając już w koszykówkę systematycznie od dwóch lat moja zajawka osiągnęła taki punkt, że…założyłem tego bloga.

Po drodze dostałem jeszcze od znajomego piłkę Spaldinga z podpisami koszykarzy, ale…niestety znajomy nie wiedział czyje to dokładnie podpisy. Próbowałem je rozszyfrować, ale nie udała mi się ta sztuka. W każdym razie na pewno są to podpisy polskich koszykarzy, którzy prawdopodobnie grają, lub grali w polskiej pierwszej, lub drugiej lidze koszykówki.

historie piłek podpis

Wracając jeszcze do piłek, to w zeszłym roku kupiłem na jakiejś naprawdę niezłej przecenie piłkę Spalding Tack Soft Pro, którą grywam głównie na hali. Piłka jest świetna, ale wydaje mi się, że zdecydowanie najlepiej grać nią tylko i wyłącznie w hali, ponieważ zrobiona jest z nieco miększej skóry kompozytowej, która ściera się dość szybko.

Przy okazji bycia posiadaczem tej piłki zmieniłem drużynę i od tego roku jestem dumnym reprezentantem drużyny Erbol. W meczach grywam niewiele, jednak doskonale znam swoje możliwości. Ale pracuję nad  swoją formą przychodząc na boisko kiedy tylko się da.

Jak więc widać, piłka do koszykówki to nie tylko piłka. To coś więcej. To historia, która wiąże się z każdym dniem spędzonym z nią na boisku, czy w hali, począwszy od jej kupna, systematycznego ścierania się jej podczas gry, aż do…zmiany piłki na nową. I właśnie dzięki tym piłkom można później napisać taki artykuł jak ten.

piłki 4

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s