Co z tym rzutem za 3 punkty?

Ostatnimi czasy sporo mówi się o „tych, którzy zmienili koszykówkę”. Dyskusji na forach koszykarskich portali internetowych nie ma końca, a do tych debat dołączyli się niedawno nie tylko sami koszykarscy fani. Jakiś czas temu także byli trenerzy z samej wielkiej ligi NBA pisali na Twitterze, bądź dyskutowali w mediach na temat rzutów z dystansu w koszykówce. Rzut za trzy punkty chyba jeszcze nigdy wcześniej nie wzbudzał tylu emocji i to zarówno pozytywnych, jak też negatywnych.

 Nigdy wcześniej chyba rzut z dystansu nie potrafił tak wspaniale wkurzać jednych i, z drugiej strony, wywoływać uśmiech na twarzach drugich. Kto za tym wszystkim stoi wiedzą zapewne doskonale wszyscy fani NBA i nie trzeba nikomu o tym przypominać. Ale może niektórym trzeba, więc…cóż…przypomnę zatem. Otóż nie kto inny jak duet zwany „Splash Brothers” rzekomo zmienił oblicze koszykówki. Duet ten reprezentują Stephen Curry i Klay Thompson z Golden State Warriors i to właśnie w ślad za nimi poszli inni i to nie tylko na parkietach NBA, ale także w innych ligach, a także w salach wielu szkół średnich na całym świecie. Ale czy tylko tam? Otóż nie. Moda na rzucanie za trzy punkty pojawiła się już także na zwykłych, osiedlowych boiskach.

 Szczerze mówiąc, to ja nigdy nie lubiłem rzucać za trzy. Naprawdę. Jeszcze kiedy grałem w koszykówkę w ostatniej klasie szkoły podstawowej i później w szkole średniej rzut za trzy nigdy nie był przeze mnie zbyt lubiany. Nie lubiłem go. Dlaczego? Cóż…linia „trójki” była po prostu jak dla mnie zawsze zbyt daleko. Próbowałem nie raz rzucać z tego miejsca, ale piłka zazwyczaj nie odnajdywała w ten sposób swojej drogi do obręczy. Leciała za to mniej więcej albo w bok tablicy, albo w bok obręczy. Jeżeli trafiłem za trzy, to było to niemal jak święto.

Sytuacja ta zmieniła się natomiast kilkanaście lat później. Uprzedzam od razu, że bynajmniej nie byłem nigdy jakimś wielkim fanem Stephena Curry’ego i Klaya Thompsona.  Zdecydowanie bardziej lubiłem rzucać też z półdystansu i takie właśnie rzuty wykonywałem najczęściej na swoich treningach. Pewnego dnia, kiedy wyszliśmy z kumplem pograć na nasze okoliczne osiedlowe boisko znowu trenowałem swoje rzuty z półdystansu. Kiedy tak rzucałem, spojrzałem w pewnym momencie jak mój kumpel trafia trójki niemal jedna za drugą na drugim koszu. Pomyślałem więc, że w sumie to mógłbym spróbować rzucić parę razy za trzy. Co mi tam. Pewnie i tak przecież żaden rzut nie trafi do celu. Krzyknąłem do kumpla:

Wiesz co, chyba spróbuję rzucić parę razy za trzy!

Z przeciwległej strony boiska odezwał się głos:

Co?!

Mówię, że chyba spróbuję rzucić parę razy za trzy!

Spoko! Próbuj.

 Stanąłem więc na linii rzutów za trzy, popatrzyłem na obręcz i…rzuciłem. Piłka leciała, leciała długo, a może tylko tak mi się wydawało, aż w końcu…odbiła się od obręczy i nie wpadła w nią.

Wszystko jak zwykle…” – pomyślałem, po czym podbiegłem pod kosz po piłkę. Postanowiłem jednak, że spróbuję jeszcze raz. Przebiegłem kozłując piłkę na boczną stronę boiska. Znowu stanąłem i rzuciłem. Piłka leciała, leciała długo, a może tylko tak mi się wydawało, aż w końcu…usłyszałem ten jeden, jedyny w swoim rodzaju piękny dźwięk brzęczącej metalowej siatki przytwierdzonej do obręczy. Rzuciłem celnie! Był to pierwszy od wielu lat mój celny rzut za trzy punkty. Co prawda rzucony w czasie indywidualnego treningu, ale mimo wszystko. Rzut był celny i to mnie ucieszyło. Krzyknąłem do kumpla:

Trafiłem! Widziałeś to?! Cholera, trafiłem!

Brawo! – odpowiedział mi, po czym dodał:

Rzucaj dalej.

