Odrodzenie Jeremy’ego Lina

 Po przybyciu latem zeszłego roku do klubu z Charlotte, Jeremy Lin w przeciągu tego sezonu pokazał, że wciąż potrafi być tym zawodnikiem na którego mogą liczyć zawodnicy i fani „Szerszeni”. Mając blisko siebie Michaela Jordana, który jest współwłaścicielem wciąż rozwijającej się drużyny z Charlotte, Jeremy Lin przypomniał sobie czym dla niego jest koszykówka i odbudował się mentalnie w swoim nowym klubie. A już za chwilę będzie miał okazję powalczyć o coś więcej ze swoją drużyną w trakcie rozgrywek Play-Offs.

 

Koszykarskie początki w college’u i w NBA

Rodzice Jeremy’ego wyemigrowali z Tajwanu do USA jeszcze przed narodzinami syna. Młody Jeremy lubił grywać w koszykówkę od małego. Nie wyróżniał się specjalnie niczym szczególnym, co miałoby w przyszłości uczynić z niego koszykarza. Nie był bowiem ani zbyt wysoki, ani dobrze zbudowany. Był po prostu zwykłym, przeciętnym chłopakiem z okolicy, którego często widziano z piłką do kosza. Ale dla Jeremy’ego koszykówka była na tyle ważna, że w szkole średniej w Palo Alto w Kalifornii już był postrzegany jako „gwiazdor” szkolnej drużyny.

Po szkole średniej podjął studia na Harvardzie, gdzie studiował Ekonomię. Grając na uczelni zdobywał w swoim najlepszym, trzecim roku gry średnio 17.8 pkt, 5.5 zbiórki, 4.3 asysty i 2.4 przechwytu na mecz. Po ukończeniu studiów postanowił spróbować swojej szansy w lidze NBA.

Jeremy nie został wybrany w drafcie do NBA w 2010 roku. Otrzymał jednak propozycję od Golden State Warriors, aby zagrać w barwach „Wojowników” podczas rozgrywek ligi letniej. Zaprezentował się tam na tyle dobrze, że klub postanowił podpisać z nim niegwarantowany kontrakt.

Młody rozgrywający w swoim debiutanckim sezonie otrzymywał jednak zbyt małą ilość minut gry. Zdobywał średnio 2.6 pkt, 1.2 zbiórki i 1.4 asysty na mecz grając średnio po 10 minut. Wystąpił tylko w 29 meczach sezonu regularnego, często będąc odsyłanym do ligi NBDL, gdzie miał się po prostu „ogrywać” i zdobywać dalej koszykarskie umiejętności.

Po sezonie nie otrzymał jednak kolejnej propozycji od Golden State Warriors i pojechał do Chin, aby grać w tamtejszej lidze w drużynie Dongguan Leopards. Wkrótce wzbudził zainteresowanie sztabu szkoleniowego New York Knicks, gdzie przed sezonem 2011/12 podpisał kontrakt. W Nowym Jorku przez dłuższy czas nie otrzymywał jednak tylu minut gry, ilu potrzebował, żeby pokazać co naprawdę potrafi. Szansa przyszła dopiero w lutym w meczu z New Jersey Nets. I Jeremy tą szansę wykorzystał najlepiej jak potrafił. Zdobył 25 punktów, 5 zbiórek i 7 asyst, a drużyna z Nowego Jorku wygrała mecz.

 To był tylko początek. W kolejnych meczach Jeremy zaczął grać po prostu  niesamowicie, stając się pierwszoplanowym zawodnikiem swojej drużyny. W wygranym meczu przeciwko Los Angeles Lakers zdobył 38 punktów, 4 zbiórki i 7 asyst.  Kobe Bryant nie wiedział co się dzieje, a Jeremy Lin wreszcie otrzymał swoją szansę na pokazanie wszystkim swoich koszykarskich umiejętności.

W kolejnych meczach zdobywał odpowiednio: 20, 27, 10, 26, 28 i 21 punktów stając się sensacją w lidze NBA. Fani nowojorskiego klubu oszaleli na punkcie swojego rozgrywającego, a nagłówki sportowych gazet i czasopism przez jakiś czas bardzo często zdobiła podobizna Jeremy’ego.

