Rap-sodia z koszykówką w refrenie

Wpatrywałem się w ekran migoczącego telewizora z kubkiem gorącej herbaty w ręku, a w telewizji jak zwykle przedświąteczne reklamy grały pierwszoplanową rolę, kiedy w pewnym momencie coś przykuło moją uwagę przy oknie. Odłożyłem niespiesznie ciepłą jeszcze herbatę z cytryną, wstałem i spojrzałem w kierunku okna. Gęsty śnieg zaczął wreszcie padać, a jego białe płatki coraz bardziej przykrywały szary asfalt na chodnikach i gałęzie na drzewach. Śnieg. Biały, uspokajający śnieg, który znowu pojawił się na chwilę w Polsce.

Nie wiedziałem co robić w to grudniowe senne popołudnie. Włożyłem do wieży starą płytę Outkast „Aquemini”, której uwielbiam słuchać w te nieco ponure, zimowe dni. Włączyłem „play” i przerzuciłem od razu na ten długi, luźny kawałek „Liberation” trwający prawie dziesięć minut. Ten utwór wprawia mnie zawsze w ten sam, przedziwnie mistyczno-relaksacyjny nastrój.

Słuchałem tej płyty będąc nastolatkiem. Pamiętam jak często wracałem ze szkoły i włączałem czasami telewizję na stację DSF i oglądałem jak swoje niesamowite crossovery na parkietach NBA w swoim drugim roku gry robił Allen Iverson w koszulce Philadelphii 76ers. Iverson to był mój ulubieniec, mój idol z charyzmą tak dużą, że gdyby ją podzielić, to można by było obdarzyć nią jeszcze wielu innych koszykarzy. Oglądałem więc te mecze na DSF-ie, a po obejrzanym meczu wyłączałem telewizor i wkładałem do wieży właśnie tą wspomnianą płytę Outkast. W jesienne wieczory delektowałem się każdym jej utworem, począwszy od „Hold On, Be Strong”, przez „Rosa Parks” (do którego zresztą kawałka Big Boi i Andre z Outkast stworzyli świetny klip), po obydwie części „Da Art Of Storytellin”, wspomniany „Liberation” i kończący płytę energetyczny „Chonky Fire”. Słuchając tej płyty wtedy nie wiedziałem jeszcze, że za parę lat to ja będę nagrywał swoje kawałki i swoje płyty, a pierwsze pieniądze w życiu zarobię właśnie stojąc na scenie i rymując do mikrofonu napisane przez siebie do klasycznego beatu zrymowane wersy. Nie wiedziałem też wtedy, że jakiś czas później nagram kilkanaście solowych płyt, które wielkiej furory w specyficznym świecie „showbiznesu rapowego podziemia” co prawda nie zrobią, ale poznam mnóstwo ludzi tu i ówdzie i stanę na scenach kilkunastu klubów w Warszawie. A kiedy Iverson będzie grał już w koszulce Denver Nuggets moje dwie solowe płyty demo będą zdobić wystawę skateshopu w podziemiach na placu Bankowym tuż przy wejściu na stację Metra Ratusz. Kto by pomyślał… Ale to stare dzieje, od kilku lat już nie nagrywam i zostawiam te rzeczy w spokoju.

Śnieg za oknem wciąż padał i powoli robiło się ciemno. Podszedłem jeszcze raz do okna i patrzyłem na osiedlowy krajobraz. Popołudniowy zachód słońca znowu tworzył tą niesamowitą, brązowo-pomarańczową aurę na coraz ciemniejszym niebie. Ta niby-zorza, dzięki której bloki na moim osiedlu stają się na kilka minut oświetlone w unikalny sposób pojawia się na niebie zawsze zimą.

