Rzucający obrońca nie jest „soft”

Miałem okazję usłyszeć i przeczytać ostatnio sporo komentarzy na temat tego, jakim to „mięczakiem” jest zawodnik, który pełni rolę rzucającego obrońcy w drużynie koszykarskiej. Właśnie dlatego postanowiłem, że napiszę parę słów o tym dlaczego rzucający obrońca w koszykarskiej drużynie odgrywa bardzo ważną, a nawet wręcz kluczową rolę i co najważniejsze, bynajmniej nie jest mięczakiem, który potrafi tylko rzucać z dystansu.

 Sporo słyszy się ostatnio o „nowej erze koszykówki”, która w większości opiera się na stylu gry nazwanym „small ball”. Gra w stylu small ball jak pewnie wszyscy z Was wiedzą polega głównie na tym, żeby największą rolę w drużynie  odgrywali zawodnicy rzucający z daleka. Ci zawodnicy mają za zadanie dostarczać punkty swojej drużynie nie poprzez siłowe wjazdy pod kosz przeciwnika i przepychanki pod tablicą, a bardziej poprzez znalezienie się w odpowiedniej pozycji na parkiecie, która umożliwiłaby w miarę swobodny rzut i zdobycie punktów z dalszej odległości od kosza. Najlepiej przy tym jeszcze, żeby ci zawodnicy oddawali swoje rzuty zza linii trzech punktów i robili to tak, aby były one celne.

rzucajacy-obronca-blog

Przykładem tego typu zawodników w lidze NBA są niżsi i raczej drobniej zbudowani zawodnicy, tacy choćby jak: Stephen Curry z Golden State Warriors, DJ Augustin z Orlando Magic, Seth Curry z Dallas Mavericks, Ish Smith z Detroit Pistons, Jeff Teague i Aaron Brooks z Indiany Pacers, Austin Rivers z LA Clippers, czy Isaiah Thomas z Boston Celtics. Jest też Jamal Crawford z LA Clippers. Wymieniać można by tak jeszcze długo. W każdym razie wszyscy oni zdecydowanie najczęściej widoczni są na obwodzie, aniżeli gdzieś w okolicach pomalowanego pola i jest to jasna sprawa, biorąc pod uwagę ich wzrost (nie mają zwykle więcej niż 190 cm) i gabaryty (nie ważą zwykle więcej niż 75-80 kg).

Pojawiają się teorie, że rzucający obrońca nie musi posiadać wysokiego koszykarskiego IQ. Według mnie to nieprawda. Teorie te głównie oparte są na tym, że rzucający obrońca nie rozgrywa piłki, a więc nie musi zbyt wiele myśleć na parkiecie. Choć taki zawodnik może być niższy (podobnie jak rozgrywający), to teoretycznie nie musi dbać o rozprowadzanie piłek, rozciąganie gry, odpowiednie konstruowanie akcji od samego początku i przede wszystkim nie musi dysponować odpowiednim przeglądem pola (to robi przecież rozgrywający). Cóż, nie zgadzam się z tym a przykładem rzucającego obrońcy, który potrafi rozgrywać niech będzie choćby James Harden.

Zostawmy jednak na chwile NBA w spokoju i zajmijmy się koszykówką w bliższym dla nas wydaniu, czyli tą amatorską. Gdziekolwiek nie grałby rzucający obrońca (czy to w USA, czy na szkolnym boisku) to musi on przecież znać się na takich podstawowych elementach gry jak to gdzie się ustawić i jak bronić zawodnika, którego kryje. Musi też mieć rozwinięty instynkt i wiedzieć kiedy rzucać, a kiedy lepiej nie, a przede wszystkim musi wykazać się takim instynktem w obronie i mieć bardzo dobrze rozwinięte zdolności związane z odpowiednim „wyczuciem” piłki przy wykonywaniu rzutów na przykład zza łuku. Takich zdolności nie musi posiadać na przykład rozgrywający. Rozgrywający nie musi mieć „celownika”, bo przecież nie oczekuje się od niego rzucania z dystansu. Kto w drużynie potrafi celnie rzucać oprócz rzucającego obrońcy? Kto dysponuje takim rzutem z półdystansu jak właśnie rzucający obrońca? Kto potrafi tak kozłować i ma taki ballhandling? Silny skrzydłowy? Center? Zdecydowanie nie.

rzucajacy-obronca-blog-3

Każdy więc pełni na parkiecie swoją rolę i nie wolno tu umniejszać atutów rzucającego obrońcy w jakikolwiek sposób.