Szał „Linsanity”

Kiedy w 2012 roku po kilkunastu udanych występach Jeremy’ego Lina jeszcze w koszulce drużyny z Nowego Jorku wybuchł szał „Linsanity”, wielu fanów NBA sądziło, że młody zawodnik będzie długo „czarował” wszystkich koszykarskich kibiców swoją grą. Owszem, występy Lina w koszulce „Knicksów” były wyśmienite, ale ten moment tak wspaniałej gry nie trwał na tyle długo, aby Jeremy mógł stać się zawodnikiem formatu „All Star” jak myśleli niektórzy.

Po tym niezłym sezonie, w którym zdobywał dla ekipy z Nowego Jorku średnio 14.6 pkt, 3.1 zbiórki i 6.2 asysty na mecz, później nie było już tak pięknie. Lin zmienił klub i przeszedł do Houston Rockets, gdzie nie był już tym samym świetnym rozgrywającym jakim dał się poznać grając w Nowym Jorku. Będąc rozgrywającym ekipy z Teksasu starał się jak mógł i pracował ciężko, ale jego wysiłki nie dawały już takich efektów, jakie osiągał wcześniej.

Przenosiny do Houston

Jeremy był coraz bardziej sfrustrowany tym, że nie prezentował już takiego poziomu gry jakiego od niego oczekiwano. Fani w Houston czekali na wybuch „Linsanity”. To się jednak nie działo. Bycie zmiennikiem Jamesa Hardena nie wpływało najlepiej na Jeremy’ego. Chciał być numerem jeden, tym zawodnikiem, na którego przede wszystkim stawia trener. Ale pierwszym rozgrywającym był James Harden i Jeremy grał w jego cieniu.

Po jakimś czasie Jeremy’ego doszły słuchy, że niektórzy w klubie twierdzą, że jest zawodnikiem przereklamowanym. To zdecydowanie też nie pomagało odbudować mu się mentalnie.

 Mentalna odnowa

Jeremy nigdy nie ukrywał, że jest praktykującym chrześcijaninem i wiara zawsze odgrywała w jego życiu ważną rolę. Po wielu modlitwach zaczął rozumieć, ze cała ta presja bycia lepszym tylko mu w grze przeszkadzała, zamiast pomagać. Stopniowo młody koszykarz zaczął bardziej koncentrować się innych rzeczach i to pomogło mu mentalnie powrócić na właściwą drogę. Sam wypowiadał się na temat roli wiary w swoim życiu w ten sposób:

„…Wiele osób ma szansę zobaczyć we mnie kogoś więcej niż tylko koszykarza i chciałbym wykorzystać tą możliwość, aby wychwalać Jezusa w taki sposób, żeby przełamać stereotypy dotyczące Azjatów. (…)”

Jeremy nigdy nie próbował wykorzystywać swojego statusu znanego sportowca-celebryty, aby udawać poprzez ten wizerunek kogoś, kim nie jest. Jak mówił w wywiadach:

„…Nie jestem innym człowiekiem niż Wy. Jestem taki sam. Często mam gorsze dni, jestem zniechęcony i mam ochotę się poddać przez to, ze nie czuję się wystarczająco dobry. Ale Bóg przychodzi do mnie w swój unikalny, niesamowity sposób w dobrym momencie za każdym razem i umacnia mnie”.

Tłumaczył też to w jaki sposób starał się dotrzeć do samego siebie i sensu tego, co robi:

Życie nie jest po to, żeby starać się wciąż zachowywać swoją wyższość i swój perfekcjonizm i eliminować wciąż swoje ułomności. Sens życia chrześcijanina to dzielenie się swoją relacją z Chrystusem i bycie przy innych w tych dobrych i w tych złych momentach. Nie wiem co będzie ze mną dalej, nie wiem gdzie się znajdę, po prostu ufam Temu za kim podążam.”

Opowiadał też jak ważną rolę odgrywa w jego życiu Jezus:

„Jezus jest dla mnie wszystkim. Bez niego nie miałbym celu w swoim życiu.”