Zacząłem więc rzucać. Co jakiś czas wpadała w obręcz kolejna „trójka”. Przyznaję, byłem naprawdę uradowany tym faktem. Prawdę mówiąc, to zazdrościłem trochę kumplowi, że on trafia te swoje trójki. Właśnie dlatego między innymi już od jakiegoś czasu chciałem spróbować i ja. Tyle, że cały czas wydawało mi się, że to jest…za daleko. Stając zwykle na linii trzech punktów zawsze byłem pewny, że nie trafię. Ale jak się okazało, myliłem się.

Do czego zmierzam? Już tłumaczę. Powiem to w najprostszy możliwy sposób. Wiele osób ze środowiska koszykarskiego jest zniesmaczonych współczesną koszykówką twierdząc, że rzuty za trzy punkty zniekształcają grę i cały obraz koszykówki jako dyscypliny sportowej. Nie jest bowiem koszykówka sportem indywidualnym, lecz drużynowym. Tu nie gra jeden, czy dwóch zawodników, lecz pięciu. Co w takim razie jeżeli w pięcioosobowej drużynie mamy dwóch zawodników, którzy rzucają rewelacyjnie za trzy i przez większą część meczu nie mają zamiaru wchodzić pod kosz? Co dzieje się w tym momencie z grą pod koszem? Co z podkoszowymi? Po co w drużynie centrzy? Co z grą tyłem do kosza?

Wiele osób z pewnością zdziwią te pytania, bo przecież „jak to, po co?” Przecież komuś kto gra na pozycji centra tak łatwo zdobyć punkty spod tablicy. W porządku, powiedzmy, że łatwo, a może inaczej. Łatwiej zdobyć punkty spod kosza niż rzucić celnie z odległości kilku metrów. Tyle, że center zdobywa w ten sposób dwa punkty. Zawodnik rzucający z dystansu zza tej tak bardzo znielubianej  linii „trójek” przez niektórych fachowców koszykarskich zdobywa natomiast trzy punkty. Co zatem jeżeli będzie miał dobry dzień i trafi w ten sposób sporo rzutów? Otóż wtedy być może zdarzy się to, co zdarzyło się w meczu numer sześć tych rozgrywek Play-Offs w lidze NBA, kiedy to Klay Thompson trafił 11 razy za trzy punkty, tym samym prowadząc swoją drużynę do spektakularnego zwycięstwa, obwieszczając całemu światu, że fajnie jest czasem spróbować swoich sił zza łuku.

Zeszłoroczne mistrzostwo Golden State Warriors, popisy Stephena Curry’ego w zakończonym niedawno sezonie regularnym w NBA i wspomniany wcześniej wyczyn Klaya Thompsona doprowadziły właśnie do tego, że rzut za trzy punkty stał się w koszykówce tak popularny i zapanowała na niego wręcz swego rodzaju moda.

Ja natomiast nie jestem przeciwny rzucaniu za trzy punkty. Jestem tylko przeciwny tej całej „modzie na trójki”. Są bowiem zawodnicy, którym postura i umiejętności pozwalają pewnie wchodzić pod kosz i zdobywać punkty spod kosza. Są jednak też tacy, którzy lepiej czują się po prostu rzucając. I dlatego niech każdy robi podczas gry swoje. Tak będzie najlepiej. Lubicie wchodzić pod kosz? Zatem wchodźcie. Wolicie rzucać z półdystansu i to wychodzi Wam najlepiej? Rzucajcie. W koszykówce jest miejsce dla każdego.

Nie ma też mowy, że Curry i Thompson „zniekształcili” współczesną koszykówkę. Ci zawodnicy raczej ubarwili grę jeszcze bardziej. Oprócz tego nie są przecież pierwszymi i nie jedynymi zawodnikami, których charakterystyczną cechą są właśnie rzuty za trzy. Przed nimi byli przecież choćby tacy zawodnicy jak Reggie Miller, który w latach 90-tych grał w Indiana Pacers, Steve Kerr (obecny trener Golden State Warriors), Ray Allen z Miami Heat, Peja Stojakovic, który grał w Sacramento Kings, Steve Nash, który niedawno zakończył karierę… A przecież w lidze aktualnie również gra sporo graczy, którzy słyną ze swojego rzutu z dystansu, takich choćby jak J.R. Smith i Channing Frye z Cleveland, Kyle Singler z Atlanty, Kirk Hinrich, James Harden z Houston Rockets, czy Jamal Crawford z L.A. Clippers.

Wszyscy ci zawodnicy przecież tylko dostosowali swoją grę i umiejętności do wcześniej już ustalonych zasad i przepisów gry. A to, że doprowadzili ten element gry do perfekcji, to już inna kwestia, prawda?

P.S. W meczu 8 kolejki spotkań rundy wiosennej w warszawskiej lidze WNBA pomiędzy moją drużyną Erbol a Big Mike Academy trafiłem swoją pierwszą „trójkę” w lidze. I wiecie co? Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy.

rzut za 3 punkty blog

 

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s