Usiadłem na sofie, a cały pokój ubarwiły dźwięki „Liberation”, kawałka, który przypomina mi swego rodzaju rapsodię, składającą się z kilku segmentów. Melodia w nim zmienia się dwukrotnie. Poczułem luz. Odpaliłem laptopa i zacząłem sprawdzać wyniki meczów NBA z tego tygodnia. O, Clippersi przegrali trzeci mecz z rzędu! Czy to możliwe? Cholera, Doc Rivers odstawił niezłą szopkę! Poczciwy Doc zaprezentował niezły teatrzyk, kiedy chciał rzucić się na sędziego meczu Brooklyn vs. L.A. Clippers. Doc otrzymał przewinienie techniczne za przekroczenie środkowej linii boiska, kiedy zaczął kłócić się o nieodgwizdany faul zawodnika Nets. Na YouTubie obejrzałem tą scenkę kilka razy i choć mój humor odbiegał dalece od dobrego, udało mi się nawet zaśmiać. Nie z Doca Riversa, co to, to nie. Doc to mój bohater! Doc pokazał pazur! Doc zawsze miał i wciąż ma tą swoją kozacką ikrę, której może mu pozazdrościć wielu trenerów w NBA. Doc to pełen profesjonalizm człowieku! Doc to FACH i profeska ziomuś! Nie ma o czym dyskutować. Mój bohater Doc!

Swoją drogą, fajny nosił numer na koszulce kiedy jeszcze grał w Nowym Jorku, czy w San Antonio. 25. Ten sam numer nosi teraz jego syn, Austin, a Doc jest w Clippersach jego…trenerem. Pierwszy taki przypadek w historii koszykówki w lidze NBA i może nie tylko…

hala-bemowo-cover

Wielu ludzi wiesza psy na jego synu i na tym, że podpisał nowy kontrakt z Clippersami. Zazdroszczą, proste… Twierdzą, że to tatuś mu to załatwił, bo w sumie kiedy spojrzeć na to z bliższej perspektywy, to Austin specjalnie wyróżniającym się zawodnikiem w NBA nie jest. Nie jest nawet zawodnikiem pierwszopiątkowym, a w drużynie z L.A. pełni rolę rezerwowego już od samego początku od kiedy się tam znalazł. Ale dla mnie to nieważne. Nawet jeżeli ma ten kontrakt dzięki swojemu ojcu, to co z tego?  W tym wszystkim ważne i zwyczajnie FAJNE jest to, że gra u boku swojego ojca siedzącego (ale częściej stojącego i pokrzykującego do swoich zawodników) przy trenerskiej ławce, który jest chyba mimo wszystko mentorem swojego syna.  W NBA hejtują ten przypadek jak idzie, ale olać to. Nieważne. Najważniejsze, że mamy duet ojciec-syn w NBA i to w tej samej drużynie. Jaram się tym i tego nie kryję. Zawsze będę ich propsował. To wspaniałe.

Obejrzałem skrót meczu Clippersów z Brooklynem i zacząłem oglądać migawkę z meczu Milwaukee- Cleveland, w którym to ekipa z Milwaukee wygrała z mistrzami NBA. Średnia drużyna, która tylko próbuje w tym sezonie włączyć się do walki o play-offs pokonała LeBrona i jego świtę! Niesamowite! Ale bohaterem tego spotkania wcale nie byli zawodnicy z Milwaukee, o nie. To J.R. Smith z Cavs zagrał znowu pierwsze skrzypce w tym meczu. Tym razem odstawił typowy dla siebie aktorski popis, kiedy zamiast ustawić się w obronie podczas akcji ekipy z Milwaukee podszedł do ławki drużyny „Kozłów” i przybił pionę z weteranem Jasonem Terry’m. Tak po prostu. Twój ziomal to twój ziomal i nieważne, że gra w przeciwnej drużynie. Przywitać się trzeba zawsze! Kiedy więc J.R. olał obronę i przybijał piątkę szczerząc się do Terry’ego, ekipa z Milwaukee zdobyła kolejne punkty. LeBron nie wiedział co się dzieje. Nie rozumiał. Cóż, tak to czasami bywa. Ach ten niesforny J.R.! A w wywiadach tyle razy mówił, że „po 30-tce świat wygląda już inaczej i pewne rzeczy nigdy nie będą już takie same (…)” Dla niego chyba jednak wiek to naprawdę tylko numer, bo wciąż pokazuje swoją dojrzałą niedojrzałość co jakiś czas. Ale wiecie co? Jak dla mnie, to nie ma w tym niczego złego. Serio.