Jeremy będąc jeszcze studentem Harvardu wielokrotnie działał w kółkach chrześcijańskich. Wychował się w bardzo wierzącej rodzinie, dla której liczyły się przede wszystkim chrześcijańskie wartości. Zarówno matka, jak i ojciec Jeremy’ego chcieli swojego syna wychować na porządnego człowieka i udało im się to.

Gram po prostu dla Boga. To jest to, nad czym staram się koncentrować każdego dnia. Mam dobre mecze i mam gorsze mecze. Jeżeli gram dla Boga i gram twardo i nieustępliwie i staram się oddać Bogu jego chwałę, świetność i wspaniałość, wtedy czuję, że jest OK. Staram się wierzyć, że wszystko będzie w porządku cokolwiek by się nie działo i że to wszystko jest częścią wspaniałego planu Boga wobec mnie.”

Właśnie między innymi dzięki wierze w Boga, Jeremy odzyskał radość z gry w koszykówkę i zaczął grać znowu na wyższym poziomie. Często zamykał się w swoim pokoju i kontemplował. Po jakiś czasie zaczął grać w koszykówkę z prawdziwą przyjemnością.

Przygoda w Lakers

W 2014 roku Jeremy przeniósł się do Los Angeles Lakers. W 74 meczach sezonu regularnego zdobywał średnio 11.2 pkt, 2.6 zbiórki i 4.6 asysty na mecz, dodając do tego też średnio 1 przechwyt. Gra u boku Kobe’go Bryanta była dla niego co prawda czymś wyjątkowym, ale i tu nie spodobało mu się na tyle, żeby chciał związać się z klubem na dłużej. Lakersi okazali się więc dla niego tylko przygodą i epizodem w dotychczasowej koszykarskiej karierze. Po sezonie 2014/15 został wolnym agentem i otrzymał kilka propozycji gry dla różnych klubów. Spośród nich wybrał grę dla Charlotte Hornets.

Odrodzony w Charlotte

Jeremy wybrał właśnie ten klub doskonale zdając sobie sprawę z tego, że będzie mógł liczyć na…Michaela Jordana, który oprócz pełnienia funkcji współwłaściciela klubu bywa tez mentorem dla swoich młodych zawodników. A przecież M.J. to M.J. . nie byłoby więc właściwą rzeczą odmawiać takiej osobistości, tym bardziej, że Jeremy bardzo pasował do stylu gry takich zawodników „Szerszeni” jak Kemba Walker, czy Al Jefferson.

W pierwszej części sezonu w koszulce „Szerszeni” Jeremy zanotował wyraźną poprawę w swojej grze i już na początku sezonu zdarzały mu się takie mecze jak choćby wygrany mecz z 3 listopada 2015 z Chicago Bulls, w którym zdobył 15 pkt, 5 zbiórek i 4 asysty w ciągu 19 minut gry, lub mecz przeciwko „Leśnym Wilkom” z Minnesoty z 10 listopada 2015, w którym zawodnik zdobył 19 pkt, 1 zbiórkę i 3 asysty grając na skuteczności 6 na 11 rzutów z gry.

Warto wspomnieć też o tym, że już od samego początku rozgrywek nowego sezonu Jeremy wyróżniał się też nietypową fryzurą, grał bowiem z „irokezem” na głowie przez pierwszą część rozgrywek. Walory estetyczne nowej fryzury rozgrywającego ekipy z Charlotte to już sprawa dyskusyjna, lepiej więc skoncentrować się na dalszych wynikach sportowych zawodnika niż na jego fryzurze.

W dalszej części sezonu Jeremy grał na przyzwoitym poziomie nie wyróżniając się szczególnie, ale już 17 grudnia w meczu przeciwko Toronto Raptors znowu zadziwił wszystkich. Zdobył bowiem 35 punktów, 5 zbiórek, 4 asysty i 2 bloki trafiając 13 ze swoich 22 rzutów z gry! Fani w hali klubu z Charlotte oszaleli i tego wieczoru byli chyba najgłośniejszymi kibicami w całej lidze NBA. Jeremy przypomniał o sobie w najlepszy możliwy sposób i szał „Linsanity” na chwilę znowu powrócił.