Zawodnicy tacy grają nie tylko w NBA, bowiem koszykarzy mierzących około 185 cm i ważących około 75 kg jest cała masa i takich graczy spotykam na przykład w czasie meczów w amatorskiej lidze koszykówki w moim mieście. Jest więc nas całe mnóstwo i mówię „nas”, ponieważ ja również przy swoim wzroście 180 cm i wadze nawet poniżej 70 kg pozwoliłem sobie zaliczać siebie do tego typu zawodników, czyli do rzucających obrońców. Jeżeli gram, to na pozycji rzucającego obrońcy. Dlaczego akurat na tej pozycji? Cóż, pod koszem niewiele bym zdziałał z racji swojej postury, a poza tym ja po prostu lubię być obrońcą i rzucać z daleka (choć kiedyś tego nie lubiłem). Serio. Jaram się, kiedy jestem w obronie i bronię określonej strefy przed zawodnikiem z piłką tak samo, jak wtedy kiedy stoję na obwodzie w ofensywie i czekam na podanie, aby w dogodnym dla siebie momencie rzucić piłkę z dystansu w kierunku obręczy.

nad-obrecza-zdjecie-hala

  Wiecie co? Rzucający obrońca musi wykonać kawał solidnej pracy nad sobą, żeby móc być w tym na tyle dobry, żeby jego rzuty były celne. Na tyle celne, żeby trafić na indywidualnym treningu  25-30 rzutów na 50 (to akurat znów o mnie).  W większości jednak trafiam raczej średnio około 20-23/50. Nie jestem więc aż tak świetnym rzucającym zawodnikiem, ale staram się.

A teraz trochę moich osobistych spostrzeżeń co do gry rzucającego obrońcy. Mogę się też pochwalić, a co tam. Miałem kiedyś 100% skuteczności w meczu w ciągu 5 minut gry. Rozegrałem właśnie taki mecz w maju 2016 roku. Dlaczego tylko w ciągu 5 minut? Co z resztą minut? Cóż, reszty minut nie było. Nie było, ponieważ grałem w tym meczu właśnie tylko te 5 minut. Czy gdybym grał dłużej moja skuteczność rzutowa wciąż wynosiłaby 100%? Pewnie nie.

Kolejny przykład. Trening, luźna gierka 5×5. Biegam po parkiecie od czterech, może pięciu minut. Jak do tej pory mam tylko 1 asystę na swoim koncie i nie miałem piłki w rękach w ofensywie. Kiedy jestem w obronie i  bronię swojej strefy i zawodnika z piłką, atakująca nas drużyna nie zdobywa punktów, ale to akurat nie ja przechwyciłem piłkę. Starałem się natomiast być bardzo aktywny w obronie swojego zawodnika. Kolejna akcja, znowu w obronie. Zawodnik z piłką przede mną kozłuje, robi jeden zwód, drugi, ale bronię tak, że nie udaje mu się podać do innego zawodnika z jego drużyny, ani też wejść pod kosz, lub znaleźć się na czystej pozycji do oddania rzutu. Podaje więc nieprecyzyjnie i moja drużyna znowu przejmuje piłkę. Biegnę wtedy na prawe skrzydło (kiedy atakujemy na kosz drużyny przeciwnej) i otrzymuję podanie stojąc na linii trzech punktów. Patrzę przed siebie, skaczę i rzucam. Trafiam. 3 punkty. Po około minucie znów otrzymuję piłkę na linii rzutów za trzy. Robię to samo, ale tym razem nie trafiam, a w kolejnej akcji w ofensywie piłka trafia w moje ręce, kozłuję przez chwilę, rozglądam się i podaję na prawe skrzydło do centra, który po dwutakcie i pewnym wejściu pod kosz zdobywa punkty. Zaliczyłem asystę. Po około 10 minutach gry schodzę z boiska. Mam na koncie 3 punkty i 2 asysty na skuteczności rzutowej 50%. To fakty, nie wymysły.

Możecie pomyśleć, że:

a)to nic wielkiego, to zdobycie tych 3 punktów i 2 asyst przez 10 minut gry, albo, że

  1. b) chwalę się i mieć gdzieś te przechwałki, lub pomyśleć, że
  2. c) zdobycie 3 punktów i 2 asyst przy 50% skuteczności rzutowej to już „coś” biorąc pod uwagę też to jak skutecznie zagrałem w obronie.