Odstawiłem laptopa i wziąłem jeszcze łyka swojej chłodnej już herbaty. Za oknem wciąż padał gęsty śnieg, a w pokoju rozbrzmiewał kolejny utwór Outkastu. Przez moment się zamyśliłem i nawet już zacząłem trochę nudzić, kiedy w pewnej chwili spojrzałem w kierunku swojej szafy w przedpokoju. Przypomniałem sobie wkurzonego Doca, który na trenerskiej ławce został powstrzymany przez swojego asystenta Sama Cassela, aby przypadkiem nie pokazać jakiegoś prawego sierpowego temu cholernie wkurzającemu sędziemu i niesfornego J.R. Smitha przybijającego piątkę z Jasonem Terry’m.  Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Wiedziałem już co robić. Podszedłem do szafy i wyjąłem z niej swoją starą, poczciwą piłkę Spaldinga. Spakowałem ją do torby do której włożyłem też spodenki, koszulkę na zmianę, coś do picia, batonika i moje Jordany, w których grałem jak do tej pory tylko kilka razy. Ubrałem się i wyszedłem z domu.

*

 Kiedy wszedłem do hali panowała cisza. Byłem tylko ja, zielono-brązowy parkiet i dwanaście tablic z obręczami. Nastrój. To coś, co w tej hali zawsze było i jest unikalne. Podszedłem do linii osobistych i rzuciłem 10 razy. Piłka wpadła do kosza pięć razy. Jak na grudzień, w którym forma zawsze spada mi do naprawdę niskiego poziomu, to nie było źle. Rozruszałem się trochę, rzuciłem jeszcze kilkanaście razy z półdystansu i zauważyłem, że mój kumpel Dżony właśnie wszedł do hali. Dżony też przez jakiś czas był raperem. Nie Johnny tylko właśnie Dżony. Jego artystyczny pseudonim to Hurricane Tongue. Obrał sobie taką ksywę, ponieważ potrafił bardzo szybko składać słowa, stąd właśnie wszyscy mówili, że typ ma giętki i szybki język. Dżony nigdy nie nagrał pełnej solowej płyty, czasami tylko nagrywał jakieś tam kawałki i tylko wtedy kiedy naprawdę mu się chciało. Udzielił się też kilka razy gościnnie  na kilku demówkach naszych kumpli, ale głównie freestylował. Fristajl to było coś co kochał robić głównie na imprezach. Fristajlowaliśmy często, raz nawet chyba nagraliśmy ten nasz fristajl, ale nie wiem czy ten kawałek zachował się na jego komputerze. Dżony, podobnie jak ja, od kilku już lat nie nagrywa i nie zajmuje się rapem. Ale nadal lubi słuchać nowości. Ostatnio polecił mi Big Seana.

hala-bemowo-4

Lubimy z Dżonym grać w koszykówkę. Zawsze zresztą lubiliśmy. Zastanawiam się dlaczego my, ex-raperzy tak bardzo lubimy tę grę? Może chodzi tu o to, że dźwięk odbijanej o podłoże piłki przypomina nam trochę brzmienie beatu? Byłoby to nieco dziwne, ale możliwe, że coś w tym jest.

-Jak tam Ziom, jest forma? – zapytałem Dżonego.

-Może być… – odpowiedział, po czym dodał – Zagrajmy dzisiaj jeden na jednego, tym razem ci nie daruję.

Spojrzałem niezbyt pewnie, ale wiedziałem, że w sumie chętnie zagram.

-Widziałeś co zrobił J.R. Smith w meczu z Milwaukee? – zapytałem.

-Taaa, najważniejsze to zbić pionę z kumplem, hahahahaha! –zaśmiał się Dżony, po czym zaczął rzucać z półdystansu.