W kolejnych meczach dalszej części sezonu rozgrywający drużyny „Szerszeni” w dalszym ciągu grał na przyzwoitym poziomie, zdobywając średnio po kilkanaście punktów w każdym meczu. Jeremy znowu stał się tym zawodnikiem, którym chciał od dawna znowu być.

W styczniu jeszcze kilka razy zadziwił wszystkich fanów koszykówki w Charlotte. Zdobył między innymi dwukrotnie po 26 punktów w meczach przeciwko Clippersom ( 9 celnych rzutów z gry na 16 ), oraz przeciwko swojej byłej drużynie New York Knicks. Miał tez kilka innych świetnych meczów, między innymi przeciwko drużynie z Atlanty (19 pkt, 5 zbiórek, 5-11 z gry), , Oklahomie City Thunder (16 pkt, 1 zbiórka, 2 asysty, 6-11 z gry), oraz z Sacramento Kings (20 pkt, 7 zbiórek, 11 asyst, 8-19 z gry).

W lutym Jeremy poszalał też w meczu przeciwko Cleveland Cavaliers, w którym zdobył 24 punkty, 5 zbiórek i 8 asyst przy skuteczności 7-13 z gry, w tym 2-4 zza linii trzech punktów, a w marcu w meczu z San Antonio Spurs znowu był najskuteczniejszym zawodnikiem swojej drużyny zdobywając 29 punktów, 7 zbiórek i 2 asysty rzucając celnie 11 ze swoich 18 rzutów z gry. Warto zaznaczyć, ze w tym meczu miał 100% skuteczność rzutów za „trzy”, trafił wszystkie swoje 4 rzuty.

W kwietniu w meczu przeciwko Boston Celtics Jeremy zdobył jeszcze 25 punktów, 7 zbiórek i 5 asyst, trafiając tym razem wszystkie 10 rzutów z linii osobistych.

Nowe wyzwania

Przed rozgrywającym drużyny z Charlotte teraz stoją kolejne wyzwania. Ekipa „Szerszeni” właśnie awansowała do fazy Play-Offs, w której w pierwszej rundzie zmierzy się z drużyną Miami Heat. Jeremy Lin, który przybył do klubu z Charlotte odzyskując tym samym swoją dawną charyzmę i pasję do gry, ma szansę teraz podjąć nowe wyzwanie i spróbować zawalczyć przynajmniej o awans do kolejnej rundy Play-Offs.

„Stawiamy sobie wysokie cele. To nie znaczy, że zawsze będziemy grali świetnie, ale postawiliśmy sobie poprzeczkę wysoko i kiedy tak jest, to nigdy nie wiesz, co z tego wyniknie. To dla mnie ekscytujące. Można powiedzieć, że jesteśmy w jakimś stopniu lekceważeni jako drużyna, ale ja byłem lekceważony w życiu wiele razy. To dla mnie nic nowego i lubię być na takiej pozycji.”- tak wypowiadał się w wywiadzie Jeremy Lin o nadziejach i oczekiwaniach w Charlotte dotyczących gry w rozgrywkach Play-Offs.

W pierwszym meczu ekipa z Charlotte co prawda przegrała, a Jeremy zdobył tylko 9 punktów, 2 zbiórki i 3 asysty, ale po tym co pokazał w trakcie tego sezonu z pewnością wielu fanów klubu ma prawo mieć nadzieję, że ich ulubieni zawodnicy  postarają się sprawić przyjemną niespodziankę i być może zagrać pierwszy raz w półfinałach Konferencji Wschodniej.

(Cytaty pochodzą ze stron:

– christianitydaily.com „Jeremy Lin Plans to Glorify Jesus Christ and Break Down Asian Stereotypes in the NBA: Charlotte Hornets PG Focuses on God in the Highs and Lows”

-christianpost.com “Jeremy Lin Explains Why Jesus Is Everything”)

-charlotteobserver.com “Charlotte Hornets’ Jeremy Lin is a mystery to everyone but himself”

(Na zdjęciu karta z wizerunkiem zawodnika z kolekcji Panini)

jeremy lin card 3

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s