Ale ja nie podałem tych przykładów po to, żeby się chwalić. Napisałem o nich po to, żeby coś przekazać. Czy zawodnik mierzący 180 cm i ważący 64 kg grający co prawda przez niewiele minut, ale na niezłej skuteczności rzutowej wynoszącej w wyżej podanych przykładach odpowiednio 100% i 50% może być nazwany przymiotnikiem soft? Czy taki zawodnik może być nazwany miękkim, jeżeli w obronie sprawdza się bardzo dobrze, bowiem kiedy przebywa na parkiecie drużyna przeciwna po przeprowadzonych akcjach ofensywnych daje radę przez około 10 minut gry umieścić piłkę w koszu w 2,3 akcjach na 7? Myślę, że nie.

 Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bynajmniej naprawdę nie dlatego, żeby się  czymkolwiek chwalić. Nie. Pokazałem te konkretne przykłady i napisałem akurat o sobie, ponieważ jest mi najłatwiej przedstawić wartość rzucającego obrońcy ze swojej perspektywy.

rzucajacy-obronca-blog-2

Wracamy do początku. Napisałem, że usłyszałem sporo komentarzy na temat tego jakimi mięczakami są rzucający obrońcy. Wiele osób na forach portali koszykarskich pisze o tym, jakim to mięczakiem jest na przykład Stephen Curry. Ci z Was, którzy ogarniają temat wiedzą o co chodzi. Piszą o tym, że nie poradził sobie w Finałach 2016 roku i jest „done”, że potrafi tylko rzucać z daleka. Spora grupa osób pisze też, że taka „small ballowa” koszykówka to gra dla mięczaków, którzy nie mają siły. Każdy ma prawo mieć swoje zdanie i w porządku. Ale ja nigdy nie zgodzę się z takimi stwierdzeniami, że koszykówka oparta na rzucaniu z dystansu i bronieniu to koszykówka dla mięczaków i że tylko gra twarda, oparta na pewnych wejściach pod kosz to prawdziwa gra, taka jak trzeba! Tak twierdzi wiele, naprawdę wiele osób.

Nie zgadzam się z tym, bo według tych teorii wspomniani wcześniej zawodnicy tacy jak Ish Smith, czy Aaron Brooks, James Harden lub Austin Rivers byliby soft. Dla mnie moi drodzy to kompletna bzdura. Bo czy Austin Rivers, który w meczu swojej drużyny LA Clippers z Orlando Magic rozegranym 14 grudnia 2016, zdobywając 25 punktów i trafiając 7 razy na 10 za „trzy” prowadząc swoją drużynę do zwycięstwa może być nazwany mięczakiem? Czy mięczakiem jest Aaron Brooks, który w meczu rozegranym 26 grudnia pomiędzy Indiana Pacers a Chicago Bulls dał solidnego bloka pod koszem wyższemu od siebie o 30 centymetrów Robinowi Lopezowi zaliczając jednocześnie przy tym przechwyt? Wątpię.

Wszyscy, którzy mają 180 cm i ważą niewiele ponad 70 kg wiedzą doskonale ile wysiłku trzeba włożyć w to, żeby w czasie 1,5 godzinnego treningu rzucić 200-250 razy z dystansu. Ile trzeba mieć pary w mięśniach, żeby rzucić w tym czasie na przykład 150 razy za trzy. Bo sorry, ale trochę mieć trzeba. I co najważniejsze, ile trzeba mieć wyczucia, żeby przynajmniej 40% z tych rzutów wpadło do kosza.

Wszystko to, czyli efektywność i skuteczność takich zawodników w ataku (celne podania, dobry kozioł i przegląd pola gry, oraz celne rzuty), a także efektywność w obronie (odpowiednia postawa i umiejętność zastawiania zawodnika z piłką, bronienie dostępu w swojej strefie i drogi pod kosz, umiejętność przechwycenia piłki, dobry refleks, blokowanie podań i nawet zwykłe machanie rękoma w celu przeszkadzania aby atakujący zawodnik z piłką nie miał jak wykonać rzutu) składa się na niewątpliwie dużą wartość zawodnika pełniącego rolę rzucającego obrońcy w drużynie koszykarskiej. Taki zawodnik może być niezwykle przydatny w grze, jeżeli oczywiście odpowiednio się jego zdolności wykorzysta. Taki zawodnik nigdy nie będzie soft i nazywanie właśnie takim przymiotnikiem rzucających obrońców jest błędem.

Zdecydowanie bardziej więc pasowałoby nazywanie takich zawodników przymiotnikiem strong. Już sama logika podpowiada, że niscy gracze, którzy biorą udział w grze przystosowanej bardziej dla wysokich i silniejszych to ludzie, którzy ze swoich braków potrafią stworzyć potencjał. A potencjał to możliwość. Bardziej niż soft są więc smart i strong. Prawda?

 

 

 

 

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s