Hala była nadal pusta, więc pobiegłem pod drugi kosz. Chciałem się trochę rozgrzać przed naszym meczem. Porzucałem też trochę z półdystansu. Rzuciłem pięćdziesiąt razy z lewej strony tablicy, ale wpadło tylko siedemnaście rzutów. Przeszedłem na prawą stronę boiska i trochę wkurzony swoją gorszą formą zacząłem oddawać rzuty bardziej starannie. Każdy rzut traktowałem poważnie, dla mnie to nie było zwykłe rzucanie do kosza, ja traktowałem to na serio. To zaprocentowało. Rzuciłem celnie tym razem dwadzieścia osiem rzutów na pięćdziesiąt i poczułem się trochę lepiej. Trochę zmęczony podszedłem do Dżonego pod drugi kosz.

nad-obrecza-zdjecie-hala

-Gramy? – zapytałem.

-Zaczynaj – odpowiedział mi.

-Jakie zasady? Amerykańskie, zdobywamy po punkcie do jedenastu, a „trójka” jest za dwa punkty?

-Może być – zgodził się Dżony.

Zaczęliśmy grać. Kozłowałem piłkę niespiesznie, robiąc co chwilę zwód raz w jedną, raz w drugą stronę. Pierwsze punkty zdobyłem ja, kiedy kompletnie zmyliłem Dżonego markowanym rzutem za trzy i robiąc wcześniej zwód w prawo wszedłem pod kosz pewnie z dwutaktu. Po chwili to Dżony nie pozostał mi dłużny, kiedy dwie jego następne akcje doprowadziły do wyniku 3:1, kiedy raz rzucił ładną trójkę, a za drugim razem wszedł na kosz robiąc wcześniej unik. Stałem z piłką przy linii trzech punktów i będąc już trochę wkurzony poczułem się w pewnym momencie mocny jak kiedyś, tak mocny, że zrobiłem pewny wjazd na kosz ze zwodem w stylu Iversona. Nie był to klasyczny crossover, ale coś podobnego. Zdobyłem punkty i było 3:2. W kolejnej akcji Dżony zakozłował się przy próbie wejścia na kosz, wtedy ja odebrałem mu piłkę, wyszedłem za linię trzech punktów i rzuciłem pewnie za trzy. Celnie. Wygrywałem 4:3, a mój kumpel w kolejnej akcji znowu nie poradził sobie wchodząc pod kosz. Byłem jednak chyba trochę szybszy i to mi się przydało. Kiedy rzucał wchodząc pod kosz, przechwyciłem piłkę blokując jego rzut, znowu szybko wyszedłem za linię trzech punktów i zanim zdążył do mnie dobiec rzuciłem celnie kolejną trójkę, czyli „dwójkę”.

-6 do 3 dla mnie! – krzyknąłem.

-Rzeczywiście – odpowiedział wyraźnie lekko wkurzony tym faktem Dżony.

Znowu zaczęliśmy grać. Kozłowałem piłkę na półdystansie, a mój kumpel z całych sił starał się bronić jak tylko potrafił najlepiej. Próbowałem robić zwody to w jedną, to w drugą stronę, ale za każdym razem nie byłem tam gdzie trzeba i nie dawał mi znaleźć wolnego miejsca. W końcu rzuciłem z półdystansu, ale niecelnie. Piłka znowu była moja, bo zebrałem ją szybko z tablicy. Wybiegłem za linię trzech punktów, ale Dżony był tuż przy mnie. Obydwaj wiedzieliśmy, ze ta akcja może być kluczowa. Kozłowałem piłkę szybko, próbując robić zwód w prawo, ale nie dawałem rady go zmylić. Skubaniec bronił bardzo dobrze. W końcu zrobiłem to samo, co na początku meczu, tyle, że tym razem zrobiłem zmyłkę markując próbę wejścia na kosz, ale cofnąłem się i zyskując trochę miejsca zrobiłem jeszcze jeden zwód w prawo, tym razem naprawdę wbiegając pod kosz i pewnym dwutaktem z prawej strony boiska rzuciłem piłkę hakiem w stylu Kareema Abdul-Jabbara. Wpadła! Było już 7:3. Poczułem się zajebiście zmęczony, ale wiedziałem, że trzeba grać dalej.

W kolejnej akcji kozłowałem piłkę stojąc na pełnym luzie na linii trzech punktów i w pewnym momencie ruszyłem do przodu, ale kozłując zgubiłem piłkę. Stanąłem pod tablicą jakby trochę zamyślony i zmęczony i właśnie wtedy praktycznie znikąd wyrwał mnie z tego stanu brzęk świszczącej siatki obręczy. To był pierwszy rzut Dżonego od dłuższego czasu i w dodatku celny.

-7:5, rzuciłem tróję, czyli dwóję! – krzyknął mój kumpel.

Oddałem mu piłkę i patrzyłem w jego kierunku stojąc w pozycji obronnej z rękoma uniesionymi wysoko. Chciałem bronić i nie zamierzałem tego tym razem spieprzyć. Dżony spróbował wejścia pod kosz z dwutaktu i nie udało mu się. Broniłem za dobrze. Kiedy wchodził w pomalowane pole pod koszem wyrwałem mu pewnym ruchem piłkę z ręki i od razu wybiegłem znów za linię trzech punktów. Spojrzałem na niego, a on na mnie. Zaczął biec w moim kierunku i kiedy był już blisko zamarkowałem rzut, a wtedy szybkim zwodem w prawo zniżyłem się i ruszyłem pod kosz. Nie miał już szans i zdobyłem kolejne punkty. Było 8:5 dla mnie.

W kolejnej akcji kozłowałem powoli, na luzie, jakby od niechcenia. To uśpiło trochę Dżonego i wyszedł tym swoim luźnym krokiem znów za linię trzech punktów, ale właśnie wtedy ja zacząłem od razu biec w kierunku tablicy. Zanim się spostrzegł i odwrócił piłka była już znowu w obręczy. Rzuciłem po dwutakcie i było 9:5. Nawet nie próbował biec pod tablicę, wiedział bowiem, że jestem szybszy.

-Stary! Gdzie ty się nauczyłeś t a k grać?! – krzyknął. Wydawał się być zdziwiony i trochę wkurzony, ale też rozbawiony naszym zaciętym meczem.

-Trochę ostatnio grałem. Muszę ci pokazać kto tu rządzi – odpowiedziałem, uśmiechając się przy tym. Wiedział już, że nie będzie to mecz dla zabawy. Podał mi piłkę, abym rozpoczął swoją kolejną akcję.

Rozegrałem tym razem piłkę bardziej starannie, wciąż patrząc czy przypadkiem nie biegnie w moim kierunku. Nic z tych rzeczy. Tym razem rzuciłem za trzy, czyli za 2 punkty, ale niecelnie. Mój kumpel zebrał piłkę i wybiegł szybko za linię „trójek”. Biegłem już w jego kierunku, ale przeczekał to i zrobił zwód w lewo, później w prawo i zmylił mnie. Zmyłka udała mu się idealnie.  Kiedy był na wolnej pozycji za linią trzech punktów zrobił szybki zwód w tył i zyskał wystarczająco dużo miejsca, aby znów rzucić celnie za trzy.

-No, nieźle, nieźle! Gratuluję. Michael Jordan z ciebie! – powiedziałem do Dżonego.

-A jak! 9:7 Ziom! – odpowiedział.

Właśnie wtedy zauważyłem to jego cholerne spojrzenie. Wiedziałem już, ze zacznie teraz grać na poważnie i nie wydawało mi się.

Rzucił celnie przy kolejnej akcji za trzy i był już remis 9:9. Znowu zaczął rozgrywać piłkę, ale zmarnował swoją szansę na kolejne punkty przy nieudanej próbie wejścia pod kosz. Sprzedałem mu niezłego bloka i przejąłem piłkę.

Kozłowałem spokojnie i czekałem co zrobi. Powoli zacząłem zbliżać się do tablicy. Wiedziałem, że nie powinienem rzucać teraz za trzy, bo jeżeli nawet trafię, to nie będzie to wygrana „po męsku”. Musiałem więc władować się jakoś pod kosz. Zanim zdążył do mnie dobiec rzuciłem celnie z półdystansu. Było 10:9 dla mnie i wiedziałem, że teraz albo nigdy.

Stałem na bocznej linii rzutów za trzy i kozłowałem. Czekałem. Wiedziałem, że muszę znowu władować się pod kosz i zdobyć ten cholerny zwycięski punkt. Nie wiedziałem tylko jak. W pewnym momencie Dżony zaczął z wyciągniętymi do góry rękoma zbliżać się w moim kierunku. Wtedy zrobiłem zwód w lewo, a następnie w prawo i kumpel znalazł się kilkanaście centymetrów ode mnie. Poczułem jak jego ręka musnęła piłkę, którą kozłowałem, ale nie dał rady jej przechwycić. Zrobiłem pewny krok do przodu i przełożyłem sobie piłkę z lewej do prawej ręki za plecami i wchodząc pewnie pod kosz dwutaktem wykonałem celny rzut.

– Jedenaście do dziewięciu! Wygrałem! – wrzasnąłem w jego kierunku.

– Cholera, przegrałem! – odpowiedział mi i zaśmiał się przy tym.

Byłem już tak zmęczony, że nie miałem siły stać i usiadłem na parkiecie, a ze swojej torby wyjąłem wodę i byłem tak spragniony, że wypiłem prawie całą półlitrową butelkę na raz.

Kumpel usiadł obok mnie. Siedzieliśmy przez chwilę, zmęczeni grą i patrzyliśmy na ten zielono-brązowy parkiet i delektowaliśmy się tą rzadko spotykaną ciszą w hali. Byłem zmęczony, ale zadowolony. Wygrałem co prawda luźną gierkę jeden na jednego, ale dla mnie to było coś.

-Nieźle grasz, naprawdę nieźle grasz ziomuś – powiedział Dżony.

-Dzięki, starałem się – odpowiedziałem.

-Są dzisiaj jakieś dobre mecze? Obstawiamy coś? – zapytałem.

-Nie obstawiam już NBA, to nie ma sensu. W tym tygodniu było kilka „pewniaków” na które postawiłem hajs i nie wyszło. Brooklyn Nets wygrali z Clippersami, czujesz?

-Wiem, oglądałem jak Doc Rivers się wkurzył na sędziego.

-Daj spokój…Netsi grali bez Jeremy’ego Lina i mimo tego wygrali.

-Lin nie jest jakiś wyjątkowy przecież… – odpowiedziałem.

-Wiesz co, niby nie jest, ale kiedy gra to jednak swoje do gry wnosi. A tym razem nie grał i mimo to Brooklyn wygrał ten mecz…Szkoda gadać, nie obstawiam już…

Dżonego wyraźnie zdenerwował fakt przegranej kasy w totomixie. Cóż, tak to bywa. Byłem ciekaw za ile obstawił, ale dałem sobie luz i nie zapytałem go już o to.

-Jedziemy? Jestem zmęczony… – powiedziałem.

-Tak, spadamy – odpowiedział mi Dżony.

hala-nowa

*

 Wracaliśmy do domu samochodem Dżonego. Odpalił radio, w którym leciał jakiś kawałek Lady Gagi. Pogadaliśmy trochę o tym i owym jadąc przez zaśnieżone, uśpione zimowym wieczorem miasto.

-Zobacz, zamknęli tą cholerną Górczewską, bo będą budować metro – powiedziałem do Dżonego.

-Tak, ale wiesz co, to dobrze, że to robią. Pomyśl, będzie można w 10 minut dojechać do Centrum spod bloku. W 10 minut stary…

-Tak, ale zanim do tego dojdzie trzeba będzie jeździć w kierunku Śródmieścia naokoło i to przez kilka lat…

-Olać to, najważniejszy jest progres – odpowiedział Dżony – progres i tylko progres!

-Może i tak… – odpowiedziałem nie mając siły dalej zgłębiać tego tematu.

Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby pogadać dłużej. Podwiózł mnie pod mój blok.

-Fajnie się grało, ziom. Następnym razem to ja ci dam wygrać – powiedziałem.

-Spoko, na to liczę! Trzym się! – odpowiedział.

Wysiadłem i wstąpiłem na chwilę do sklepu. Kupiłem wodę mineralną, miód i magazyn w którym na okładce było zdjęcie Marcina Gortata. A co tam, chętnie przeczytam z nim wywiad.

Wszedłem do mieszkania i rzuciłem swoją torbę na podłogę. Wziąłem szybki prysznic, a później wszedłem do pokoju i usiadłem na fotelu. Przejrzałem magazyn z Gortatem na okładce i przeczytałem wywiad, w którym opowiadał o swojej fundacji, o ciężkiej pracy nad tym, żeby osiągać swoje sportowe cele i o tym jaki ostatnio kupił samochód. Na zdjęciu był ten jego srebrny Porsche. Może i nawet trochę bym mu go zazdrościł, gdybym miał prawo jazdy. Spoko. Fajnie, że mamy Polaka w NBA.

Gdy przeglądałem magazyn usłyszałem dźwięk otwieranego zamka w drzwiach. Agata właśnie wróciła z Przemkiem do domu.

-Tato, wiesz co?! – krzyknął do mnie od razu syn.

-Co takiego? – zapytałem.

-Dostałem czwórkę z plusem z klasówki z angielskiego! – odpowiedział uradowany Przemek.

-Łaaał! Serio ziomuś? Czwórkę z plusem?

-Taaak! Czwórkę z plusem!

Ucieszyłem się. W końcu uczyliśmy się do tej klasówki wszyscy troje razem z Przemkiem. Możliwe, że nawet to mnie bardziej zależało na dobrej ocenie z tej klasówki niż mojemu synowi. Czwórka z plusem poprawiła mi więc humor jeszcze bardziej.

-Wspaniale. Cieszę się bardzo! A wiesz dlaczego ją dostałeś? – zapytałem.

Syn spojrzał na mnie z dziwną miną.

-Dlaczego? – zapytał.

-Bo się uczyłeś do tej klasówki, ziomuś. Właśnie dlatego – odpowiedziałem.

-Fajnie. Następnym razem dostanę szóstkę! – krzyknął.

-Spoko. Ale czwórka jest rewelacyjna. Cieszę się, naprawdę – odpowiedziałem, po czym dodałem – Wiesz, że Rudy Gay nie chce grać już w Sacramento Kings?

-Nie chce? Dlaczego? – zapytał mnie syn.

-Pewnie przestało mu się tam podobać. Najprawdopodobniej zmieni klub jeszcze w tym sezonie.

-I gdzie będzie grał? – zapytał mnie syn.

-Nie wiem, jeszcze nikt tego nie wie. Mówiło się o Oklahomie, może będzie wymiana z Washington Wizards…

-Oby trafił do ”Czarodziejów”! – odpowiedział Przemek.

-Dlaczego? – zapytałem.

-Bo tam gra Marcin Gortat!

Spojrzałem na syna i zamyśliłem się. Hm…Gay w Waszyngtonie? No nie wiem…A jeżeli już to za kogo…? Może za…Johna Walla! Przecież Wall i Cousins gadali ostatnio w wywiadach, że chcieliby może grać razem, tak jak kiedyś w college’u w Kentucky. W sumie to oni nawet pasują do siebie pod względem mentalnym i stylu gry, mogliby być dla siebie nawzajem niezłym uzupełnieniem…

Syn pobiegł do swojego pokoju, żeby zagrać w Minecrafta, a ja stanąłem przy oknie w kuchni i patrzyłem na zaśnieżoną ulicę, zastanawiając się nad tym o czym przed chwilą rozmawialiśmy z synem.

-John Wall w koszulce Sacramento Kings… – pomyślałem. No, no… To byłoby c o ś…

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s